Alicja Kapuścińska: Życie bez pasji jest wegetacją

 

Z Alicją Kapuścińską rozmawiają Milena Ryćkowska i Agnieszka Kapela.

 Alicja Kapuścińska_01Pracownia Ryszarda Kapuścińskiego to dla wielu dziennikarzy miejsce szczególne, niemalże mistyczne. Alicja Kapuścińska nie uczyniła z niej jednak twierdzy: często przyjmuje wycieczki uczniów czy studentów. Tak było też za życia cesarza reportażu (fot. Bartosz Wróblewski)

 

– Może chcecie zobaczyć pracownię? – pyta Alicja Kapuścińska. – Poprzednio mieszkaliśmy w małym mieszkanu na Woli. Tam nie było miejsca na książki, tutaj każda półka jest zapełniona. W tej pracowni Rysiek spędził ostatnich kilka lat. Doskonale wiedział, gdzie szukać potrzebnych mu tytułów, układał je działami. Po jego śmierci nic nie zmieniłam. Wycieram kurz i każdą rzecz odkładam na swoje miejsce. Na biurku wciąż stoi maszyna do pisania Ryśka. Nie używał komputera. Najpierw pisał ręcznie, potem na maszynie. Mówił: muszę widzieć kartkę, wtedy wiem, co napisałem. Zejdźmy teraz na dół.

 

– Tutaj jest cała ściana z jego książkami. Polskie są na dole, a tam wyżej zagraniczne. Dostaję po jednym egzemplarzu każdego wydania. Na podłodze leżą te, które nie zmieściły się na półkach: hiszpańskie „Imperium”, węgierski „Cesarz”, „Ten inny” po francusku, „Jeszcze dzień życia” po portugalsku… Tu mam wydania egzotyczne, nawet nie umiem przeczytać skąd. A to wydali Włosi. Tom zawiera wszystkie książki Ryszarda. Zobaczcie, to jest biblijny papier, biblijny druk. Wydawnictwo Mondadori wydało w ten sposób prace dwustu autorów z całego świata. Kapuściński jest pierwszym Polakiem w tym gronie. Książki są jeszcze w piwnicy. To te, z których skorzystał, ale wiedział, że nie będą mu w najbliższym czasie potrzebne.

 

Która książka jest teraz tłumaczona?

„Busz po polsku” na angielski, bo nie był jeszcze wydany w tej wersji językowej i coś na holenderski, ale nawet nie pamiętam co. Stale pojawiają się nowe przekłady. Niedawno dostałam albańskie wydanie „Cesarza”.

 

Twórczość Ryszarda Kapuścińskiego staje się również inspiracją dla inicjatyw pozaliterackich.

Teraz powstaje hiszpański film na podstawie książki „Jeszcze dzień życia”. Spotkałam się z reżyserem – Raulem de la Fuente. Przyjechał do mnie i dałam mu kontakty, żeby mógł zebrać jak najwięcej materiałów. Są też inne ciekawe inicjatywy, która zaczęły się po śmierci Ryszarda. We wsi Pawłów, gdzie spędził ostatnie wakacje przed wojną, odbywa się Ogólnopolski Zlot Miłośników Twórczości Ryszarda Kapuścińskiego – Kapumaniaków. Zainteresowali tym młodzież z sąsiednich szkół i organizują konkursy na znajomość twórczości Kapuścińskiego i na reportaż. Z kolei w Siennicy Różanej odbywa się co roku Wakacyjna Akademia Reportażu im. Ryszarda Kapuścińskiego. Inicjatorem jest dziennikarz, który znał Ryszarda, a obecnie pracuje na UMCS-ie –  Franciszek Piątkowski.

 

Ale twórczość Ryszarda Kapuścińskiego jest ceniona również na świecie.

Niedawno wróciłam z Włoch, gdzie odbywa się Festiwal Literatury Podróżniczej. Od 3 lat przyznawana jest tam Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za książkę o podróżach. Organizatorzy zapraszają mnie, żebym to wyróżnienie wręczała.

 

Niedługo wybiera się pani do Izabelina.

Będę miała przyjemność uczestniczyć w uroczystości odsłonięcia głazu i nadania miejscowemu skwerowi imienia mojego męża.

 DSC_0143 25 października w Izabelinie Alicja Kapuścińska odsłoniła głaz przypominający o pobycie na terenie gminy cesarza reportażu. Na zdjęciu ze Stanisławem Zawiślińskim – prezesem Fundacji Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego (fot. Aleksandra Kopeć)

 

Dlaczego akurat tam?

W czasie wojny rodzina Ryśka mieszkała w Sierakowie, potem w Izabelinie, a następnie w Warszawie. Po latach wracaliśmy do Izabelina. Chodziliśmy na spacery po Puszczy Kampinoskiej. Rysiek dostał też pokój w budynku zarządu puszczy i mógł tam pracować.

 

Mimo złych wojennych wspomnień chciał tam wracać?

Zaprzyjaźnił się z wieloma mieszkańcami Izabelina i był tam często zapraszany. Odwiedzał państwa Rosikoniów – wydawców. Czesław Apiecionek, który został jego agentem literackim i zapraszał do udziału w Izabelińskich Spotkaniach z Książką też tam mieszka. Podobnie jak aktorka Jolanta Olszewska, która przygotowała monodram na podstawie „Cesarza”.

 

Urodził się w Pińsku. Jak wspominał tamto miejsce?

Ryszard wyjechał stamtąd w czasie wojny, nie miał jeszcze 10 lat. Po latach bardzo chciał odwiedzić Pińsk, ale to było niemożliwe. Nie chcieli wydać mu wizy, więc dostał się tam sposobem. Kiedy pracował w piśmie „Kontynenty”, poznał Leona Onichimowskiego, który też pochodził z Polesia i też chciał odwiedzić miejsce swojego dzieciństwa. W 1979 nadarzyła się okazja. Leon Onichimowski jako redaktor naczelny pisma i członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nawiązał kontakt z białoruskimi dziennikarzami, którzy zaprosili redakcję do siebie. Pojechali we dwóch do Brześcia na spotkanie dziennikarskie. Potem wsiedli w pociąg – Rysiek do Pińska, a Leon w swoje strony. Kiedy Ryszard dotarł na miejsce, nie wiedział, gdzie iść. Zobaczył kościół katolicki i pomyślał, że modlą się tam Polacy. Po myszy głośno zapytał: Nazywam się Ryszard Kapuściński, kto z was chodził do szkoły, w której uczył mój ojciec? Zbiegło się kilkanaście osób. Z niektórymi utrzymuję kontakt do tej pory. To było dla niego wielkie przeżycie, cieszył się, że może w końcu wracać do miejsca swojego dzieciństwa.

 

Jeździła tam pani z mężem?

Byłam tam dopiero po jego śmierci. Wyremontowano dom Kapuścińskich i wspólnie z córką odsłoniłyśmy tablicę pamiątkową.

 Dom Ryszarda Kapuścińskiego, tablicaTablica na domu przy ulicy Suworowa 43 przypomina, że to właśnie tu rozpoczęła się wielka podróż Ryszarda Kapuścińskiego (fot. Agnieszka Kapela)

 

Zachowanie pamięci o Ryszardzie Kapuścińskim traktuje pani jako swoją misję?

Jako rodzaj zobowiązania wobec niego. Gdy zmarł, postanowiłam, że nie będę po nim rozpaczać, bo to nic mi nie da. Zamiast tego, póki starczy mi sił, będę dbała o pamięć o nim. Cały czas się tym zajmuję. To jest właściwie moje główne zajęcie.

A jak było za życia męża?

Zaraz po przeprowadzce do tego domu przeszłam na emeryturę i zaczęłam zajmować się sprawami Ryśka. Wcześniej każde z nas miało swoją pracę i pasję. Mąż zawsze podkreślał, że życie bez pasji jest wegetacją. On jeździł więc po świecie, a ja pracowałam w szpitalu jako pediatra. Nie przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. Bywało, że wracał po wielu miesiącach do domu, odbierałam go tylko z lotniska i mówiłam: kochanie, teraz idę na całodobowy dyżur. On to rozumiał.

 

Nigdy nie chciała pani powiedzieć mężowi, tak zwyczajnie, po kobiecemu – zostań?

Nigdy. To się nie zdarzyło.

 

To była państwa niepisana umowa?

To były jego decyzje, jego praca, jego obowiązki, jego pasja. Tak zdecydował. To było święte i nietykalne.

 Alicja Kapuścińska_02Nigdy nie powiedziała mężowi: Zostań. On był reporterem i jeździł po świecie, ona była pediatrą, pracowała w szpitalu i dbała, żeby on zawsze miał dokąd wracać (fot. Bartosz Wróblewski)

 

Co jest najtrudniejsze w takiej miłości na odległość?

Uświadomienie sobie, że tak musi być. Gdy zamykały się za nim drzwi samolotu, wyłączałam wyobraźnię. Żyłam w przekonaniu, że wróci i że nic złego nie może mu się stać. Gwarancją były klucze do mieszkania, które  zawsze ze sobą zabierał. Dla mnie to oznaczało, że jest przywiązany i do mnie, i do tego miejsca.

 

Jak spędzali państwo wolny czas po powrocie męża?

Chodziliśmy na koncerty, bardzo lubił muzykę poważną. Słuchał jej też w domu. Wciąż mam kolekcję jego płyt. Pamiętam, że już w tym mieszkaniu, po kilkudziesięciu latach małżeństwa, w radiu zagrali tango. Usłyszał to i powiedział: Chodź, zatańczymy. Tango było naszym ulubionym tańcem.

 

A jak spędzali państwo wakacje?

Tylko raz wyjechaliśmy. Rysiek przywiózł lambrettę. Pojechaliśmy na tym skuterku na Mazury z namiotem. Później nie miał czasu na takie urlopowe wyjazdy. Musiał pisać.

 

Jak ten proce pisania wyglądał?

Najpierw zaopatrywał się w książki na temat miejsca, w które miał jechać. Powtarzał, że aby napisać jedną stronę, trzeba przeczytać sto. To była jego dewiza. Najtrudniej było mu wymyślić pierwsze zdanie. Jak mam pierwsze zdanie, to mam książkę – powtarzał. Tak było w przypadku „Cesarza”, a w tym mieszkaniu miał problem przy pisaniu „Hebanu”. Długo nie wiedział jak zacząć. Wreszcie któregoś dnia schodzi na kolację i mówi, jak gdyby nigdy nic: zacząłem pisać. Poczułam ulgę, że nie będzie się już męczył.

Nie martwiła się pani, kiedy jeździł w niebezpieczne rejony świata?

Pamiętam, jak włos mi się na głowie zjeżył, kiedy w jednej z depesz przeczytałam o sytuacji, którą później opisał w reportażu „Płonące bariery”. Jechał samochodem i zobaczył, że w poprzek drogi stoi bariera, która płonie. Powinien się przed nią zatrzymać, ale po bokach stali uzbrojeni mężczyźni. Długo się nie namyślał, nacisnął na gaz i jak rąbnął w te bariery, to one się przewróciły. Oni zgłupieli. Nawet nie zdążyli się przyłożyć do strzału, a Ryśkowi udało się uciec. Pomyślałam tylko: Jezus Maria, co go tam może jeszcze spotkać.

 

To teksty, które wciąż działają na wyobraźnię, przyciągają kolejne pokolenia czytelników.

Cieszę się, że młodzi sięgają po książki Ryśka. Kiedyś na ulicy zatrzymał mnie młody człowiek: przepraszam panią, wiem, kim pani jest, mieszkam niedaleko. Jestem wielkim fanem pana Ryszarda Kapuścińskiego. Jak przechodzę z kolegami, to mówię: w tym domu mieszkał Ryszard Kapuściński. Zaprosiłam go do środka i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Okazało się, że to młody, zdolny filmowiec. Teraz trochę mu matkuję, a wszystko dlatego, że jest fanem Kapuścińskiego.

 

Często zdarzają się pani takie sytuacje?

Dostałam niedawno list: Szanowna Pani Alicjo, nazywam się Bartosz Gardocki, skończyłem studia prawnicze, ale aktualnie jestem taksówkarzem. Proponuję pani moje usługi, gdy tylko będzie musiała pani gdzieś pojechać. Pierwszy kurs w obrębie Warszawy dostaje pani ode mnie w prezencie. Podał swój numer telefonu i któregoś dnia do niego zadzwoniłam. Dotrzymał słowa, a co więcej podarował mi książkę o swojej podróży po Stanach Zjednoczonych – „Oczy wuja Sama”. On też jest fanem Ryszarda Kapuścińskiego.

 

Ryszard Kapuściński robił również zdjęcia ze swoich podróży. Było już kilka wystaw.

Dodatkowo wiąże się z tym zabawna historia. Pojechałam do Ciechocinka. W tym czasie odbywała się tam promocja książki o Edwardzie Stachurze. Myśmy go z mężem bardzo dobrze znali, przyjaźniliśmy się, więc poszłam na to spotkanie. Zorganizowano je w galerii „Pod dachem nieba”. Kupiłam książkę i poprosiłam autora o dedykację. – A dla kogo?Dla Alicji Kapuścińskiej. Spojrzał na mnie, więc powiedziałam: tak, tak, od Ryszarda. Wtedy podniósł się i powiedział: Proszę państwa, mamy tu żonę naszego wielkiego reportera. Po chwili podszedł do mnie starszy pan: leczyłem pani męża w 1984 roku, gdy trafił do sanatorium po operacji kręgosłupa, którą mu robiono w szpitalu w Warszawie na Spartańskiej. Po tylu latach pamiętał takie szczegóły. Pod koniec spotkania kierowniczka galerii mówi: proszę państwa, muszę się pochwalić, że już na cały najbliższy rok mam plany wystaw, które odbędą się w naszej galerii. A ja pytam: znajdzie się miejsce na jeszcze jedną?Słucham?Fotografie Ryszarda Kapuścińskiego z Afryki. – Oj tak! No i tak się zaczęło. Na otwarcie wystawy w Ciechocinku przyjechała telewizja z Bydgoszczy. Po emisji materiału zaczęły się zgłaszać kolejne miasta: Toruń, Brodnica, Grudziądz. A ja jeździłam i otwierałam. Najśmieszniej było w Brodnicy.

 

Dlaczego?

Wystawę zorganizowano w bibliotece powiatowej. Zadzwonił do mnie jej dyrektor: Pani Alicjo, w „Buszu po polsku” pan Ryszard Kapuściński zamieścił reportaż „Ocalony na tratwie”. To jest o Pojezierzu Brodnickim. Bohaterem reportażu jest flisak – Józef Jagielski. I ja go znalazłem! Pan Józef jest już na emeryturze. Dyrektor biblioteki odwiedził tego mężczyznę i opowiedział mi o ich spotkaniu. Zapytałem go: – przyjeżdżał tu taki dziennikarz, Kapuściński, pamięta pan? – Panie, tutaj takie różne przyjeżdżały, nie pamiętam. – Ale on o panu pisał. – Pisał o mnie?! Na otwarcie wystawy zaproszono pana Józefa. Przyjechał z żoną, usiedli w pierwszym rzędzie. Przy okazji wystawy przygotowano inscenizację na podstawie reportażu, którego był bohaterem. Jest scena, w której aktor niby płynie tratwą i zaczął machać kijem. Nagle ten flisak zrywa się i krzyczy: nie tak się tratwę prowadzi!

 

Co jest dla pani najważniejsze, z tego co z twórczości męża pozostało?

W sanatorium w Ciechocinku poznaliśmy młodego człowiek, który był kaowcem. Zawsze przesył życzenia świąteczne. Raptem w tym roku, w maju, zadzwonił do mnie, a to nie było w jego zwyczaju. Opowiedział mi o pewnym zdarzeniu. Jechał samochodem, a obok czy z naprzeciwka nadjeżdżało auto i o mało nie doszło do kolizji. Nie wiadomo, kto był winien. Zatrzymali się, zanosiło się na awanturę. I wiecie, co on zrobił? Uśmiechnął się do tego drugiego kierowcy, a on do niego. Dogadali się, bez awantury. – Pan Kapuściński pisał, że uśmiech rozbraja twarze. Nie mógł mi zrobić większej przyjemności. I chyba najbardziej cieszy mnie, że Rysiek zostawił po sobie takie rzeczy, słowa, wspomnienia.

 

W życiu Ryszarda Kapuścińskiego było przynajmniej kilka istotnych miejsc, w których spędzał czas, wychował się. Które z nich było dla niego najważniejsze?

Wydaje mi się, że Pińsk. Ciągle żył wspomnieniami o tym miejscu. Chciał nawet napisać książkę, ale już nie zdążył. Inne miejscowości to raczej kolejne miejsca pobytu, zamieszkania. Pińsk był najgłębiej przeżyty.

 Dom Ryszarda KapuścińskiegoDom Kapuścińskich w Pińsku znajduje się niemal tuż przy jednej z głównych ulic miasta. Nazwisko reportera nie wszyscy mieszkańcy kojarzą (fot. Agnieszka Kapela)

 

Wraca tam pani?

Byłam tam rok temu. W Pińsku jest sobotnio-niedzielna szkoła polska, którą postanowili nazwać imieniem Ryszarda Kapuścińskiego. Zaproszono mnie na tę uroczystość. Potem pojechałam jeszcze pod dom Kapuścińskich, żeby zobaczyć, jak teraz wygląda. Podjeżdżamy, a tam chłopak i dziewczyna na takim podwójnym rowerze, rozmawiają po polsku. Zapytałam więc, kim są. Okazało się, że to nowożeńcy. Wzięli ślub i przyjechali tu z Poznania w podróż poślubną, na rowerze. To było coś pięknego. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Słuchajcie, wiecie, że dzisiaj mija 62 lata od naszego ślubu? 6 października, miałam wtedy 19 lat, teraz mam 81. Mój Boże…