2015: Rok pod znakiem dokumentu

Rok 2015 upłynął pod znakiem znakomitych filmów dokumentalnych. Nie tylko dlatego, że dwa polskie dokumenty, „Joanna” Anety Kopacz i „Nasza klątwa” Tomasza Śliwińskiego, zdobyły nominacje do Oscara.

 

Na światowych ekranach pojawiło się wiele ciekawych filmów – niektóre z nich trafiły do polskich kin, inne można było obejrzeć na polskich festiwalach filmów dokumentalnych. Poniżej subiektywny przegląd tytułów, które w zeszłym roku przykuły moją uwagę. Łączy je z jednej strony poczucie misji, z drugiej zaś przekonanie o potrzebie przypomnienia o ludziach, o których świat z różnych powodów wolał zapomnieć.

 

Nikt nie byłby gotowy na taki sukces 

 

Jednym z nominowanych do tegorocznego Oscara dokumentów jest „Amy” Asifa Kapadiego – spojrzenie na życie i karierę Amy Winehouse. Na dwugodzinne dzieło składają się głownie fragmenty prywatnych nagrań: przebija z nich rozdarcie, jakie stało się udziałem artystki. Na ekranie Winehouse przestaje być skandalistką z brukowca, staje się człowiekiem z krwi i kości. Odarta ze złego mitu zachwyca nieprzeciętnym poczuciem humoru, uroczą zgryźliwością, prawdziwym oddaniem dla muzyki, które publicznie przysłaniał mętny heroinowy wzrok i pijackie awantury. Amy Winehouse marzyła, żeby śpiewać w kameralnych, londyńskich klubach, być diwą jazzu. Jednak sława ją przerosła. Przerosła też jej najbliższych, którzy zatracili się w blasku fleszy i pokusach majętnego życia, co w ich oczach było spełnieniem marzeń Amy.

 

 

Dokument Kapadiego pozostaje studium utraty kontroli nad życiem, to film o stopniowym znikaniu, a zarazem akt oskarżenia przeciwko mężczyznom jej życia. Może nazbyt jednoznacznym, skoro ukazuje piosenkarkę niczym marionetkę w rękach ojca i byłego męża. Lecz „Amy” to przede wszystkim historia piosenkarki, która rozbudzała wyobraźnię milionów, a dla Kapadiego klucz do show-biznesu, ujawniający jego jasne i ciemne strony.

 

Lepiej nie wracać do przeszłości

 

Innym nominowanym do Nagrody Akademii dokumentem jest „Scena ciszy” Joshui Oppenheimera, będącym kontynuacją wstrząsającej „Sceny zbrodni” (2012). W maju zeszłego roku można go było obejrzeć na festiwalu Docs Against Gravity, wkrótce trafi też do kin. W „Scenie zbrodni” reżyser opowiadał o zbrodniach, które miały miejsce w Indonezji po krwawym przewrocie w 1965 r. – z perspektywy dowódców brygad śmierci. Na ekranie to oni inscenizowali dokonywane przez siebie zbrodnie, teatralnie odczłowieczali maoistów. Tym razem reżyser oddaje głos ofiarom zbrodni, pozycję oskarżyciela zajmuje brat jednej z ofiar masowych mordów. Oppenheimer pokazuje mu fragmenty rozmów z oprawcami brata. Zbrodniarze bez oporów opowiadają o roztrzaskiwaniu czaszek, obcinaniu piersi, która wygląda jak sitko, o piciu ludzkiej krwi, która chroni przed szaleństwem i ma słodko-słony smak. Wierzą, że komuniści byli winni – nie wierzyli w Boga i wymieniali się żonami.

 

 

Oppenheimer, który poprzednio zachęcał do inscenizowania zbrodni, teraz zamilkł. W jego imieniu pytania zadaje ofiara reżimu, pytania coraz bardziej niewygodne. Przed gościem z zagranicy chwalono się osiągnięciami w mordowaniu wrogów ludu, przed rodakiem dumę zastępuje zmieszanie, często agresja. Padają oskarżenia o wywrotowe poglądy, rzucane są groźby. Tymczasem bohater filmu jest zwykłym optykiem, dobiera swoim rozmówcom okulary. Być może wierzy, że dzięki tej rozmowie będą widzieć wyraźniej.

 

Amerykański (anty)bohater

 

Oscara dla dokumentu w zeszłym roku dostał znany z naszych kin „Citizenfour” Laury Poitras – film o Edwardzie Snowdenie. Kamera początkowo śledzi Glenna Greenwalda, dziennikarza i prawnika, z którym skontaktował się Snowden. To on miał wywołać medialną burzę i poinformować opinię publiczną o sankcjonowanej przez rząd powszechnej inwigilacji w imię uniknięcia drugiego 11 września. Poitras dokumentuje dokładnie przemyślany proces ujawniania szczegółów. Edward Snowden – współczesny bohater – choć nie pręży muskułów w obcisłym stroju, jest na wskroś amerykański: przed ujawnieniem skandalu rozstaje się z bliskimi, by uchronić ich przed niebezpieczeństwem.

 

 

Rząd amerykański stawia mu zarzuty ujawnienia tajemnic państwowych oraz szpiegostwa. Snowden przedkłada misję, którą jest ochrona społeczeństwa, nad życie prywatne. Jest jednocześnie bohaterem i antybohaterem, amerykańskim patriotą i zdrajcą. Poitras stara się być niewidoczna, jej bohaterowie czują się na tyle swobodnie, by przy niej żartować. „Citizenfour” to właściwie nawet nie film, tylko surowy reporterski materiał, zapis ważnych chwil – nie tylko dla Snowdena, Amerykanów, ale i całego świata. Mało w nim akcji, wyraźnie za to pobrzmiewa poczucie misji.

 

Życiowa misja Sebastião Salgado

 

Nominowany do Oscara 2015 był też znany z polskich kina dokument o wybitnym fotografie Sebastião Salgado – „Sól ziemi” Wima Wendersa i Juliano Ribeiro Salgado.  Z antropologiczną precyzją i wrażliwością twórcy pokazują zdjęcia Salgado: opowiadają o plemieniu, w dla którego czas się zatrzymał, o świecie, w którym osiemnastoosobowa grupa Jakutów spotyka się każdego wieczoru przy ognisku, o życiu, które dramatycznie przerywa wybuch granatu czy uderzenie maczetą. Fotograf oddaje głos tym, o których nikt nie pamięta. Heroiczna misja informowania świata o niesprawiedliwości i cierpieniu doprowadza go na skraj załamania i zmusza do zmiany. Salgado podejmuje kolejne wyzwania, choćby przedstawienie niesamowitości natury w projekcie Genesis. Wim Wenders w konwencji baśni opowiada o człowieku z księżyca, który pokonał barierę obojętności i starał się zrozumieć świat, w którym żyje.

 

 

Między prawdą i teorią spiskową

 

Festiwal Sundance 2015 wygrał kontrowersyjny „Rosyjski dzięcioł” Chada Gracii. To zapis dziennikarskiego śledztwa wokół wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu, które przeprowadził ukraiński teatrolog i performer, Fedor Alexandrovich. Punktem wyjścia jest teoria spiskowa, jakoby wybuch w Czarnobylu miał odwrócić uwagę od fiaska znajdującej się nieopodal instalacji sowieckiego systemu wczesnego ostrzegania, stacji radarowej Duga-2. Teoria brzmi niewiarygodnie, ale znając praktyki sowieckiej władzy – wielce prawdopodobna, zważywszy choćby na represje, które dotknęły performera. Inna sprawa, że film nie tyle szuka prawdy o Czarnobylu, ile pyta o misję artysty w naszych czasach.

 

 

Kraj, który zapomniał o własnej historii

 

Podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego nagrodę za najlepszy film dokumentalny otrzymało „Migotanie prawdy” Pietry Bratkelly, opowiadające historię Afgańskiego Instytutu Filmowego na tle burzliwych losów Afganistanu. Instytut powstał w latach 60. przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Kolejne lata upłynęły w Afganistanie pod znakiem gwałtownych przewrotów i wojen. W latach 90., wraz z dojściem do władzy talibów, niemal doszczętnie zniszczono afgańską kulturę, zrównano z ziemią dorobek pokoleń, świadectwo lepszej przeszłości. Pracownicy Instytutu z narażeniem życia ratowali taśmy filmowe przed całkowitym zniszczeniem. Dzisiaj odnawiają te, które udało się ocalić.

 

 

Pietra Bratkelly przez ponad dwa lata dokumentowała ich zmagania. Dzięki niezwykłym zdjęciom Jacoba Bryanta afgańska przeszłość wyszła z cienia. Opowiadana przed kamerą osobista historia każdego z pracowników Instytutu jest równie ważna. Ich działalność znacznie wykracza poza rewitalizację zniszczonych taśm. Przywracając zapisy z przeszłości, de facto ją przywracają. Naród nie może istnieć bez historii, więc aby zbudować nowy lepszy kraj w przyszłości, trzeba najpierw ofiarować mu przeszłość.

 

Człowieczeństwo w nieludzkich warunkach

 

Nie można zapomnieć o doskonałych polskich filmach, które swoją premierę miały w 2015 roku. Jednym z nich jest dokument Hanny Polak „Nadejdą lepsze czasy”, który opowiada o mieszkańcach największego wysypiska śmieci w Europie, podmoskiewskiej Swałki. Kamera przez czternaście lat towarzyszy wychowanej na wysypisku młodej Juli. Dokument Hanny Polak to jednak nie tylko opowieść o ludziach Swałki. To film o współczesnej Rosji i setkach osób zapomnianych przez system, żyjących za wysokim murem na skraju moskiewskiego blichtru, dwadzieścia kilometrów od Kremla. Społeczność zamieszkująca Swałkę składa się z ludzi zbędnych, niewygodnych i niechcianych. Za wszelką cenę dążą oni jednak do normalności – dzielą się chlebem, wódką, dyskutują, kochają. Jula w wieku piętnastu lat bawi się z rówieśnikami piłką znalezioną wśród śmieci, razem z koleżankami farbuje włosy, ma marzenia i plany. Na wysypisku często zdarzają się wypadki, buldożery zagrzebują ludzi zbierających śmieci albo śpiących w prowizorycznych domach. Hanna Polak przez czternaście lat nielegalnie wchodziła na teren Swałki, atakowały ją psy, nie raz niszczono jej materiał. Stała się dla Juli odskocznią od rzeczywistości, dała jej poczucie bezpieczeństwa. Wspierała, kiedy dziewczyna wchodziła w dorosłość i zmieniała swoje życie. W czasie realizacji filmu, Polak wyszła z roli bezstronnego obserwatora. Z resztą chyba nigdy nie starała się nim być.

 

 

Najważniejsze filmy 2015 roku zdaje się łączyć misja. Dokumentaliści starają się oddać głos zapomnianym przez system. Często nie kryją własnego zaangażowania. Zakładają fundacje, apelują do władz, niekiedy ryzykują własnym życiem. Ich obecność może być bodźcem do znaczących zmian. Hanna Polak być może nie uratuje odgrodzonych od świata murem mieszkańców wysypiska śmieci. Wpłynęła jednak na los przynajmniej jednej osoby. Joshua Oppenheimer przyczynił się do przemian w Indonezji. Możliwe, że w przyszłości bohater jego filmu stanie na czele demokratycznego ruchu. Pietra Bratkelly przypomniała światu o kraju od lat kojarzonym już tylko z wojną. Laura Poitras dokumentowała walkę amerykańskiego bohatera naszych czasów – Edwarda Snowdena. Sebastião Salgado nagłaśniał wyzysk i zbrodnie, dzisiaj walczy o ochronę środowiska. Dzięki filmowi Wima Wendersa jego historię poznały miliony ludzi na całym świecie. Reżyserzy zdają się wierzyć, że za sprawą swojej pracy wpłyną na rzeczywistość. Być może dzięki ich działaniom nadejdą kiedyś lepsze czasy.

 

Maria Dybcio