Centrum Kapuścińskiego

Ta historia przez 100 lat dojrzewała do tego, by ją opowiedziano. Wielu ludzi się bało, że wkrótce zniknie na zawsze. Też się tego obawiałam, tym bardziej się więc cieszę, że udało mi się tę opowieść utrwalić – mówi Aneta Prymaka-Oniszk, reporterka, autorka książki „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”.

 

Czasami ludzie mówią, że choć [w książce] nie unikam trudnych, niejednoznacznych sytuacji, opisuję bieżeńców z pewną czułością. Możliwe, że to osobistość historii potęguje tę czułość – mówi reporterka. (fot. Agnieszka Rayss)

O czym jest książka „Bieżeństwo 1915”?

To historia ludzi wykluczonych podwójnie: z jednej strony chłopów pomijanych w podręcznikach do historii, a z drugiej ludzi, o których dzisiaj byśmy powiedzieli, że należą do mniejszości narodowych. Czytelnicy odczytują „Bieżeństwo” na różne sposoby. Jedni czytają je jako opowieść o swoich przodkach, dla innych to książka o uchodźcach. Myślę, że można zobaczyć w tych historiach człowieka i mechanizmy, które do dzisiaj rządzą stawaniem się uchodźcą.

Czym w ogóle jest bieżeństwo?

Po rosyjsku termin ten oznacza „uchodźstwo”. Dla wielu mieszkańców dzisiejszej Polski, zwłaszcza tych pochodzących ze wschodniej części kraju, to wręcz nazwa własna. Określają tak uchodźstwo, którego doświadczyli ich przodkowie w 1915 roku. Kilka milionów osób uciekło wtedy daleko na wschód, w głąb Rosji przed zbliżającym się frontem. Niektórzy dotarli nawet pod Władywostok. To 10 tysięcy kilometrów od ich domów! Z terenów dzisiejszej Polski, które wtedy należały do Imperium Rosyjskiego mogło wyjechać nawet 2 miliony osób. Ci, którym udało się przeżyć, wracali na swoją ziemię po 5-7 latach.

Dlaczego zainteresowała się pani tym tematem?

Moja babcia była bieżenką – w 1915 roku, podczas I wojny światowej, z całą swoją wsią uciekła przed zbliżającym się frontem z Podlasia na Kaukaz. Na terenach, z których pochodzę, owe uchodźstwo przybrało masową skalę. Dwa lata temu obchodziliśmy 100. rocznicę tego wydarzenia i okazało się, że wielu młodych ludzi ono fascynuje: ktoś rysuje mural na ten temat, ktoś inny przygotowuje spektakl teatralny albo chodzi po wsiach i zbiera wspomnienia. To mi uświadomiło, że ta historia jest wciąż ważna, a może nawet – coraz ważniejsza.

Na ile osobiście pani do niej podchodzi?

Jest bardzo osobista, ale też mam do niej dystans. Wydaje mi się, że to się nie musi wykluczać. Nawet na osobiste historie można patrzeć analitycznie. Wiem, że niektórzy  przed lekturą obawiali się, że mogę być nieobiektywna i starać się przedstawić bieżeńców w wyidealizowany sposób. Teraz jednak mówią, że te obawy się  nie potwierdziły.

Jak takie podejście do tematu wpłynęło na pani pracę?

Wiedziałam, że chcę uczciwie opowiedzieć to, co uda mi się odkryć, co się faktycznie zdarzyło. Nie chciałam niczego ukrywać, również wątków niewygodnych. W „Bieżeństwie” są opowieści o ogromnym nieszczęściu, jakie spotyka bieżeńców i o tym, jak wiele wysiłku wymaga od nich walka, przetrwanie. Ale pokazuję też to, co często w takich opowieściach się pomija np. że niektórzy piją, grają w karty, przegrywając swój nędzny dobytek. Mówię i o tych, którzy oszukują albo wykorzystują słabszych od siebie. Ludzie postawieni w tak ekstremalnych warunkach nie stają się aniołami, choć czasem takimi chcielibyśmy ich widzieć. Przeciwnie – raczej trudno wtedy zachowywać się wyłącznie szlachetnie. Nie miałam pokusy robić z tych ludzi odczłowieczonych herosów. Te wymiary, osobisty i spoglądania z dystansem, bardzo dobrze współistniały. Czasami ludzie mówią, że choć nie unikam trudnych, niejednoznacznych sytuacji, opisuję bieżeńców z pewną czułością. Możliwe, że to osobistość historii potęguje tę czułość.

Jak wyglądało zbieranie materiałów?

To cztery lata pracy. Bieżeństwo nie było obecne w przestrzeni publicznej, ale w rodzinach przekazywano tę historię kolejnym pokoleniom. Zaczęło się więc od słuchania ludzi i szukania tego, co zachowało się w ich pamięci. Później przejrzałam zasoby bibliotek w Polsce, przekopałam Internet. W końcu pojechałam do Petersburga. Wiedziałam już z różnych źródeł, że jest tam prasa z okresu, który mnie interesuje, że są biuletyny informacyjne organizacji, które pomagały bieżeńcom. Rozmawiałam z historykami, którzy choć trochę zajmowali się tym tematem.

W pani książce współczesność przenika się z historią…

Zastanawiałam się nad tym, co sprawia, że młodzi nadal poruszają ten temat, dlaczego o jednych wydarzeniach się pamięta, a o innych wszyscy wolą zapomnieć. Zależało mi na tym, by pokazać współczesny aspekt tego zjawiska. „Bieżeństwo” to opowieść o pamięci. Nie tylko o tym, jak było, ale też jak jest.

„Bieżeństwo” napisane jest w ciekawy sposób: czasem bardziej pamiętnikarsko, a czasem forma bliższa jest powieści…

Kiedy zaczynałam pisać, wiedziałam, że będzie to reportaż, ale to gatunek bardzo obszerny. Nie miałam konkretnej wizji, nie wiedziałam przecież, jakie materiały znajdę, co odkryję. Najbardziej interesowały mnie historie prostych ludzi, chłopów, którzy stanowili zdecydowaną większość bieżeńców. Ale oni nie pisali pamiętników jak np. ziemianie. Rzadko też pisali listy, a jeśli już – to głównie proste, informacyjne. Historycy, którzy się tematem zajmują, powątpiewali, że coś uda mi się coś znaleźć. Dlatego otworzyłam się na to, co mi temat przyniesie. Nie znalazłam, oprócz mojej babci, bohaterów, których historie byłyby całościowo i szczegółowo opisane i których historie mogłoby opowiedzieć uniwersalny los bieżeńców. Dlatego opowieść składa się z historii setek ludzi. Zależało mi na tym, by być uczciwym i by trzymać się faktów. Wybranie takiej formy wynikało więc z rezultatów pracy.

Która z tych cudzych historii najbardziej zapadła pani w pamięć?

Wszystkie pamiętam i traktuje bardzo osobiście, bo wszystkie na swój sposób musiałam przeżyć. Kiedy zaczynałam pracę nad książką, miałam malutkie dzieci, byłam więc bardzo wrażliwa na historie dziecięce. Zresztą są to bardzo poruszające opowieści. Jest np. historia trzyletniego chłopczyka, Antona z Kleszczel. Po drodze umiera mu matka, zostaje gromada małych dzieci. Ojciec, w szale rozpaczy i bezradności, niesie najmłodszego Antona do wagonu sierocego. Najstarsza córka widzi, co się święci i próbuje go wyrwać. Walczy o dziecko. Ojciec odpuszcza i bierze kolejnego syna. Ona znów szarpie się z ojcem. Niestety mężczyzna w końcu oddaje Antona, a reszta rodziny jedzie dalej. Gdy odjeżdżają, chłopiec stoi w wagonie, płacze, macha do nich rączką. Oni też płaczą. Nigdy więcej się nie zobaczą.

Jakie to uczucie dać nowe życie historii, która niedługo mogłaby umrzeć?

To daje mi swego rodzaju ulgę. Ta historia przez 100 lat dojrzewała do tego, by ją opowiedziano. Wielu ludzi się bało, że wkrótce zniknie na zawsze. Też się tego bałam. Tym bardziej się więc cieszę, że udało mi się tę opowieść utrwalić. To dla mnie również spełnienie pewnego zobowiązania… Moje podróże po podlaskich wsiach wyglądały zawsze podobnie. To były wakacje. Szłam sobie od ławki do ławki, gdzie siedzieli starsi ludzie i rozmawialiśmy. Im dłużej, tym więcej przychodziło osób z okolicznych ławek. W końcu z domów wychodziło młodsze pokolenie, które bardzo często mieszka już na co dzień w Białymstoku. To często byli moi rówieśnicy. Kiedy im mówiłam, że chcę napisać książkę o bieżeństwie, bardzo często w ich oczach pojawiały się łzy. Mówili, że pamiętają, jak babcia o tym opowiadała. Żałowali, że nigdy nie słuchali. Byli wtedy dziećmi i co innego ich interesowało. Nie utrwalili tej historii i mieli w sobie lęk, że ona zginie. Wielu z nich mi potem pomagało, spisywali historie, wspierali mnie. Czułam więc, że w pewnym sensie jestem im tę książkę winna.

Czy były w pani życiu doświadczenia, jeszcze przed dotknięciem tematu bieżeństwa, które w jakiś sposób wpłynęły na powstanie tej książki?

W pisanie reportaży, opisywanie świata angażuje się całokształt tzw. dojrzałości życiowej. Znaczenie ma wszystko: to, jak na początku swojej pracy dziennikarskiej uczyłam się warsztatu, spotkania z ludźmi, zwłaszcza te, po których bardzo dużo w nas zostaje. Myślę, że ta praca jest związana z procesem odkrywania własnej tożsamości, przyglądania się kulturze polskiej i funkcjonującej pamięci o przeszłości.

W 2014 roku założyła pani stronę internetową poświęconą bieżeństwu. Dlaczego?

Chciałam zobaczyć, jak temat jest szerzej odbierany. Biezenstwo.pl nie tylko potwierdziło moje przypuszczenia, że to niesłychanie ważne również dla współczesnych, ale też stało się źródłem informacji. Ktoś przysłał list, ktoś inny – materiał wygrzebany w rosyjskim Internecie albo zdjęcie kufra przywiezionego przez babcię z bieżeństwa. I to dało mi ogrom materiału, który również wykorzystałam w książce. Co więcej, strona sprawia, że historia bieżeńców dalej żyje.

 

Rozmawiała Monika Tułodziecka

 

 

Aneta Prymaka-Oniszk – pochodzi z Knyszewicz (podlaskie); na co dzień mieszka w Warszawie. Jest dziennikarką, publikowała w Gazecie WyborczejPolityceNational Georgraphic, miesięczniku Karta. Była rzecznikiem prasowym Centrum Nauki Kopernik w czasie jego tworzenia i uruchamiania. 21 września 2016 roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jej pierwsza reporterska książka: „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy” nominowana do Nagrody im. R. Kapuścińskiego za reportaż literacki.

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Chińskie duchy jedzą ananasy

Chińskie duchy jedzą ananasy

"Chińska herbata i tradycyjne pao na śniadanie, po południu zwiedzanie...

2 comments

  1. Rafał says:

    Lip 24, 2016

    Odpowiedz

    Świetne wieści. Jest na co czekać

  2. Aleksandra says:

    Kwi 21, 2017

    Odpowiedz

    Świetny tekst ! Czekam z niecierpliwością na kolejne teksty 🙂

Name required

Website