Artur Liebhart: Dokumentalny optymista

[spider_facebook id=”2″]

 

O dystrybucji filmów dokumentalnych, tematach, które po 1989 roku przegapili polscy dokumentaliści oraz nowych tendencjach w kinie dokumentalnym z Arturem Liebhartem, dyrektorem artystycznym festiwalu Docs Against Gravity, rozmawia Bartosz Wróblewski.

 

– Niektóre dokumenty to nisza, dla garstki osób, ale niektóre – jeżeli umie się dotrzeć do odpowiedniej publiczności – budzą duże zainteresowanie – uważa Artur Liebhart
(fot. Bartosz Wróblewski)

 

Docs Against Gravity to jeden największych festiwali dokumentalnych w Europie. W ciągu tygodnia na seanse przychodzi ponad 40 tys. widzów. Dlaczego potrzebujemy dzisiaj filmów dokumentalnych? Mamy przecież prasę, telewizję, internet.

Artur Liebhart: Film dokumentalny to broń przeciw formatowaniu naszego widzenia świata przez media, które przekazują nam pigułki, ponieważ dzisiaj na nic więcej nie ma czasu. Patrzcie – to jest terrorysta. Ach, czyli terrorysta ma beżową skórę, nosi turban… i to się osadza w głowie. Ludzie są nieświadomi tego, jak zalew medialnych uproszczeń spłyca ich ogląd świata. Jak się raz zobaczy kino dokumentalne, to zupełnie inaczej ogląda się filmiki na YouTube czy krótkie formy telewizyjne, które udają, że coś pokazują, a są jedynie migawkami.

 

Mamy już w Polsce boom na literaturę faktu. Zaczyna się też złota era dokumentu?

Popularność filmu dokumentalnego rośnie i wydaje się, że powinniśmy krzyczeć: hurra! Co chwila powstaje nowy kanał: Discovery kuchnia, Discovery ptaki… Wszędzie są docudramy, reportaże i dokumentalne soap opery. Ale istnieje też pełnometrażowy film dokumentalny, który wymaga więcej czasu, znajomości filmowej narracji i starannego doboru filmowego języka. Telewizje przeżywają natomiast fascynację dokumentalną formą, lecz nie tą najwyższej jakości – filmową – a wodewilowo-serialowo-operetkową. Kilka lat temu tego nie było, za to więcej było filmu dokumentalnego wysokiej jakości.

 

Co wyróżnia film dokumentalny od reportaży i form paradokumentalnych?

Reportaż pokazuje krótko obserwowany wycinek rzeczywistości i zazwyczaj jest nakierowany na załatwienie jakiejś sprawy. Głos z offu pomaga widzom zrozumieć sytuację zgodnie z intencjami realizatora. Film dokumentalny pokazuje świat w szerszej perspektywie, wnika głębiej i zostawia ocenę sytuacji widzom. Zazwyczaj jest realizowany dłużej i pokazuje większy wycinek rzeczywistości, ale to nie warunek sine qua non. „Przystanek“ Sergieja Łoźnicy trwa 20 minut, pokazuje ludzi czekających na autobus, a jest to arcydzieło.

 

A jednak wiele osób nie rozróżnia reportażu i filmu dokumentalnego.

Martwi mnie, że w telewizji często dokumentami nazywa się zgrabnie zrealizowane reportaże robione językiem Discovery, w których głos z offu mówi, co mamy myśleć. Jak choćby te z cyklu Ewy Ewart w TVN24. Są świetnie promowane i emitowane w weekendy w dobrym czasie antenowym. Wielu opiniotwórczych członków społeczeństwa sądzi, że to właśnie są filmy dokumentalne. Jeżeli ktoś nie miał wcześniej styczności z filmem dokumentalnym, to może to być świetna szkółka na początek. Ale najwyższy czas uświadomić ludzi, że jest coś więcej w kulturze filmowej faktu i dokumentu. Pokażmy im wreszcie prawdziwe filmy.

 

Może pokazałaby TVP Dokument…

To byłby pewny sukces!

 

…gdyby powstała. Skąd ta pewność?

Uważam tak nie tylko ja, lecz także m.in. Andrzej Fidyk, szef redakcji filmu dokumentalnego w TVP. A dwa najlepsze filmy dokumentalne zeszłego roku, za których reżyserię odpowiadały Polki – Hania Polak („Nadejdą lepsze czasy”) i Agnieszka Zwiefka („Królowa ciszy”) – trudno nazwać polskimi filmami, bo były finansowane głównie przez zagraniczne telewizje (m.in. HBO). TVP w ogóle nie ma w nich udziału, a PISF znikomy. Silny kanał dokumentalny w Polsce – oczywiście jeżeli znajdzie się na niego budżet – to pewny sukces, bo przyciągnie młodych, utalentowanych artystów, którzy coraz chętniej patrzą za granicę i tam kręcą filmy, bo tam są na to pieniądze. TVP Dokument mogłaby ich pobudzić do szerszego i głębszego penetrowania polskiej rzeczywistości. Miałaby najszerszy zasięg ze wszystkich kanałów dokumentalnych w Polsce i mógłby kreować modę i gust.

 

 

Współczesny polski film dokumentalny na tle światowego wydaje się ubogi tematycznie, formalnie i promocyjnie. Dlaczego?

Paradoks polega na tym, że bez wkładu telewizji trudno jest zrobić film, ale z telewizją jako producentem też łatwo nie jest. Wymogi dotyczące formatu czy podążania za oczekiwaniami telewizyjnego widza nie wpływają korzystnie na poziom filmu. Odwaga formalna czy w doborze tematu może wynikać z budżetu – a z tym nie jest w Polsce najlepiej.

Drugi ważny aspekt to czas realizacji. Tylko uznani twórcy mogą sobie pozwiolić na kilkuletnią pracę nad filmem. Hanna Polak obserwowała swoją bohaterkę przez 11 lat. „Nadejdą lepsze czasy“ to kronika dorastania na największym wysypisku śmieci w Europie,  oddalonym o 20 km od Kremla. I o nietraceniu nadziei na wyrwanie się z tego piekła. A „Królowa ciszy“ Agnieszki Zwiefki to formalny majstersztyk. Widziałem kilkanaście filmów o Romach i każdy był przewidywalny. Zwiefka odważyła się pokazać marzenia nastoletniej Denisy w formie bollywodzkiego tańca. Ale miała odpowiedni budżet na inscenizacje, montaż i ścieżkę dżwiękową, dzięki którym film jest atrakcyjny wizualnie i stylistycznie.

Młode pokolenie dokumentalistów już zmienia obraz filmu dokumentalnego w Polsce: Michał Marczak, Elżbieta Kubarska, Michał Bielawski czy Zuzanna Solakiewicz znajdują młodych producentów, którym marzy się podbój świata, a nie zrobienie następnego filmu w ten sam sposób, co 20-30 lat temu, i emisja telewizyjna o 23.45.

 

Co ważnego przegapili polscy dokumentaliści po 1989 roku?

Jarmark Europa, na którym ludzie uczyli się życia i ekonomii. Tam wyrastały małe i wielkie fortuny, powstawała dzisiejsza klasa średnia. Co noc zza Bugu przyjeżdżało ponad 200 autokarów. Nikogo w Polsce nie interesowało, co tam się dzieje, kto tu przyjeżdża i co ze sobą wiezie? Dlaczego nikt nie rejestrował tego przez lata, jak ma to w zwyczaju Helena Třeštíková? Taki film powiedziałby nam wiele zarówno o tym okresie, jak i o nas samych. Czeszka kilkanaście lat temu zaczęła realizować równolegle kilka filmów. Teraz co dwa lata pokazuje efekty tej niezwykłej pracy. Brakuje mi też Alexów Gibneyów polskiej sceny dokumentalnej, którzy robiliby filmy przekrojowe i nie mieliby żadnego tabu. U nas producenci uciekają od tematów politycznych, bo TVP czy PISF nie dadzą pieniędzy na ich realizację. Dlaczego nie powstał film o Lepperze i jego ruchu? Człowiek znikąd stał się trybunem ludowym i wicepremierem, przez wiele lat kształtował nasze życie – i to w okresie radykalnych, szybkich zmian społecznych. I nikt nie robi o nim filmu?! Zresztą to wcale nie musiałby być film o Lepperze. Mógłby być o przemianach na polskiej wsi, a Lepper byłby tylko punktem wyjścia – przykładem człowieka, który z tego wyrósł. O Kwaśniewskim też nie ma filmu… Ani o sąsiadach Lecha Wałęsy z Gdańska. Kim byli i kim są dziś? Dziwi mnie inercja naszych dokumentalistów, zwłaszcza tych wielkich nazwisk.

 

Dlaczego zwłaszcza ich?

Bo oni mogliby wpłynąć swoim autorytetem na tych, którzy filmy finansują oraz uzyskać dostęp do potencjalnych bohaterów – polityków z najwyższej półki. Film o Jarmarku Europa mogli oczywiście zrobić młodzi ludzie. Ale tu dochodzimy do kwestii socjologicznych. To się zmieniło, ale 20 lat temu o karierze filmowca nie myśleli ludzie z grup społecznych, które są na dorobku. Twórcy wywodzili się z dobrze sytuowanych rodzin, które w bliższych lub dalszych kręgach miały artystę, więc było dla nich normalne, że ktoś chce być filmowcem, pisarzem czy reportażystą. Dla jednych i dla drugich Stadion Dziesięciolecia był wstydliwym miejscem, brzydzili się nim. Za to Niemcy nakręcili film o Jarmarku Europa. Sportretrowali dwie Rosjanki, które jechały do Warszawy co miesiąc, przemierzając około 2 000 km.

 

Kadr z filmu „Nadejdą lepsze czasy” w reżyserii Hanny Polak, która obserwowała swoich bohaterów przez 11 lat (fot. materiały prasowe)

 

Dzisiaj mamy więcej dokumentalnych samouków. To dobrze czy źle?

Dobrze, o ile samoukowie zdają sobie sprawę, że muszą się kształcić przez całe życie. Szkoła filmowa czy technologia nie zastąpią talentu, wiedzy, doświadczenia, łutu szczęścia i pomysłu. Znam wielu reżyserów po szkołach filmowych, którzy stanęli w rozwoju. Nie widzą, że ich sposób patrzenia na świat i pokazywania go przez sztukę filmową się zestarzał i nikt nie chce już tego oglądać. Niebezpieczeństwo utraty kontaktu z publicznością jest takie samo dla samouka, jak i wytrawnego reżysera.

 

Szkoła filmowa może być niebezpieczna?

Może nie niebezpieczna, ale daje tylko warsztat. To istotne, bo to podstawa. Ale co potem z tym warsztatem twórca robi, to kwestia jego talentu. Jeśli ktoś nie potrafi znaleźć swojego języka filmowego, to nikt go tego nie nauczy. Mamy dzisiaj dużo szkół filmowych, są łatwiej dostępne niż kiedyś. Ale powinni tam studiować ludzie, którzy wiedzą, dlaczego chcą poświęcić życie robieniu filmów.

 

Może powinny też powstać bardziej wyspecjalizowane szkoły – tylko dla dokumentalistów?

Nie chciałbym tego. Najlepsze wyniki są zawsze tam – świadczy o tym choćby przykład duński – gdzie nie ma podziału na wydziały dokumentalne czy fabularne, tylko po prostu robi się film. W Danii mieszka tylko kilka milionów ludzi, a ich filmy wygrywają najważniejsze festiwale dokumentalne oraz sekcje dokumentalne na festiwalach klasy A na całym świecie od wielu lat. To ich wizytówka. Polski pełnometrażowy film pierwszy raz w historii wygrał sekcję dokumentalną na festiwalu klasy A dopiero w zeszłym roku. „15 stron świata” Zuzy Solakiewicz zdobyło nagrodę w Locarno. Moim zdaniem to większy i ważniejszy sukces niż dwie nominacje do Oscara dla krótkich form dokumentalnych.

 

Dlaczego?

Bo Zuza stworzyła coś wyjątkowego – esej artystyczny w formie filmu dokumentalnego. W Polsce to gatunek na wymarciu. Postanowiła pokazać językiem filmu muzykę eksperymentalną. Okazało się, że miała rację, bo takie filmy chcą oglądać ludzie na świecie.

Oczekiwania w Polsce w stosunku do jej filmu były zgoła odmienne: miała zrobić ramotę  o Eugeniuszu Rudniku. To przykład, w jakim kierunku powinni iść polscy dokumentaliści, zamiast robić filmy sformatowane do telewizji. Dlatego to moim zdaniem ważniejsze wydarzenie dla rozwoju filmu dokumentalnego w Polsce niż dwie oscarowe nominacje.

 

Ale format telewizyjny pozwala zarabiać na emisji filmów w telewizji właśnie. Against Gravity zarabia na dokumentach kinowych?

To zależy od filmu. W Polsce produkuje się dużo kultury z wysokiej półki. Rywalizujemy nie tylko z hollywoodzkimi chłamami, lecz także z tysiącami propozycji kulturalnych – też wartościowych – które są nam wszystkim codziennie oferowane. A ludzie mogą przeznaczyć na kulturę ograniczony czas.

 

Kadr z filmu „15 stron świata” w reżyserii Zuzanny Solakiewicz: Eugeniusz Rudnik podczas pracy w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia (fot. materiały prasowe)

 

Co pan rozumie przez hollywoodzki chłam?

Film w wydaniu Hollywood przestaje mieć znamiona sztuki. Staje się widowiskiem audiowizualnym. Dziwię się niektórym krytykom, że tracą czas na opisywanie tego kina jako jakiejś ukrytej prawdy naszych czasów. W rzeczywistości są to produkcje nastawione wyłącznie na zysk, wymyślone nie tyle przez scenarzystów, ile przez specjalistów od marketingu, PR i product placement. Określenie „Fabryka marzeń“ już dawno przestało mieć romantyczne zabarwienie. Nieprzychylne twitty na pokazach sondażowych sprawiają, że film wraca na stół montażowy i dzieje się to z „dziełami“ wszystkich. Łącznie ze Spielbergiem, Allenem czy Scottem. Kino autorskie jest wypychane z powszechnego obiegu. Gdyby dziś Lars von Trier lub Pedro Almodovar debiutowali, to śmiem twierdzić, że ich filmy nie znalazłyby się w reperturze multipleksów. Proszę sobie wyobrazić, że 20 lat temu na film dokumentalny Jacka Bławuta „Nienormalni“ poszło do kin w Polsce 800 tys. widzów. Co się stało, że Polacy nie chcą teraz oglądać takich filmów? Czy ostatnim dzwonkiem alarmowym nie powinien być dla nas nie fakt, że na „Idę“ poszło do kin więcej widzów we Francji niż w Polsce?

 

To na jakich dokumentach zarabiacie?

Przyzwyczaiłem się już, że my siejemy, a inni zbierają. Nie my byliśmy dystrybutorem „Sugarmana”, którego obejrzało w Polsce 110 tys. widzów.

 

110 tys. widzów to dużo, jeżeli mowa o dokumencie, ale w porównaniu z filmami fabularnymi to skromny wynik. Co jeszcze trzeba zrobić, by dystrybucja dokumentów się opłacała?

Znaleźć odpowiednie grupy docelowe, umiejętnie zaproponować im film i być optymistą. Niektóre dokumenty to nisza, dla garstki osób, ale niektóre – jeżeli umie się dotrzeć do odpowiedniej publiczności – budzą duże zainteresowanie. „Alfabetem” Erwina Wagenhofera (film o urynkowieniu edukacji, która obecnie jest nastawiona na konkurencyjność człowieka w systemie ekonomicznym, a w efekcie pozbawia ludzi kreatywności) zainteresowali się nauczyciele oraz organizacje zajmujące się w Polsce edukacją, łącznie z agendami rządowymi. Przez nauczycieli dotarliśmy też do rodziców, bo okazało się, że wszyscy chcą mieć ten film na DVD. Już w kinach dobry wynik osiągnął też „Był sobie las”, bo Multikino wzięło go do wszystkich swoich lokalizacji do cyklu edukacyjnego. Były pełne sale, bo chodziły na niego szkoły. Crosspromocję tego filmu wspiera OPERON, jedno z największych wydawnictw pedagogicznych. Dostaliśmy już zgłoszenia od ponad 150 nauczycieli, którzy chcą pokazać film swoim uczniom.

 

Wychowujecie sobie przyszłych widzów i jeszcze na tym zarabiacie. Sprytnie.

Mamy też projekt edukacyjny (Akademia Dokumentalna) na czterech uniwersytetach – w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Bydgoszczy. Ale wychodzimy również poza szkoły i uczelnie, bo w Polsce jest wiele domów kultury ze świetnymi salami kinowymi. To takie kina sąsiedzkie, a my się staramy, by miały zabarwienie dokumentalne. Pokazujemy seniorom i rodzicom z dziećmi, że w kinie można obejrzeć coś wartościowego, a nie tylko hollywoodzkie produkcje. Telewizja nie jest jedynym kanałem dystrybucji. Nasze filmy można też oglądać m.in. na Kinoplex.pl i VOD onet.pl. Naszym nowym projektem jest DORIS – kierujemy go do kobiet, które chcą zostać filmowcami. Będzie to polska odsłona skandynawskiego projektu, poszerzającego dostęp kobiet do branży filmowej.

 

Kadr z filmu „Scena ciszy” w reżyserii Joshuy Oppenheimera, reżysera nominowanej do Oscara  „Sceny zbrodni” (fot. materiały prasowe)

 

Skoro jesteśmy przy temacie telewizji – po 10 latach kończycie współpracę z Planete+. Kanał zmienia profil z dokumentalnego na rozrywkowy – to błąd?

Dwa lata temu po fuzji platform cyfrowych n i Canal+ powstała platforma nc+ o zupełnie innej filozofii widza. Zmiana profilu samego kanału Planete+ to część większego planu i wynika z wizji tego, co Polacy powinni oglądać w kanałach dokumentalnych. Nie chciałbym jednak nazywać tego błędem – jeśli ktoś ma inną wizję, trzeba to uszanować.

 

Brak dokumentów w Planete+ wpłynie na popularność tego gatunku w Polsce?

Świat nie znosi próżni. Powstał kanał Fokus TV, w którym obok popularnych form paradokumentalnych jest też miejsce na kino dokumentalne z prawdziwego zdarzenia. Miejsce na pełnometrażowe dokumenty znalazło się też w ramówce TVN7, gdzie to pasmo osiągało znakomite wyniki oglądalności. „Obóz Jezusa” przyciągnął przed telewizory ponad dwa miliony widzów i okazało się, że nawet komercyjnie sformatowane stacje mają publiczność, która chce takie filmy oglądać. A sukces TVP Kultura pokazuje, że wcale nie trzeba iść na kompromis, bo wielu ludzi potrzebuje wytrawnego kina i wytrawnej oferty kulturalnej. „Raj: Miłość” Ulricha Seidla – hybrydę fabuły i dokumentu – obejrzało tam ponad 500 tys. ludzi. TVP2 też ma coraz więcej miejsca na ambitne kino dokumentalne, jak niedawno emitowany tam „Majdan” Sergieja Łoźnicy. Są programerzy, którzy czują, że fala popularności filmu dokumentalnego rośnie. Z roku na rok zwiększa się też publiczność naszego festiwalu – to wszystko świadczy o potencjale filmu dokumentalnego. Trzeba tylko odwagi i dobrej promocji. A z tym jest różnie.

 

 


 

12. Docs Against Gravity Film Festival (8-17 maja)

 

Odbywa się w Warszawie, WrocławiuBydgoszczy. W 24 innych miastach widzowie mogą wziąć udział w weekendowych pokazach filmów. Główną nagrodę otrzyma film wyróżniony w konkursie Millennium Award, ale sekcji konkursowych jest więcej, m.in.: Nagroda Amnesty International za najlepszy film poświęcony prawom człowieka, Warsaw Green Award za najlepszy film poświęcony tematyce ekologicznej, Nos Chopina za najlepszy film muzyczny czy Nagroda Magicznej Godziny za najlepszy film średniometrażowy. Dla twórców szczególnie ważna jest też Nagroda Publiczności.

 

W czasie festiwalu poza seansami odbędą się wykłady mistrzowskiespotkania z twórcami, panele dyskusyjne z udziałem dziennikarzy, wykładowców uniwersyteckich oraz przedstawicieli kultury, a także imprezy muzyczne. Gośćmi specjalnymi są m.in.: Michael Madsen, Annie Machon, Cem Kaya, Ulrich Seidl, Joshua Oppenheimer, Ivan Gergolet, Kim Nguyen, Hanna Polak i Zuzanna Solakiewicz.

 

Pierwszy festiwal odbył się w 2004 roku pod nazwą Warsaw Doc Review i miał charakter przeglądu filmów dokumentalnych. Wraz z upływem czasu zyskiwał coraz większą popularność, poszerzał ofertę, zmienił nazwę na Planete+ Doc Film Festival, a jego konkurs zyskał renomę nie tylko w Polsce, lecz także w Europie.

 

Po 10 latach współpraca dystrybutora filmów dokumentalnych Against Gravity i kanału tematycznego Planete+ dobiegła końca, ponieważ Planete+ zmieniło profil z dokumentalnego na rozrywkowy. Od tego roku Against Gravity organizuje festiwal samodzielnie, dlatego przemianowano go na Docs Against Gravity Film Festival.

 

 


 

 

„W piwnicy” w reżyserii Ulricha Seidla (fot. materiały prasowe)

 

„Wizyta” w reżyserii Michaela Madsena (fot. materiały prasowe)

 

Once Upon a Tree„Było sobie drzewo” w reżyserii Marleen van der Werf (fot. materiały prasowe)