A po robocie…na kwarantannę

„Chcemy uczciwie pracować, płacąc składki i podatki. Jednak tę właśnie możliwość nam odebrano…” – piszą polscy pracownicy czeskich firm, jedni z pierwszych ofiar pandemii koronawirusa, choć typowych objawów choroby u nich nie stwierdzono.

Pracownik przygraniczny lub inaczej transgraniczny, to osoba, która na stałe mieszka w jednym kraju UE, ale przynajmniej raz w tygodniu przekracza granicę, by dotrzeć do pracy w kraju sąsiednim. Dla wielu Polaków z województw na zachodzie i południu kraju, a szczególnie tych, z miejscowości położonych tuż przy granicy państwowej, zagraniczne wyjazdy to żadna gratka, ale codzienność. Wyższe zarobki, lepsze warunki pracy i stosunkowo łatwa do pokonania bariera językowa – wszystkie te czynniki wpłynęły na popularność pracy w Czechach wśród mieszkańców Śląska. Według szacunków Czeskiego Urzędu Statystycznego pod koniec 2018 roku w kraju nad Wełtawą pracowało aż 47,4 tysięcy Polaków, którzy do pracy dojeżdżali z ojczyzny. W województwie śląsko-morawskim polscy pracownicy transgraniczni stanowili ponad 40 procent wszystkich pracujących tam obcokrajowców, zatrudniając się głównie w przemyśle wytwórczym i administracji. Można przypuszczać, że w minionym roku Polaków pracujących w Czechach przybyło, a tym samym zwiększyła się liczba dzisiejszych… nie tak oczywistych ofiar koronawirusa.

Nie chodzi wcale o wyższy odsetek zachorowań wśród pracowników transgranicznych, bo tego nie ma, ani o to, że na czeskiej linii produkcyjnej łatwiej się zarazić niż na polskiej,  bo to też nieprawda. Dlaczego więc koronawirus okazał się tak groźny dla kilkudziesięciu tysięcy polskich pracowników?

W pułapce

Od 27 marca w związku z pandemią koronawirusa wszyscy Polacy powracający z zagranicy, również ci na co dzień pracujący w Czechach, muszą poddawać się przymusowej 14-dniowej kwarantannie. Polscy pracownicy stanęli przed trudnym wyborem. Mogli wziąć urlop albo poprosić lekarza o L4 i w ten sposób pozostać w kraju. Jeśli jednak zależało im na pracy i obawiali się zwolnienia, decydowali się na ekspresowe szukanie lokum w Czechach i tymczasową rozłąkę z rodziną. Niektóre czeskie fabryki, jak np. Hyundai Transys w Noszowicach na kilka tygodni wprowadziły tzw. postojowe. Pracujący tam Dominik Tomosz do pracy na linii produkcyjnej miał wrócić niedługo po przerwie świątecznej, musiał jednak się pospieszyć, bo w nocy z 13 na 14 kwietnia weszły w życie nowe, tym razem czeskie obostrzenia.

– Polacy w Czechach są teraz zamknięci z dwóch stron. Nie możemy wrócić do Polski, bo tam czeka nas kwarantanna, a po jej zakończeniu i przyjeździe do Czech musielibyśmy tutaj kolejne dwa tygodnie spędzić w izolacji.

Dominik musiał szukać mieszkania po czeskiej stronie na własną rękę i ostatecznie zatrzymał się w hostelu górniczym, gdzie mieszka jego brat, któremu kopalnia opłaca przymusowy pobyt w Czechach.

Mimo dość ekstremalnych warunków, cieszy się, że nie grozi mu zwolnienie i nadal może zarabiać. W zakładach Hyundai pracuje wielu jego rodaków, na zmianie Dominika Polacy stanowią niemal połowę wszystkich pracowników. Nie brakuje też tam Ukraińców oraz Słowaków, bo Noszowice od słowackiej granicy dzieli około 50 kilometrów.

– Sporo pracowników, Polaków i Słowaków wzięło sobie urlop. Dostali możliwość, żeby wybrać wolne dni wprzód. Normalnie mogliby je wykorzystać dopiero w okresie wakacyjnym, postojowym – mówi Dominik – Ja nie chciałem ryzykować, że wykorzystam teraz cały swój płatny urlop, bo przecież nie wiadomo, czy nie przedłużą zamknięcia granic.

Według aktualnych rozporządzeń polskie granice pozostaną zamknięte co najmniej do 3 maja, czeska strona nieoficjalnie zapowiada, że otwarcie może nastąpić dopiero w czerwcu.  Ale kłopoty z dostaniem się do pracy pojawiły się jeszcze przed wprowadzeniem powszechnego nakazu kwarantanny przez polski rząd.

Mieszkańcy Czeskiego Cieszyna też tęsknią za Polakami i wywieszają baner nad graniczną rzeką Olzą. Fot. Aleksandra Kozyra

Łatwiej zwolnić

Paulina Ogłódek pracowała w fabryce w Nowym Jiczynie, do pracy dojeżdżała autobusem pracowniczym.

– Zwolnienia zaczęły się sypać w okolicach 20 marca, ale problemy zaczęły się już w momencie zamknięcia granic i wprowadzenia kontroli granicznych. Autobusy stały w korkach po kilka godzin, wiele z nich w ogóle nie dojeżdżało na miejsce. Jeśli ktoś w czasie kontroli źle się czuł, czy miał gorączkę był odsyłany do domu i miał wziąć L4. Wiele osób wzięło L4, i mimo to zostało zwolnionych.

Paulina, tak jak znaczna grupa przygranicznych pracowników, była zatrudniona nie bezpośrednio pod przedsiębiorstwem, w którym pracowała, ale poprzez agencję. Umowy pracy przedstawiane przez pośredników zazwyczaj nie gwarantowały pracownikom zbyt wielu praw, a w sytuacji kryzysowej jaką jest pandemia koronawirusa, agencje szybko przeszły do masowych zwolnień, pozostawiając „transgranicznych” Polaków na bruku.

Dwudziestokilkulatka może liczyć na pomoc rodziny, ale nie wszyscy zwolnieni są w tak komfortowej sytuacji. Analiza „Społeczno-gospodarcze skutki zamknięcia polsko-czeskiej granicy dla pracowników transgranicznych w Euroregionie Śląsk Cieszyński w związku z pandemią COVID-19 – stan obecny i prognoza” przygotowana w ostatnich dniach przez działaczy Stowarzyszenia Samorządowego Ziemi Cieszyńskiej nie napawa optymizmem. Jak twierdzą autorzy opracowania, mężczyźni pochodzący z powiatów cieszyńskiego, bielskiego oraz z Jastrzębia-Zdroju i Godowa, często, zgodnie z tradycjami górniczymi żywymi jeszcze na tych terenach, mogą być jedynymi, albo głównymi żywicielami rodziny. Niemało jest też gospodarstw domowych, których wszyscy członkowie są zatrudnieni po czeskiej stronie jak np. Rafał i Ala – para z Cieszyna wspólnie wynajmująca mieszkanie. Ona od czasu zwiększenia obostrzeń nie mogła już swobodnie dojeżdżać do pracy w Trzyńcu. Szefowie obiecali pomoc polskim pracownikom, ale liczy się z możliwością zwolnienia. On, zatrudniony był w tych samych zakładach co Dominik, ale pod firmą zewnętrzną. Pracy już nie ma, ale na wypowiedzenie musi jeszcze poczekać – przyjdzie pocztą. Ponieważ pracowali w Czechach nie mogą liczyć na zapomogę od polskiego państwa, Rafał zarejestruje się jako bezrobotny. 

Na przejściu granicznym na Moście Przyjaźni w Cieszynie rozstawiono namiot sanitarny. Fot. Aleksandra Kozyra

Czy warto było tak zamykać?

Ale brak możliwości dojazdu do pracy, a w konsekwencji często jej utrata, przyczyniają się nie tylko do wzrostu bezrobocia, ale i negatywnie wpływają na stan psychiczny wszystkich członków rodziny. Stąd tylko krok od tragedii osobistych, przemocy domowej czy nawet samobójstw, jak wskazują twórcy wspomnianego opracowania. To wszystko, obok utraty przyszłych wpływów z podatków od kilkudziesięciu tysięcy pracowników, powstania dodatkowej grupy bezrobotnych i możliwego postrzegania Polaków za granicą jako obciążenia dla czeskiego odpowiednika ZUS-u, pokazuje zamknięcie granic jako grę niewartą świeczki.

Z tymi argumentami do premiera i rządu próbują dobić się zdesperowani pracownicy i samorządowcy. Jak na razie bezskutecznie. Pod petycją o „Przywrócenie ruchu na granicy polsko-czeskiej dla pracowników transgranicznych” podpisało się już prawie 7,5 tysiąca osób. Poszkodowani argumentują, że przekraczanie granicy w drodze do pracy przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności i kontroli nie musi być bardziej niebezpieczne niż dojazd do firm na terenie kraju.

„Chcemy uczciwie pracować, płacąc składki i podatki. Jednak tę właśnie możliwość nam odebrano, pozostawiając niepewną przyszłość i w niedługiej perspektywie brak środków do życia” – czytamy w petycji.

Kiedy jednak przeczyta ją premier, a rządzący zamiast ignorować listy i zapytania, na poważnie zajmą się kwestią pracowników transgranicznych? Nie ma wątpliwości, że z dnia na dzień coraz więcej osób będzie zwalnianych przez czeskie firmy. Coraz więcej ludzi, mimo chęci do pracy i wolnych wakatów tuż za granicznym szlabanem, będzie musiało kierować się do powiatowych urzędów pracy po zasiłek dla bezrobotnych, generując dodatkowe wydatki państwa. Czy uciekając od jednego niebezpieczeństwa rządzący niepotrzebnie nie doprowadzą do znacznie większej katastrofy? Lepiej nie czekać na nią bezczynnie, bo w tym wypadku powiedzenie, że „czas to pieniądz” jest aktualne jak nigdy dotąd.

Oświadczyny na banerze wywieszonym nad rzeką graniczną Olzą w Cieszynie. Fot. Aleksandra Kozyra

Obrazek wyróżniający: apel o otwarcie granic dla pracowników transgranicznych, źródło: Facebook Gabrieli Staszkiewicz, burmistrz Cieszyna

Wpisy

Człowiek z Cieszyna w Warszawie, studentka dziennikarstwa i bohemistyki. Cierpi na chroniczny czasobrak, ale na przeczytanie kolejnego reportażu i sport zawsze czas znajdzie. Zakochana w Czechach i uzależniona od poznawania nowych ludzi.