/

#BananowaSztuka

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Żeby nie było wątpliwości – zdjęcia z bananami w #BananowaNiedziela pojawiały się przed #BananaSelfie, a kultury na Nowym Folderze zawsze w bród. Jednak muszę powiedzieć, że rośnie moje serce, kiedy właśnie banan staje się symbolem wolności w sztuce. A wręcz walki z cenzurą, bo do takich kuriozów doprowadza mózg zniewolony świętoszkowatością. Nie oszukujmy się – jeżeli chce się ściągać prace z muzealnych wystaw za seksualizowanie odbiorców bananami, polecam zamiast ataków na artystów i kuratorów udać się do Lwa-Starowicza i spółki.


Według dyrektora Muzeum Narodowego, Jerzego Miziołka, wystawa Natalii LL i Katarzyny Kozyry miała „irytować wrażliwą młodzież” i narażać muzeum na skargi ze strony, najprawdopodobniej, rodziców owych zgorszonych pociech. I tu rodzą się trzy kwestie: po pierwsze – czy mały Jaś podszedł do mamy i zapytał dlaczego ta pani na tym zdjęciu ma przy ustach jednego banana, na tym dwa, a na tym nawet trzy? Czy w głowie małego Jasia zrodził się impuls budzący w nim odruchy natury erotycznej, kojarzący owe banany z seksem oralnym? Po drugie – czy jeżeli tak było, to nie jest to przypadkiem wina rodziców, którzy nie poczuwają się do porozmawiania ze swoimi pociechami o seksie? I po trzecie – czy rodzice naprawdę są, czy raczej: chcą być na tyle naiwni, by wierzyć, że jedzenie banana jest najbardziej zseksualizowanym i rozerotyzowanym obrazem, jaki widzą ich dzieci?


Coś jest nie tak ze społeczeństwem, w którym przynajmniej część ludzi widzi problem w bananowej wystawie. Że seks jest u nas tabu, nikogo już nie dziwi. Że w ostatnich latach mamy do czynienia z dźganiem sztuki tępą dzidą cenzury, też nie jest tajemnicą. Ale do tej pory opierało się to głównie na zarzutach o atakowanie jedynej i nieomylnej wiary, a do całego happeningu włączali się brunatni inkwizytorzy. Teraz rolę obrońców moralności w walce z seksualną ofensywą przejęli „zniesmaczeni rodzice”.


Staram się co tydzień uprawiać słowno-imaginacyjny kabarecik, ale Polska po raz kolejny udowodniła mi, że mój mózg jest w tym zakresie wyjątkowo ograniczony. Sztuka nowoczesna naprawdę oferowała już zdecydowanie bardziej rozerotyzowane przekazy, niż „Sztuka konsumpcyjna” z Muzeum Narodowego. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby to w Warszawie, a nie w Kolonii, Mili Moire postanowiła urządzić swój uliczny pokaz malowania pochwą – The „PlogEgg”. Mielibyśmy pewnie do czynienia z ponownym rozpaleniem stosów. Choć przyznam, że jej performance nawet dla mnie był przesadą.


Koniec końców, banany wróciły do muzeum. Duża w tym zasługa celebrytów i influencerów, którzy uruchomili na mediach społecznościowych wspomniane #BananaSelfie. Cała ta sytuacja jest jednak jak spróbowanie niesmacznego wina – można to przełknąć, można wypluć, ale niesmak pozostaje na dłużej. I proponuję o bananowej krucjacie nie zapominać, bo wszyscy możemy się pośmiać, ale sztuka niekiedy musi szokować, a przez ten szok pobudzać – czy to artystycznie, czy intelektualnie. A w moim wymarzonym, wyidealizowanym świecie, miejsce cenzury jest w słusznie minionej przeszłości. I do tego minionego świata cenzorów zapraszam.