/

Amore

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


„When the moon hits your eye like a big pizza pie – that’s amore” – śpiewał kiedyś Dean Martin i wydaje mi się, że możemy zgodnie uznać to za najbardziej włoski wers w historii muzyki. Bo choć księżyc nie przypominał mi wczoraj wielkiej pizzy, nadszedł dziś ten dzień w roku, w którym, jak z kolei śpiewał John Paul Young, „Love is in the air”.


Supermarkety zawładnięte sercami pełnymi rozpływającej się w ustach czekolady, młodzieńcy pędzący przez miasto z czerwonymi bukietami na spotkania swoich drugich połówek, reszta w domu – z winem lub whisky, ewentualnie na niezobowiązujących spotkaniach z innymi singlami, żeby nie dopuścić do siebie wszechobecnego amorowego szaleństwa.


Gdybyśmy tak żyli codziennie, z miłością w sercach, uśmiechami na twarzach, serdecznością w każdym geście. Biznes kwiatowy kwitnący razem z różami i tulipanami, bo żaden nikt nie zapomniałby, że kwiaty najlepiej pachną bez okazji, a nie raz w roku, kiedy są wręcz wymogiem. Słodycz pralin, choć pójdzie w boczki, to da nam też zastrzyk dobrych hormonów. Afrodyzjaki i szampany miałyby swoje specjalne, stałe miejsce przy łóżkach, a nie jedynie szybki przelot przez kuchnie i sypialnie raz-dwa razy do roku.


Piękny szczęśliwy świat spełnionych ludzi, którzy z miłości i spełnienia nie mieliby czasu myśleć o codziennych przeciwnościach losu, bolączkach, wrogach – tych arcy- i tych powszednich. A kiedy przyjdzie noc, bezpieczne schronienie w ramionach, które chronią przed wszelkimi demonami codzienności.


Ile wojen byśmy uniknęli, ile denerwujących newsów, afer i aferek, gdyby tylko całe 7 miliardów pięknej ludzkiej populacji planety Ziemia skupiło się na tym czerwonym narządzie, któremu przypisujemy więcej, niż jedynie pompowanie krwi. Chociaż może słusznie, jako że krew w miłości odgrywa tak znaczącą rolę? Może się zagotować, płynąć pod większym ciśnieniem, w końcu spływać w pewne miejsca, o których w dzisiejszych czasach bezpieczniej nie mówić.


Włączamy telewizję – jasne, dalej jest niezgoda, ale jakaś bardziej ludzka, bez militarnych odniesień, tłamszenia i gnojenia oponentów, a z wyczuciem, subtelniej, gdzieniegdzie z humorem. Wychodzimy na ulicę, nie ma na niej tych ponurych polskich twarzy zmierzających jakby bez celu, bez emocji, do kolejnej destynacji, do której akurat wrzucił je rytm dobowy. Ich krok jest za to prężniejszy, kąciki ust wykrzywione lekko do góry, nie w pełnym rechocie od ósemki do ósemki, ale lekko, przyjaźnie, jak latarki oświetlające mrok codzienności wszystkim wokół. Nawet ta pani za ladą w sklepie nie przystępuje do ataku na pieska, którego karnie trzymamy na rękach, a lekko drapie go za uszkiem.


Dobra, stop. Jeżu kolczasty, jakie to by wszystko było nudne. Cieszmy się Walentynkami raz w roku, bo miłość jest dziś towarem deficytowym niczym burrata w polskich supermarketach. Wyjdźmy na spacer na małe doładowanie miłosnych baterii, ale jutro świat wróci do normalności. Czy na dobre? Na pewno nie. Ale przynajmniej jest ciekawiej.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.