„1917”, czyli wojna na własne oczy

„1917” w reżyserii Sama Mendesa, zdobywca trzech Złotych Globów, jest niewątpliwie udanym filmem antywojennym. Czy niesie jednak taki ładunek emocjonalny, do jakiego by aspirował?

Jest wiosna roku 1917, w północnej Francji. Na froncie zachodnim trwają działania wojenne. Po miesiącach patowej sytuacji, Niemcy niespodziewanie zaczynają się wycofywać. Wtedy też starsi szeregowi Schofield (George MacKay) oraz Blake (Dean-Charles Chapman) otrzymują misję. Muszą przedrzeć się przez terytorium wroga i odnaleźć 2. batalion, który chcąc zaatakować domniemany odwrót, idzie prosto w niemiecką zasadzkę. Bohaterowie mają dostarczyć wiadomość o odwołaniu ataku. Jeśli misja się nie powiedzie, zginie 1600 żołnierzy, wśród nich brat jednego z nich – porucznik Joseph Blake (Richard Madden).

W jednym ujęciu

„1917” nie jest widowiskiem o skali „Dunkierki” Chrisa Nolana, ale kinem znacznie bardziej kameralnym. Nie odnajdziemy tu wielkich batalistycznych scen, a film przypomina raczej kino drogi, z tym że osadzone w wojennej scenerii. Przez cały czas podążamy krok w krok za bohaterami. Efekt ten udało się osiągnąć za pomocą brawurowego zabiegu – film ogląda się jak jedno długie ujęcie (tak naprawdę są to kilkuminutowe mastershoty, połączone zamarkowanymi cięciami). W ostatnich latach w ten sam sposób nakręcił „Birdmana” Alejandro González Iñárritu, który święcił triumfy na Oscarach w 2015 roku. Zabieg „jednego ujęcia” sprawia, że czujemy się realnymi uczestnikami zdarzeń, daje poczucie, że obserwujemy akcję „na żywo”. Jest jednak bardzo karkołomny technicznie i wymaga ogromnej dyscypliny na planie. Aktorzy poświęcili sześć miesięcy na choreografię, zanim rozpoczęły się zdjęcia. Mimo to wkradły się błędy. George MacKay, grający szeregowego Schofielda, przyznał się, że punkt kulminacyjny filmu (mowa o scenie, gdy bohater biegnąc zderza się z innymi żołnierzami) był „pięknym przypadkiem”, ponieważ zderzenia wynikały jedynie z pomyłki choreograficznej. Ujęcie znalazło się w filmie.  

od lewej: Dean-Charles Chapman, George MacKay jako szeregowi Blake i Schofield (mat. dystrybucja)

Oscarowy zespół

Ale sfilmowanie w „jednym ujęciu” nie jest jedyną zaletą „1917”, film jest przede wszystkim pięknie zrealizowany. Nie można było spodziewać się innego efektu, kiedy za zdjęcia odpowiedzialny jest Roger Deakins – czternastokrotnie nominowany do Oscara, z wygraną za zdjęcia do „Blade Runner 2049” (filmu, z którego każdy kadr nadaje się do przywołania). Reżyser Sam Mendes („Skyfall”, „American Beauty”, „Droga do Zatracenia”) i producenci zgromadzili doskonałą ekipę. Za montaż odpowiada Lee Smith (Oscar za „Dunkierkę”), scenografia to dzieło Dennisa Gassnera (statuetka za „Bugsy’ego”), natomiast kostiumy są rezultatem pracy Jacqueline Durran (Oscar za „Annę Kareninę”). Na szczególną uwagę zasługuje dźwięk i muzyka. Za huk artylerii, grzmot granatów, oraz trzask karabinów odpowiadają Oliver TarneyMark Taylor („Kapitan Phillips”, „Marsjanin”), Stuart Wilson („Skyfall”, „Czas wojny”)” oraz Scott Millan, czterokrotny laureat Oscara (m.in. „Ultimatum Bourne’a”, „Apollo 13”). Natomiast ścieżkę dźwiękową skomponował uznany Thomas Newman („Skazani na Shawshank”, „Skyfall”). Muzyka dodaje scenom dramaturgii, niekiedy nadrabiając jej niedostatek, nie jest jednak przesadnie zapadająca w pamięć. Wyjątek stanowi, pochodząca z XIX wieku, amerykańska pieśń ludowa, śpiewana przez żołnierzy –„I Am A Poor Wayfaring Stranger” (‘Wędrujący nieznajomy”).

.

I am a poor wayfaring stranger / While trav’ling thru this world of woe, / Yet there’s no sickness, toil nor danger / In that bright world to which I go. /I’m going there to see my Father, / I’m going there no more to roam. / I’m only going over Jordan, /I’m only going over home.*

.

[Jestem tylko biednym, wędrującym nieznajomym, /W trakcie podróży przez tą krainę nieszczęścia. / Nie ma ani choroby, ani trudu, ani niebezpieczeństwa, / W tym jasnym świecie, do którego idę. / Idę tam, by zobaczyć mego Ojca. / Idę tam aby więcej nie wędrować. / Idę przez Jordan / Idę do domu.]

.

Wojskowa hierarchia?

Jeśli chodzi o obsadę – George MacKay i Dean-Charles Chapman występujący w głównych rolach, to dla szerszej publiczności mało rozpoznawalny duet. Pierwszy może być kojarzony z dramatu „Captain Fantastic”, drugi z podwójnej kreacji w „Grze o Tron”. Aktorzy wypadają bardzo naturalnie – świeżość twarzy i brak skojarzeń działa na korzyść historii, ułatwia skupienie się na fabule. W „1917” drogi tej dwójki krzyżują się z bardziej rozpoznawalnymi nazwiskami: swoją małą partię ma Andrew Scott (seriale „Sherlock” i „Fleabag”) jako porucznik Leslie, Richard Madden(„Rocketman”, „Gra o Tron”) wciela się w porucznika Joseph’a Blake’a, a Mark Strong („Sherlock Holmes”, „Kingsman: Tajne służby”) występuje jako kapitan Smith. Szczyt wojskowej drabinki jest tożsamy z aktorską czołówką – Benedict Cumberbatch wciela się pułkownika MacKenzie’ego, natomiast Colina Firtha ujrzymy jako generała Erinmore’a. Choć postacie te niewątpliwie błyszczą, pozostaje uczucie żalu, że nie są na ekranie choć o jedną scenę dłużej.

Benedict Cumberbatch wciela się pułkownika MacKenzie’ego (mat. dystrybucja)

Śmierć depcze po piętach

To, co w filmie udało się doskonale zobrazować, to poczucie zagrożenia. Czas akcji kreowany na rzeczywisty oraz pewna surowość kadrów, dają nam poczucie naturalności. Śmierć może pojawić się z każdej strony – wygląda zza najbliższego rogu, czai się w pobliskim rowie. Film równie dobrze nakreśla poczucie bezsilności, jakie towarzyszy żołnierzom. Bohater jakkolwiek by się starał, nie ma wpływu na swój los. Tak jak w głęboko antywojennej powieści „Na Zachodzie bez zmian” E. M. Remarque’a, tak w „1917” możemy dostrzec, że przeżycie jest jedynie sumą szczęśliwych zbiegów okoliczności. W obu dziełach dominuje pesymizm, wojna nie jest obrazowana jako akt bohaterstwa, lecz braku sensu. Wśród ogólnego braku wartości, najcenniejszym, tym co trzyma przy życiu, jest koleżeństwo, czyli zaufanie do partnerów w walce. Taka relacja buduje się pomiędzy bohaterami filmu.

Czegoś za mało…

Lecz choć „1917” tak sprawnie pokazuje towarzyszące wojnie emocje, trudno powiedzieć, że przedstawia nam je w całkiem nowatorski sposób. To, co jest głównym mankamentem filmu, to pewna przewidywalność scenariusza. Ciężko uniknąć skojarzenia z „Szeregowcem Ryanem”, którego tematem jest także misja ratunkowa – odnalezienie na froncie ostatniego żyjącego z kilku braci. Tamta amerykańska historia w wymiarze historycznym miała pokazać, jak państwo troszczy się o swoich obywateli. Film „1917” zdaje się obrazować to samo – Wielka Brytania również zrobi wszystko by odzyskać żołnierzy, którzy idą w pułapkę, nawet jeśli misja wydaje się niemożliwa, czy wręcz szalona. Nie udało się uniknąć kilku uproszczeń, choćby kwestii stawki, o jaką toczy się gra: 1600 żołnierzom grozi śmierć, jeśli misja się nie powiedzie. Ale skoro stawka jest tak wysoka, to dlaczego generał wysyła z tak ryzykowną misją jedynie dwóch szeregowych żołnierzy? Nawet drużyna z „Władcy Pierścieni” liczyła więcej osób. Wreszcie, trudno zrozumieć, dlaczego postacie bohaterów zostały nakreślone tak oszczędnie? W ich rozmowach brakuje życia. Nawet jak na żołnierzy, znajdujących się w sytuacji ekstremalnej, dialogi są skąpe, wręcz telegraficzne. A chciałoby się usłyszeć choć kilka zdań więcej, czy zobaczyć bohatera w innym kontekście niż w marszu poprzez terytorium wroga. Ten brak szczegółów osłabia naszą więź z postaciami, zwłaszcza że kontekst historii podkreśla – najważniejszy jest człowiek. 

George MacKay jako starszy szeregowy Schofield (mat. dystrybucja)

A może jednak cięcia?

To, co świetnie sprawdza się we fragmentach filmu, nie musi działać dobrze w każdej scenie. Nieraz obraz – mimo że piękny wizualnie – zdaje się dłużyć, bo nie wszystkie sekundy zawierają jednakowo wiele treści. Sam reżyser przyznał, że poszczególne sceny były niczym krótkie filmy, które można było jedynie połączyć, bez możliwości edytowania tego, co wewnątrz. I ten brak kilku cięć miejscami doskwiera. W szczególności, gdy w połowie filmu rodzi się wrażenie, że kilka fragmentów znalazło się na ekranie nieco na siłę. Niekiedy niebezpiecznie zakrawają one o patos – choćby scena z dzieckiem (tu właśnie przydałoby się cięcie), czy inna, która ma obrazować gehennę wojny, lecz stylistyką bardziej przypomina propagandowe filmy wojenne.

„Dla kaprala Lance’a Alfreda H. Mendesa / 1. Batalion  Królewskiego Korpusu Strzelców /, który opowiedział nam tę historię.” – czytamy końcową dedykację. Historię tę film „1917” przypomina ku przestrodze: wojna to nie bohaterska walka, wojna to umieranie. I tak, mimo kilku mankamentów, warto trzymać kciuki aby takich filmów powstawało więcej.

„1917” jest nominowany do tegorocznych Oscarów w dziesięciu kategoriach – jako „najlepszy film”, a także za reżyserię, scenariusz, charakteryzację, muzykę oryginalną, scenografię, efekty specjalne, dźwięk oraz montaż dźwięku. Do obejrzenia w kinach od 24 stycznia.

„1917”, reż. Sam Mendes, prod. Wlk. Brytania, USA 2019, 119 min, dystrybucja Monolith Films 

*źródło tekstu piosenki: https://www.pdhymns.com/pdh_main_I.htm

Wpisy

Studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Lubię dobrze opowiedziane historie. W kinie czasem się to udaje, a wtedy warto o tym napisać. Jeśli nie, tym bardziej?
(https://www.filmweb.pl/user/Agata_Ikanowicz)