Aleksandra Lipczak: W Hiszpanii wszystko jest „bardziej”

 

O tym, że nie wszystko jest idealne, magii Barcelony i że warto czytać książki z Aleksandrą Lipczak, laureatką IV edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego, rozmawiały Magdalena Bojanowska i Karolina Chojnacka.

 


Aleksandra Lipczak jest absolwentką dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiowała też filologię hiszpańską i polonistykę w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych (fot. Tomasz Czech).

 

Pisze pani głównie o Hiszpanii i świecie hiszpańskojęzycznym. Skąd zainteresowanie akurat tą częścią świata?

Hiszpania, o której wiem więcej i Ameryka Łacińska, którą znam tylko trochę, to fantastyczne rejony dla dziennikarzy i reporterów. „Laboratoria jutra”,  żeby użyć określenia Artura Domosławskiego, w których wykluwały się różne ciekawe zjawiska, ruchy społeczne, mniejsze lub większe rewolucje. Wystarczy rzucić parę nazwisk i słów-kluczy: Pepe Mujica, Lula, Ada Colau, ruchy miejskie, budżet partycypacyjny…

Moja bliska znajomość z Hiszpanią trwa już kilkanaście lat. Zaczęła się trochę od czapy, bo zobaczyłam łajdacki, andaluzyjski film „Vengo” Toniego Gatlifa i postanowiłam, że w ramach MISH-u, na który właśnie się dostałam, będę studiować filologię hiszpańską. I tak, z nieprzemyślanej, spontanicznej decyzji, zrodził się związek na całe życie.

Hiszpania, którą poznałam najpierw, była najmodniejszym i najbardziej sexy krajem w Europie. Pruła do przodu, narzucała trendy. Poznałam ją taką, poznałam też od zupełnie innej strony, kiedy, w 2008 roku, wszystko zaczęło się tam walić. I o tym właśnie są „Ludzie z Placu Słońca”
– o wielkiej zmianie, o trzęsieniu ziemi, któremu Hiszpania stawiła zresztą czoła z wielką godnością.

 

Co najbardziej zaskoczyło panią w tym kraju, kiedy pojechała tam pani po raz pierwszy?

Nie pamiętam zaskoczeń, z pierwszych wizyt pamiętam raczej potężną chemię, którą od początku pojawiła się między mną i Barceloną. Najlepiej pamiętam jej zapach. To jeszcze były czasy, kiedy można było wszędzie palić. A więc: zapach, a czasem po prostu smród fajek i cygar, specyficzny słodki zapach ciepłych podmuchów powietrza w metrze, czasem, zwłaszcza rano, typowo południowa woń z kanałów.

Pamiętam, jak któregoś wieczoru weszłam na wieżę Sagrada Familia. To był ostatni moment przed tanimi lotami Ryanaira, był listopad i nie było wcale tłumów, popatrzyłam z góry na światła miasta i wiedziałam: jesteśmy sobie przeznaczone. Choć niewykluczone, że był to zachwyt zapożyczony z filmu, bo przecież we „Wszystko o mojej matce” Pedro Almodovara jest ta piękna, pełna melancholii scena, w której bohaterka jedzie taksówką przez nocną, opustoszałą Barcelonę, zaczyna nowe życie.

Potem nasza relacja przechodziła wiele faz, od miłości do nienawiści i z powrotem, ale do dzisiaj, obok mojej rodzinnej Legnicy, Barcelona to jedyne miasto, o którym mogę powiedzieć, że kocham je naprawdę głęboką miłością. Chociaż mnóstwo rzeczy mnie w niej wkurza.

 

A co konkretnie?

Posłużę się obrazem, który mówi wszystko: parę lat temu zawisły tam na ulicach finansowane przez urząd miasta plakaty „Barcelona, najlepszy sklep świata”. Buntownicza, twórcza Barcelona, jedno z najpiękniejszych i najbardziej charakternych miast Europy, zaczęła się w pewnym momencie stawać Disneylandem. Drugą Wenecją, zadeptywaną przez turystów. „Smart city”, w którym dochodziło nawet do kilkudziesięciu eksmisji dziennie, bo jego mieszkańców nie było stać na zapłacenie wynajmu albo spłatę kredytu.

Widziałam to w dzielnicy, w której mieszkałam. Była to Barceloneta, piękna, trudna dzielnica rybaków nad morzem. Dzisiaj – łakomy kąsek dla deweloperów, wielkich firm. Włosy stają mi dęba na głowie za każdym razem, kiedy tam jadę. Znikają kolejne stare bary i sklepy, jest za to coraz więcej sieciówek i sterylnych miejscówek dla turystów. Oczywiście byłabym hipokrytką, gdybym nie widziała, że sama byłam częścią problemu, płacąc dwa razy wyższy czynsz za mieszkanie niż moja osiemdziesięcioletnia sąsiadka Consuelo.

Ale Barcelona to Barcelona. Nie da się tak łatwo zadeptać. Jestem zafascynowana postacią jej obecnej burmistrzyni, Ady Colau, której poświęcam jeden z rozdziałów „Ludzi z Placu Słońca”. Mówiąc hasłowo: byłej skłoterki, aktywistki, feministki, którą jeszcze niedawno policjanci ciągnęli po ziemi w czasie okupacji banków i innych manifestacji. Bardzo charyzmatycznej postaci, która – razem ze swoją ekipą – walczy o to, żeby Barcelonę na nowo uczłowieczyć.

 

Czy to właśnie w trakcie pani pobytu w Hiszpanii, narodził się pomysł, aby napisać o niej książkę?

Pomysł, o dziwo, narodził się dopiero, kiedy po prawie sześciu latach mieszkania w Barcelonie wróciłam do Polski. Już wcześniej kołatała mi się oczywiście po głowie taka myśl. Kiedyś dostałam maila od Mariusza Szczygła, który zagadywał o to, czy nie myślałam o książce, bo przecież reporterskich opowieści o współczesnej Hiszpanii praktycznie nie ma.

Tyle, że mieszkając tam, byłam w jakimś totalnym wirze. Świat walił się wielu ludziom wokół mnie na głowę. Oburzeni protestowali na placach. Głęboko to przeżywałam, pisałam o tym reportaże i inne teksty, ale nie wyobrażałam sobie, żebym mogła usiąść i spokojnie napisać o tym książkę. To wymaga jednak pewnego dystansu.

W moim przypadku okazało się, że potrzebny był dystans geograficzny. Dopiero, kiedy wróciłam do Polski, byłam w stanie spojrzeć na Hiszpanię i to, co jej się przydarzyło – a także to, co przydarzyło się tam mnie samej – z boku. Powiedziałam sobie: ok, teraz nadszedł już właściwy moment.

 

W książce opisała pani skrajnie różne osoby, m.in. Franka Kanalarza, dewelopera, który postawił miasto na środku pustyni, Pilar która chciała stworzyć nowy model hiszpańskiej kobiety, czy mężczyznę, który przez 30 lat nie wychodził z domu. Czy za ich pomocą chciała pani pokazać jak wygląda obecnie i jak kształtowała się współczesna Hiszpania?

Chciałam, żeby to był rodzaj reporterskiego przewodnika po współczesnej Hiszpanii. Taka książka, która pozwoli ją chociaż trochę zrozumieć, poznać. W której zamiast folkloru będzie opowieść o kraju z krwi i kości. Ale przede wszystkim szukałam ciekawych ludzi, fajnych historii. Takich, które budziły we mnie dreszcz – i wierzę, że wzbudzą go też w czytelnikach i czytelniczkach. Wiem, że każdy kraj jest ich pełen, ale mam wrażenie, że Hiszpania jednak trochę bardziej. Jest coś takiego w tym kraju, spalonym słońcem, pełnym przestrzeni, jakaś epickość, jakiś element szaleństwa, dzikie poczucie humoru. Wszystko jest tam jakieś „bardziej”.

Ale nie chciałam też, żeby ta odlotowość i malowniczość Hiszpanii przysłoniła coś, co wydawało mi się bardzo ważne i dlaczego w ogóle zabrałam się za pisanie tej książki. Tak naprawdę, przyglądam się w niej polu po bitwie. Kataklizm, jakim był kryzys, oczyścił pole widzenia i wiele rzeczy widać tam dziś z zaskakującą klarownością.

Nie jestem ekonomistką i nie zajmuję się analizą przyczyn kryzysu, ale opisuję jego skutki, na różnych poziomach. Z tych historii wyłania się wiele pytań. Co zostało przeoczone, przemilczane? Kto ponosi odpowiedzialność, a kto jej nie poniósł? Kto stracił, kto zyskał? Czy naprawdę „jesteśmy tylko liczbami”, jak głosił pewien nagłówek w hiszpańskiej gazecie, czy może inna polityka, inny system są choć trochę możliwe? A może nie?

 


Dlaczego zdecydowała się pani wziąć udział w Konkursie Stypendialnym im. Ryszarda Kapuścińskiego Fundacji Herodot?

Rynek reportersko-pisarski to mało przyjazny teren, jeśli chodzi o warunki pracy. Graniczy niemal z cudem, żeby sfinansować taki „wyjazdowy” projekt, jakim jest książka o Hiszpanii    inaczej niż biorąc kredyt. Zwłaszcza, jeśli to debiut. Dlatego fakt, że istnieje takie stypendium jak to Fundacji Herodot, to  świetna rzecz. To jedna z niewielu istniejących form wsparcia dla młodych reporterów i reporterek. Bardzo zachęcam ludzi przed trzydziestką, żeby tej zimy wysłali swoje propozycje na jego kolejną edycję. To jest naprawdę nieoceniona pomoc.

 

Czy jest reporter, który jest dla pani autorytetem?

Polska to taki dziwny kraj, gdzie zagęszczenie niesamowitych reporterów i reporterek na kilometr kwadratowy jest większe niż gdziekolwiek indziej na świecie. Coś podobnego widziałam chyba tylko w Ameryce Łacińskiej, w Argentynie, gdzie non-fiction cieszy się podobnym statusem i kultem jak u nas.

Nie jestem w stanie wymienić jednego nazwiska, bo wtedy będę miała wrażenie, że pomijam inne. Kapuściński, Krall, Szejnert, Domosławski, Jagielski – oni wszyscy, w swoim momencie, otworzyli przede mną nowe horyzonty.

Ale instynktownie szukałam też zawsze dla siebie wzorów czy inspiracji jako dla piszącej kobiety. To szczególne usytuowanie i naturalna wydaje mi się potrzeba znalezienia „poprzedniczek”, które przecierały różne szlaki. Szczególnie bliska jest mi książka „Rondo de Gaulle’a” Olgi Stanisławskiej, będąca zapisem jej samotnej podróży przez Afrykę. To zresztą wspaniała książka na dzisiejsze ksenofobiczne czasy, bo jest opowieścią o spotkaniu.

Inna ważna dla mnie postać to argentyńska reporterka Leila Guerriero – z jej empatią, precyzją  i niesamowitym słuchem literackim. Po polsku można przeczytać jej „Samobójców z końca świata”.

 

Czy ma pani książkę reporterską, do której lubi wracać?

Często zdarza mi się wracać do tekstów Hanny Krall. Jest nich wszystko. A także odpowiedź na to, jak pisać. Niedawno przeczytałam na nowo, przy okazji jakiegoś wywiadu, „Jeszcze dzień życia” Ryszarda Kapuścińskiego. Wbiła mnie w fotel ta lektura. Gorączkowa, poetycka, a przy tym tak bardzo polityczna.

 

Czy ma pani może jakieś rady dla studentów, którzy też by chcieli zostać reporterami, a są dopiero na początku swojej ścieżki zawodowej?

Im – i sobie samej – doradzałabym, żebyśmy się zastanowili porządnie nad tym, jak dziś opowiadać historie. Tak, jak dotychczas czy może zupełnie inaczej, korzystając z możliwości, jakie daje technologia. Mówię o tym, bo poznałam niedawno projekt polskiej reporterki Ali Qandil i francuskiej fotografki Anne Paq o wojnie w Strefie Gazy w 2014 roku. To webdoc, strona nazywa się ObliteratedFamilies.com. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, jak niezwykłe efekty przyniosło połączenie tekstu, fotografii i filmu.

Poza tym, rada mało oryginalna, ale tak samo aktualna zawsze: niech jak najwięcej czytają – Ryszard Kapuściński policzył, że na każdą stronę napisanego tekstu powinno przypadać sto przeczytanych – i rozmawiają z ludźmi o jak najróżniejszych poglądach i doświadczeniach. Nikomu dobrze nie robi zamknięcie we własnej bańce, ale reporter i reporterka mają obowiązek przed tym wiać, ile sił w nogach.

 

 

Czytaj także recenzję debiutanckiej książki Aleksandry Lipczak „Ludzie z Placu Słońca”.