Centrum Kapuścińskiego

Na co dzień jest dziennikarzem biznesowym, po pracy zajmuje się krytyką reportażu i przeprowadza wywiady z reporterami. Za jeden z nich – z Jackiem Hugo-Baderem – zdobył nominację do nagrody Grand Press, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej i Mediatorów. Ostatnio ukazała się jego książka „Spór o Kapuścińskiego”. Z Adrianem Stachowskim rozmawia Agnieszka Kapela.

 

Adrian Stachowski

Adrian Stachowski jest absolwentem Instytutu Dziennikarstwa Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego (fot. Stanisław Zawiśliński)

 

Nigdy nie udzielałem wywiadu, więc nie wiem, jak to wyjdzie. Piszę lepiej niż mówię. Nawet lepiej piszę niż myślę. To jeden z powodów, dla których napisałem „Spór o Kapuścińskiego”. Musiałem jakoś sobie ułożyć to wszystko, co działo się po wydaniu „Kapuściński non-fiction”.

 

Co dokładnie robiłeś?

Na bieżąco zbierałam wszystko, co na temat tej książki napisano i powiedziano. Chodziłem na wszystkie panele dyskusyjne jej poświęcone i je nagrywałem. Pomyślałem, że może będzie mi to potrzebne. Mam naturę archiwisty. Kiedyś zbierałem wycinki prasowe, ale odkąd wszedłem w XXI wiek i kupiłem sobie tablet, czytam elektroniczne wydania prasy i tam zaznaczam sobie to, co mnie szczególnie interesuje.

Jak jeszcze raz przeczytałem zebrane materiały o „Kapuściński non-fiction” i odsłuchałem nagrania, wziąłem kilka pisaków i podzieliłem toczącą się debatę na kilka wątków, zaznaczałem tezy. To był trzon książki. Uznałem, że to zbiorę, porównam, posprawdzam, co mi się uda i spróbuję dojść do jakichś wniosków.

 

I do jakich doszedłeś? Bo w książce nie padają żadne kategoryczne stwierdzenia.

To nie mój styl, nie lubię stawiać spraw w ten sposób. Staram się szukać różnych punktów widzenia i próbować je godzić. Trudno powiedzieć, do jakich wniosków doszedłem, bo debata miała tak wiele różnych wątków, że trzeba by oddzielnie omawiać każdy z nich. Czasami brakowało mi aparatu, żeby się do niektórych spraw odnieść, np. życiorysowych, związanych z PRL-em. Wtedy raczej przytaczałem opinie, bo tamte czasy są poza moim doświadczeniem. Wiem tyle, ile przeczytam, a to za mało, żeby wystawiać komukolwiek oceny. Wydaje mi się zresztą, że w tej sytuacji ważniejsza jest próba zrozumienia Kapuścińskiego.

 

Mnie to trochę przypomina robienie analizy i interpretacji poezji. Dlaczego mamy tłumaczyć to, co Kapuściński już napisał w książkach, powiedział w wywiadach czy w czasie wykładów?

W ten sposób czerpiemy z jego twórczości, przerabiamy problemy, o których pisał, uczymy się myśleć o sprawach, które były mu bliskie, dowiadujemy się o świecie. Możemy też spróbować czytać go inaczej niż dotąd. Uważam, że to zrobił Artur Domosławski w „Kapuściński non-fiction”. Wielu ludzi miało mu za złe, że zwrócił tam uwagę na polityczną treść w książkach Kapuścińskiego. Dla mnie, wbrew temu, co pisali niektórzy krytycy, to było nowe i świeże. Jego nie interesował Kapuściński, który szukał uniwersalnych prawd o rewolucji, tylko ten piszący zaangażowane reportaże o sytuacji politycznej. Bo do pewnego momentu był on przede wszystkim właśnie reporterem politycznym. Wielu komentatorów i krytyków ignorowało ten wymiar jego twórczości. Dlatego dobrze, że Domosławski go wydobył.

 

Ale w posłowiu do swojej książki piszesz, że lektura biografii Domosławskiego była dla ciebie trudna, bo podważyła twoją wiarę w Kapuścińskiego.

Nie tyle biografia, co debata wokół niej. Wtedy po raz pierwszy ujawnili się krytycy Kapuścińskiego, którzy wbijali go w ziemię. Wcześniej tak nie było.

 

Ci krytycy wyrośli na ziemi, którą swoją książką przygotował Domosławski.

Tym, co napisał, stworzył platformę do negatywnych opinii o Kapuścińskim. Wielu ludzi go za to obwinia. Moim zdaniem niesłusznie. Odpowiadamy za to, co sami mówimy, a nie za to, co mówią ci, którzy zabierają głos po nas. A Domosławski w żadnym momencie nie użył wobec Kapuścińskiego mocnych słów, których używali krytycy Kapuścińskiego. W książce tłumaczył, dociekał, wskazywał na dylematy – a krytycy walili cepem, jak to u nas.

 

To kto jest większą ofiarą tej książki – Kapuściński czy Domosławski?

Kapuściński, ale nie upatrywałbym w tym winy Domosławskiego. Chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiała: to nie tak, że ci, którzy krytykują Kapuścińskiego, zupełnie nie mają racji. Ich wątpliwości sprawiają, że jest o czym dyskutować. Kapuściński zasługuje przede wszystkim na sprawiedliwość.

 

A Domosławski?

Też.

 

Mam wrażenie, że wszystkie historie związane z Kapuścińskim, włącznie z oskarżeniami o mijanie się w tekstach z prawdą, członkostwo w PZPR czy przyjacielskie relacje z partyjnymi notablami, mogą nawet przyczynić się do wzmocnienia jego legendy. A Domosławski z jednej strony został Dziennikarzem Roku 2011 w plebiscycie „Pressa” (wyróżnionym w końcu przez własne środowisko), a drugiej – już chyba na zawsze przylgnęła do niego łatka „Kapuściński non-fiction”.

Jego nowa książka ma tytuł „Wykluczeni”. Dla mnie on stał się wykluczony. Zauważ, że autor największej, najbardziej komentowanej, moim zdaniem najlepszej książki o Kapuścińskim, został totalnie wypchnięty poza krąg osób, które w jakiś sposób przechowują o nim pamięć. To diagnoza, nie ocena tego stanu rzeczy. Nie wiem, czy tak powinno być.

 

Dlatego mnie jest Domosławskiego trochę żal. A chyba nieprzypadkowo to właśnie on napisał tę biografię – on naprawdę rozumiał Kapuścińskiego.

Często to mówię i uchodzi to za kontrowersyjny osąd, ale dla mnie to właśnie Domosławski jest spadkobiercą Kapuścińskiego, reporterem najbliższym mu światopoglądowo i terytorialnie. Ale mnie w tej dyskusji nie chodzi o Domosławskiego, tylko o Kapuścińskiego. To on mnie interesuje. To z jego powodu czułem dysonans poznawczy. Żeby sobie z nim poradzić, napisałem książkę. Myślałem, że dzięki temu sobie całą sprawę ułożę i odstawię Kapuścińskiego na półkę. Ale to tak nie działa. On – tak metaforycznie – wciąż dyktuje mi, jakie książki czytam, w jaki sposób patrzę na różne problemy, jak się odnoszę do ludzi.

 

Do tej pory znałam dwóch tak wielkich fanów Kapuścińskiego. Jesteś trzeci.

Nie wiem, czy jestem wielkim fanem.

 

W posłowiu swojej książki piszesz, że jesteś Kapumaniakiem.

Piszę, że byłem.

 

Już nie jesteś?

Kapumaniak to wyznawca, ślepy admirator, ktoś, kto się gotuje, jak słyszy krytykę Kapuścińskiego i jest przywiązany do jego wyidealizowanego wizerunku. Czy jestem fanem? Wydaje mi się, że najbardziej trafne będzie, jeśli powiem, że mam bardzo osobisty stosunek do Kapuścińskiego. Wśród ludzi, którzy najbardziej wpłynęli na moje życie i mnie ukształtowali, są moja mama, babcia, nauczycielka języka polskiego z gimnazjum – Ewa Leśniewska i Ryszard Kapuściński. Tak jest: trzy kobiety i pan Ryszard.

 

Okładka Spór o Kapuścińskiego

 

„Spór o Kapuścińskiego” to część twojej pracy magisterskiej.

Tak, niektóre jej wątki rozbudowałem, inne skróciłem. Redaktor Stanisław Zawiśliński uznał, że warto to wydać. Chciałem utrwalić toczącą się debatę, ale nie chciałem powtarzać diagnoz, które już wielokrotnie pojawiały się w książkach o Kapuścińskim, np. że wielkim pisarzem był. Był, ale nie to było dla mnie najważniejsze.

 

Uważasz go za pisarza, a nie reportera czy dziennikarza?

On był jednocześnie dziennikarzem i pisarzem, a do tego nie przywiązywał wagi do podziału na fiction i non-fiction. Jednym takie podejście nie przeszkadza, ale niektórzy mogą się czuć zdezorientowani. Kapuściński nie przywiązywał też wagi do tego, by poinformować czytelników, którego Kapuścińskiego akurat czytają. Dobrym przykładem jest „Cesarz”. Zobacz, jakie formy pojawiają się w tej książce: reporterski komentarz, monolog, depesza. Wszystkie tworzą „aurę” prawdziwości. A tymczasem Kapuściński przyznawał w wywiadach, że niektóre z monologów wymyślił w oparciu o prawdziwe informacje, jak ten o piesku Lulu, lub zawarł w nich własne obserwacje, jak w monologu o pałacowych koteriach – stołowych, kratowych, korkowych… Nikt mu tego nie powiedział, on sam to wymyślił, ale zaprezentował to jako monolog dworzanina. Mówił o tym, więc nie można mu zarzucać kłamstwa, ale to wypowiedzi z archiwalnych wywiadów, dawno zapomnianych, do których nie dotrze większość jego czytelników.

 

Jak w takim razie traktujesz to nieprzywiązywanie przez Kapuścińskiego wagi do podziału na fiction i non-fiction?

Musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, co to zmienia. Nawet jeśli nie mamy pewności, czy wszystko, o czym napisał, naprawdę się wydarzyło, to przecież nie zmyślił ani rewolucji afrykańskiej, ani zimnej wojny w Ameryce Łacińskiej. Jego analizy polityczne, choć wielu czytelników nie przywiązuje do nich wagi, wciąż mają wartość, mimo że były pisane z punktu widzenia komunisty, człowieka lewicy, przedstawiciela tej części powojennego pokolenia, która uwierzyła w obietnice socjalizmu. Moim zdaniem to, co pisał w latach 60. o Afryce, to, jak stawał po stronie jednych, a nie drugich, broni się też dzisiaj. Nie trzeba być komunistą, żeby w jego spojrzeniu na zimną wojnę w Afryce i Ameryce Łacińskiej widzieć dużo racji.

 

A co zmieniło się w twoim odbiorze książek Kapuścińskiego po przeczytaniu biografii Domosławskiego?

Kiedy pracowałem nad swoim tekstem, po dwa razy przeczytałem wszystkie książki Kapuścińskiego. Na pewno nie robiłem tego podejrzliwie, ale w jakimś stopniu była to lektura mniej naiwna. Szukałem rzeczy, którymi wcześniej się nie zajmowałem, jak np. tożsamość polityczna Kapuścińskiego. Ona interesuje mnie bardziej niż to, czy zmyślał, czy nie.

 

Co dzięki tej uważnej lekturze odkryłeś?

Znalazłem oryginalny egzemplarz „Kultury” z „Notatkami z Wybrzeża”. Kapuściński pisze tam, że robotnicy w Stoczni Gdańskiej walczą o demokrację socjalistyczną. Kiedy ten tekst pojawił się w „Lapidariach”, już po roku 1989, słowo „socjalistyczna” zniknęło.

Trafiłem też na zagraniczny wywiad Kapuścińskiego z 1987 roku. Opowiada w nim, że po publikacji reportażu „To też jest prawda o Nowej Hucie” został aresztowany. Nie został. Można to tłumaczyć tym, że Kapuściński nie mówił dobrze po angielsku, że to słowo znalazło się tam przed przypadek, że wywiad nie był autoryzowany. Jakkolwiek by nie było – kolejny raz nieprawdziwa informacja kształtuje wizerunek Kapuścińskiego za granicą. Nawet jeśli to nie on jest temu winny, tylko jakaś inna, powiedzmy, okoliczność, której już dzisiaj nie poznamy.

W książce przytaczam też fragment wspomnieniowego tekstu Michaela Kaufmana z „New York Timesa”. Poznali się w Angoli. Kaufman pisze w tym tekście, że mimo że Kapuściński pracował w państwowej agencji prasowej, to nie był żadnym komunistą – a wiemy, że był, a do tego szczerym i ideowym; że w stanie wojennym wyrzucono go z oficjalnej prasy, bo władza nie mogła pozwolić na obecność tak silnego głosu – a prawda jest taka, że stracił pracę, bo nie poddał się weryfikacji, której musiał poddać się każdy dziennikarz pracujący w państwowych mediach; że publikował w podziemiu – a tak nie było, chociaż „Notatki z Wybrzeża” przedrukowano kilka razy w drugim obiegu. Tym, którzy by chcieli, żeby Kapuściński był kontestatorem reżimu i budował „Solidarność”, bo tak też pisano w jednej z jego biografii, takie wtręty nie przeszkadzają. Mnie przeszkadzają, bo to nieprawda. Kapuściński popierał postulaty protestujących robotników, ale wierzył w socjalizm i w to, że można go naprawić.

Jest też historia z „Wojny futbolowej”. Kapuściński opisuje, że w 1961 roku on i czechosłowaccy korespondenci Jarda Bouček i Dušan Provazník w drodze powrotnej z Konga byli przetrzymywani w Usumburze, a nawet skazani na rozstrzelanie. Wspomina też, że o sprawie pisał później „Le Monde”. Poprosiłem archiwistów dziennika o poszukanie tego tekstu. Ku zdziwieniu mojemu i znajomych, którzy kiedyś bez skutku zwracali się do „Le Monde” z podobnymi prośbami, dostałem skan tamtej notatki. Pojawia się w niej informacja o przetrzymaniu i areszcie, ale nie ma mowy o rozstrzelaniu. Żyje tylko jeden uczestnik tych wydarzeń – Provazník. Napisałem do niego list. Chciałem wzbudzić w nim poczucie, że jest jedyną osobą, która może rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące tej historii. W odpowiedzi potwierdził wersję z „Wojny futbolowej”, co robił już kilka razy, kiedy inni próbowali namówić go, by powiedział coś więcej. Ale tym razem dodał coś jeszcze – że dyskusję wokół Kapuścińskiego uważa za sztuczną, bo w pewnym momencie – jak pisał – Ryszard był już pisarzem, więc mógł sobie pozwolić na więcej niż przeciętny dziennikarz agencyjny. Jeśli to miała być obrona, to wyszła słabo. Dla mnie zabrzmiało to jak potwierdzenie, że opis z „Wojny futbolowej” jest „podkręcony”. Do tego jest jeszcze jeden wywiad, w którym  Kapuściński opowiada po latach, że w Kongo rozstrzelać go miał sam Mobutu Sese Seko, kongijski dyktator. A to już bajka do kwadratu.

Jest też inna historia z „Wojny futbolowej”, o Amelii Bolaños. Według Kapuścińskiego dziewczyna strzeliła sobie w serce po tym, jak Salwador przegrał w piłkę nożną z Hondurasem, a wszystko opisał dziennik „El Nacional”. Reporterzy Maria Hawranek i Szymon Opryszek sprawdzili na miejscu, że taka gazeta nie istniała, nie było też Amelii Bolaños.

I teraz powiedz: mam udawać, że tych przekłamań – nieścisłości, autocenzury, upiększania, pomyłek – nie ma? Głupio. Chociaż wiem, że dla innych pewnie nie ma to żadnego znaczenia. Dla mnie ma.

Myślisz, że Kapuściński strzelał w Angoli czy nie?

 

Myślę, że tak.

A ja nie wiem, ale albo strzelał, albo opowiadał bujdy w wywiadach. Nie wiem, co gorsze. Są dwie rozmowy, w których mówi, że strzelał. Domosławski twierdzi, że świadek tych wydarzeń– generał Farrusco w rozmowie z nim przyznał, że tak faktycznie było. Mirosław Ikonowicz utrzymuje z kolei, że jemu Farrusco powiedział, że Kapuściński strzelał tylko aparatem fotograficznym.

 

Kiedy rozmawiałam z redaktorem Ikonowiczem, powiedział: „różnie chce się dzisiaj Kapuścińskiego ustawiać”.

To prawda. Kiedy jest silna krytyka i tacy publicyści, jak Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka czy Grzegorz Eberhardt, związani z prawicą, wdeptują Kapuścińskiego w ziemię, rozumiem ludzi mu bliskich, którzy chcą go bronić. Ale ja nie mam konia w tym wyścigu. Nawet się cieszę się z tej krytyki, bo mogę się z nią zmierzyć. To bardziej produktywne i pożyteczne dla mojego obcowania z Kapuścińskim niż pochwały.

Chociaż muszę powiedzieć coś jeszcze: zgadzam się z tym, że przesłanie Kapuścińskiego, ta lekcja humanizmu, otwartości i tak bardzo potrzebnego dzisiaj zrozumienia dla Innego jest prawdziwa bez względu na to, na której półce postawimy jego książki. Muszę to powiedzieć, bo łatwo o tym zapomnieć, kiedy skupimy się na wyliczaniu „kontrowersji”. Nie chcę stworzyć wrażenia, że jestem tylko tropicielem potknięć i dziennikarskich „grzeszków” Kapuścińskiego. Chociaż widzę je, nie mogę udawać, że nie.

 

Adrian Stachowski NKM

W czasie I Festiwalu „Natura – Kultura – Media” odbyła się sesja popularnonaukowa inspirowana książką „Spór o Kapuścińskiego”. Na zdjęciu od lewej prof. Robert Cieślak, Adrian Stachowski i Marek Miller (fot. Monika Tułodziecka)

 

Mówisz, że nie czytasz Kapuścińskiego podejrzliwie, ale we własnych tekstach wkładasz kij w mrowisko. Stawiasz reporterom pytania, które mogą okazać się dla nich niewygodne, w recenzjach też dotykasz drażliwych tematów.

Jeśli tak uważasz, to moim zdaniem dobrze. Wziąłem do siebie słowa samego Kapuścińskiego, który mówił, że brakuje nam krytyki reportażu. On tłumaczył, że żeby poważnie się za nią zabrać, trzeba znać się na reportażu i na problemie, który opisuje. Nie mówię, że ją łączę te dwa elementy, bo to zależy od tekstu. Zgadzam się jednak z Kapuścińskim, że tej krytyki jest za mało. Polskich reporterów zbyt często głaszcze się po głowie. Moim zdaniem bardziej ożywcza jest dyskusja i nawet przerysowane publicystycznie tezy.

 

To znaczy, że czasami przesadnie krytykujesz i stawiasz pytania na wyrost?

Nie sądzę. W wywiadach czy recenzjach pokazuję swoje dylematy i wątpliwości. Kocham reportaż, ale jednocześnie wydaje mi się, że mam do niego zdrowy i krytyczny stosunek. Kiedyś komuś tłumaczyłem, że można go określić jako „love – hate relationship”, związek oparty w równej mierze na miłości i nienawiści, które przecież podobno niewiele dzieli.

 

Przyjmując taką postawę, wystawiasz się na strzał. Skoro krytykujesz innych…

…to gdzie są twoje reportaże, co ty zrobiłeś?

 

Na przykład.

Na ewentualne zarzuty mam odpowiedź: może nie jestem reporterem, ale jestem czytelnikiem. Mam prawo pytać i mam prawo do krytyki. Ale pamiętajmy: nie mam jakiegoś wielkiego dorobku. To, o czym mówimy, jest trochę na wyrost.

 

Byłeś nominowany do nagrody Grand Press, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej i Mediatorów…

Za jeden tekst.

 

Ale jaki! Wywiad z Jackiem Hugo-Baderem po wydaniu książki o wyprawie na Broad Peak.

[W wywiadzie Hugo-Bader odsłania kulisy pisania tego reportażu i swoje zdanie na temat pracy reportera. Przyznaje też w nim m.in. to, że oświadczenie, które miało wyjaśnić sprawę wywiadu dla „Tygodnika Powszechnego”, napisał za niego kolega. W tamtej rozmowie Hugo-Bader powiedział, że himalaiści działają w amoku, a celem ekspedycji jest nie tylko poszukiwanie ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, ale też atak na K2. W oświadczeniu zarzucił przeprowadzającemu rozmowę dziennikarzowi kłamstwo – przyp. AK].

To był megafuks. Na co dzień zajmuję się zupełnie czymś innym. Moja krytyka reportażowa to coś, co robię po godzinach pracy, hobbystycznie.

 

Czułeś wtedy, że ta rozmowa to będzie aż taki sukces?

Nie, wiedziałem, że mam fajny materiał. Hugo-Bader udzielił już w tym czasie sporo wywiadów i w wielu z nich mówił to samo. Chciałem tego uniknąć.

 

Taki tekst, nominowany do nagród, otwiera w dziennikarstwie drzwi?

Tak, ale cały czas musimy pamiętać, że nie jestem wzorem żadnego sukcesu, mogę się raczej wypowiadać do osób, które chcą zacząć coś w dziennikarstwie robić.

O Hugo-Baderze pisałem pracę licencjacką. Chciałem z nim wtedy porozmawiać, w „W rajskiej wśród zielska” napisał mi swojego maila. Miałem się z nim potem skontaktować, ale tego nie zrobiłem. Cztery lata później zamierzałem pisać recenzję „Długiego filmu o miłości”, ale uznałem, że lepiej będzie porozmawiać z autorem. Poszedłem na Warszawskie Targi Książki i powiedziałem do Hugo-Badera: „Mam kupon na rozmowę z panem i chciałbym go zrealizować”. On na to: „Masz adres, napisz”. „A jaką mam pewność, że pan mnie nie spuści na drzewo?” „Nie masz żadnej”. Wróciłem do domu i pomyślałem, że wiadomość, którą napiszę, musi być naprawdę dobra. Książka o Broad Peak zaczyna się od listu, który Hugo-Bader wysłał Jackowi Berbece, żeby wziął go na wyprawę. Przerobiłem go. Odpisał – jak Berbeka w książce – że powinien mnie posłać w chuj, ale się godzi. Spotkaliśmy się. Rozmowy nikt u mnie nie zamawiał. Wysłałem ją do „Dwutygodnika”, głównie dlatego, że wcześniej kilka razy odrzucili moje teksty, więc się uparłem. Tym razem przyjęli.

 

Jaki był temat tej wiadomości do Hugo-Badera? To podobno w takich przypadkach kluczowa sprawa.

On mówi na e-mail „emalia”, więc napisałem „Emalia w sprawie rozmowy”.

Wiesz, patrzę czasami na tę nominację do Grand Pressa i nie wierzę, że to się wydarzyło. Dla kogoś to może nic, ale dla mnie to największy sukces w życiu. Patrzę na nią z żalem. Nie wiem, czy ją wykorzystałem. Nie sądzę.

 

Co byś musiał zrobić, żeby tak powiedzieć?

Dostałem kilka propozycji, z których nie skorzystałem. Czarne zaproponowało mi wywiad rzekę. Miałem tylko znaleźć sobie bohatera. Do dzisiaj tego nie zrobiłem. Ale mam nadzieję, że to otwarta sprawa. Zostałem też zaproszony do Polskiej Szkoły Reportażu na pogadankę o mojej rozmowie z Hugo-Baderem.

 

A propozycje z jakichś tytułów prasowych?

Były, w jednych coś opublikowałem, w innych nie. „Wysokie Obcasy” zaproponowały mi współpracę. Próbowałem trzy razy, ale się nie udało. Raz tak długo czekałem na odpowiedź, że wysłałem tekst do „Tygodnika Powszechnego”. Potem, na zlecenie redakcji, miałem przeprowadzić rozmowę z Małgorzatą Szejnert, ale chwilę wcześniej udzieliła wywiadu „Dużemu Formatowi” i nie chciała robić festiwalu. Zrezygnowaliśmy. Za trzecim razem zaproponowałem wywiad o Saharze Zachodniej, pomysł odrzucili.

 

Może będzie łatwiej, jeśli powiesz, kto ci nie proponował współpracy.

Nie przesadzajmy. Aha, nie chcę autoryzować tego tekstu. Sam robię wywiady z autorami książek, reporterami. Bardzo nie lubię, kiedy mówią coś sensownego, a potem się z tego wycofują. Nie chcę sobie dać na to szansy. Uważam, że to uczciwe. Ale nie chcę też, żebyś zrobiła ze mnie nie wiadomo kogo. A wiem, że jak się z kimś przeprowadza rozmowę, to się chce uzasadnić, że to człowiek godny uwagi.

 

Spokojnie. Nie zrobię z ciebie wielkiego dziennikarza. Trochę cię prowokuję, żebyś coś więcej powiedział.

Jeśli tak, to ok. Mnie ten Hugo-Bader już męczy. To było dwa lata temu, a wciąż ktoś mnie o to pyta. Ja się powinienem wstydzić, że przez ten czas nic zrobiłem nic, co byłoby… Dobrze, teraz jest „Spór o Kapuścińskiego”, z którego jestem zadowolony. Cieszę się, że ktoś chciał to wydać.

 

Przecież jeszcze nie skończyłeś pisać.

Ja ledwie zacząłem. Mówi się, że po studiach dziennikarskich jest trudno o pracę, ale jakoś sobie radzę, jest nieźle. Jeśli masz dobry tekst, to ktoś go opublikuje. Mnie się zdarzało wysyłać do redakcji w ciemno, a za kilka dni dostawałem odpowiedz: „Bierzemy”. Bez żadnych kontaktów.

 

Gdybyś miał jeszcze raz wybierać studia, poszedłbyś na dziennikarstwo?

Tak, na studiach było super. Nie mogę powiedzieć, żeby były bardzo męczące. Spędziłem je na czytaniu. Do tego dostawałem miesięcznie 500 zł stypendium i mi wystarczało, a kupowałem całe góry książek.

Swój pierwszy wywiad, na zajęcia, zrobiłem z Alicją Kapuścińską. Był tragiczny. Zadawałem pytania, które pozwalały mojej rozmówczyni mówić to samo, co wszystkim innym przede mną. Wcześniej nikt mi nie chciał podać numeru telefonu do pani Alicji, żeby umówić się na spotkanie. W końcu znalazłem go na skanie jakiejś bibuły z lat 80., napisanej po angielsku. Ale od tamtego czasu numery telefonów rozszerzono, więc żeby wiedzieć, jakie cyfry dodać, sprawdziłem, jak to wygląda w okolicy. Znalazłem, zadzwoniłem i usłyszałem głos Ryszarda Kapuścińskiego, który wtedy już nie żył. Ze strachu się rozłączyłem. To była automatyczna sekretarka. Ostatecznie u pani Alicji byłem kilka razy. Jakiś czas później spotkaliśmy się na dyskusji o „Cesarzu”. Podszedłem, przywitałem się, porozmawialiśmy, ale widziałem, że mnie nie poznała. Następnego dnia przychodzi do mnie do pokoju mama i mówi: „Pani Alicja Kapuścińska do ciebie dzwoni”. Zadzwoniła na mój domowy telefon, który wcześniej jej dałem. „To pan Adrian, nie skojarzyłam, pan przyniósł mi to, to i to…”.

 

Kiedy zacząłeś pisać teksty już nie tylko na zajęcia?

Dopiero na studiach magisterskich. Wcześniej miałem kompleks, że jestem niewystarczająco bystry, żeby się tym zajmować. Nie mówię, że teraz zjadłem wszystkie rozumy, ciągle się uczę i jeszcze bardzo długa droga przede mną, ale w pewnym momencie poczułem się na tyle pewnie, żeby zacząć próbować. Pamiętam, jak poszedłem do gazety, dostałem temat, kazali mi podzwonić i popytać ludzi o komentarze. A ja tego nigdy nie robiłem! Bardzo dużo czasu zajęło mi, żeby się przełamać. Na studiach zbyt często się nie mówi, jak poprosić o rozmowę i ją prowadzić. A takich ludzi jak ja, dość nieśmiałych, którzy potrzebują wskazówek, może być więcej.

 

Zakonczenie NKM

Za książkę „Spór o Kapuścińskiego” oraz wywiady z reporterami i krytyczne teksty poświęcone reportażowi Adrian Stachowski otrzymał nagrodę Nadzieja Mediów. Wyróżnienie odebrał z rąk Witolda Malarowskiego, wójta gminy Izabelin (fot. Karolina Bugajniak)

 

Dlaczego w ogóle czytasz reportaże?

Prawdziwe historie są dla mnie ciekawsze niż zmyślone. Chcę dużo wiedzieć o świecie, bo to pożyteczne.

 

Mógłbyś się tego dowiadywać z prasy albo analiz historyczno-politologicznych.

Lubię, kiedy reportaż ma taki wymiar i autor przekazuje dużą dawkę wiedzy w przystępny sposób. Dla mnie tekst nie musi być superliteracki. Mam taki zwyczaj, że ewidencjonuję przeczytane książki. W zeszłym roku było ich 119, w tym dwie powieści. Reszta to reportaże.

 

119? Ogromnie dużo!

Naprawdę?

 

A do tego masz normalną pracę, żonę, małe dziecko…

W „Lapidariach” Kapuściński opisuje czytelnika, który błąka się po bibliotece. Czekaj, czekaj zaraz znajdę ten cytat. [Wyjmuje tablet]. O, mam: Myślałem, żeby napisać historię człowieka żądnego wiedzy, ambitnego samouka, który przebywa w wielkiej bibliotece i miota się od książki do książki, bo wziął do ręki „Tragedie” Eurypidesa, ale to nasunęło mu od razu potrzebę czytania „Narodzin tragedii” Nietzschego, a Nietzsche logicznie skojarzył mu się z Dostojewskim, Dostojewski to prosta droga do Sołowiewa, stąd – do Bizancjum, od Bizancjum prawem inności – do renesansu, więc „Historie florenckie”, „Dzieje papieży”, Leonardo, Vasari itd., itd., aż nasz bohater wpada w obłęd, w szaleństwo. To o mnie. To mój model lektury. Tylko jeszcze w szaleństwo nie wpadłem.

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim

Name required

Website