Barbara Włodarczyk: Praca korespondenta wciąga jak narkotyk

Nowy Folder - I NKM

 

Kiedy mówi o Rosji, w jej głosie słychać fascynację. W trakcie wieloletniego pobytu w tym kraju Barbara Włodarczyk poznała go od środka, chociaż twierdzi: „Im częściej tam jeżdżę i im więcej widzę, tym większe mam poczucie, że jeszcze wiele rzeczy muszę odkryć”. W rozmowie z Magdaleną Bojanowską opowiada o współczesnej Rosji, fenomenie Putina i polskiej rusofobii.

 

DSC_4839

Barbara Włodarczyk przez pięć lat była korespondentką TVP w Moskwie (fot. Beata Chojnacka)

 

Jest pani absolwentką Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Dlaczego wybrała pani właśnie ten kierunek?

To nie było tak, że od dziecka marzyłam, by zostać dziennikarką czy pisarką. Chciałam być politologiem i studiowałam nauki polityczne. Podobało mi się, że to takie prestiżowe i elitarne zajęcie. Na trzecim roku trzeba było wybrać specjalizację. Już wtedy najbardziej interesowała mnie tematyka międzynarodowa. Zawsze ciekawił mnie świat, inni ludzie, inne kultury, inne realia. No i oczywiście podróże! Wtedy to nie było takie łatwe i proste jak dziś. Nikt nie trzymał w domu paszportów, do większości państw potrzebowaliśmy wiz. Dziennikarstwo potraktowałam trochę jak przepustkę do podróży. Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudna i wyczerpująca jest praca korespondenta zagranicznego, ale ani razu nie żałowałam tego wyboru. To wciąga jak narkotyk. Od pięciu miesięcy nie byłam na zdjęciach za granicą i już się duszę.

 

Skąd się wzięła pani fascynacja Rosją?

W połowie lat 80. w ramach praktyk trafiłam do redakcji publicystyki międzynarodowej Telewizji Polskiej. Przydzielono mnie do zespołu programu „Siedem anten”. To był magazyn emitowany w każdą niedzielę. W lekki i przystępny sposób opowiadał o krajach byłego bloku wschodniego. Oglądało go kilka milionów widzów! To były czasy! Żadnej konkurencji dla TVP.

Rosją zajęłam się z fascynacji przemianami po rozpadzie imperium i z przekory. Bo kiedy upadł Związek Radziecki, większość dziennikarzy dosłownie rzuciła się na Zachód, który wcześniej był trudno dostępny. W efekcie Rosja stała się krajem zapomnianym, a dla młodego pokolenia całkowicie nieznanym. Wg sondaży 90% Polaków nigdy tam nie było.

Tymczasem to bardzo ciekawy i barwny świat. To największy terytorialnie kraj, 2 kontynenty, 11 stref czasowych, nowobogacka Moskwa i biedna prowincja. To prawosławie i szamanizm nad Bajkałem. To wyzwolone moskwianki, które chodzą do szkół uwodzenia i muzułmanki z Kaukazu, gdzie do dziś małżeństwa aranżują rodzice. To milionerzy, którzy bawią się na stercie prawdziwych banknotów dolarowych w ekstrawaganckich klubach, i bezdomni koczujący na dworcach. Rosja to kraj ogromnych kontrastów. Stąd tytuł mojej książki – „Nie ma jednej Rosji”. Wbrew nazwie kremlowskiej partii. Książka powstała na kanwie reportaży telewizyjnych z cyklu „Szerokie tory”. Zrealizowałam ponad 100 odcinków. Sfilmowałam historie, jakich nie wymyśliłby żaden scenarzysta – np. sektę, która wielbi Putina jako kolejne wcielenie apostoła Pawła albo milionera, który miał luksusowe rezydencje, jachty, samoloty i wszystko to rzucił, by zamieszkać w wiejskiej chacie i hodować kozy.

Rosja to kopalnia tematów dla dziennikarza. Takie El Dorado, ale tylko w sensie tematycznym, bo warunki pracy są ciężkie. To kraj pełen absurdów. Jak żartują sami Rosjanie, tylko u nich czarno-biały telewizor może się nazywać „Tęcza,” a międzykontynentalne rakiety balistyczne – „Pokój”…

 

Co sprawiło, że została pani korespondentką TVP w Moskwie?

Propozycję wyjazdu na placówkę dostałam po kilku latach realizacji cyklu „Szerokie tory”. Przyjęłam ją, bo znałam już dobrze realia życia w Rosji i w ramach „płodozmianu” chciałam się zająć inną formą.

 

Jak wyglądała pani praca, kiedy była pani korespondentką w Moskwie?

To było zupełnie nowe doświadczenie, bo czym innym jest reportaż, a czym innym news. W przygotowaniu relacji do programów informacyjnych liczy się czas. I zawsze jest go za mało. Zwłaszcza w warunkach wielkiej Moskwy, gdzie mieszka 17 mln ludzi i gdzie łączna długość korków wynosi 900 km dziennie! Rosjanie żartują, że jak policja złapie pijanego, to zanim zawiezie go do izby wytrzeźwień, ma już zero promili we krwi. Moskwianie spędzają w korkach po 3 godziny dziennie. I nie ma dnia bez bójek na drogach. Najbardziej zuchwały kierowca postrzelił pieszego na chodniku. Bo przechodzień był tak „bezczelny”, że nie chciał przepuścić samochodu.

Kiedy w 2004 roku obejmowałam korespondencką placówkę, nie miałam w biurze szybkiego Internetu. Żeby wysłać materiał, musiałam przebijać się przez korki do siedziby Eurowizji, skąd nadawaliśmy przekaz przez satelitę. To było traumatyczne przeżycie, bo zwykle wpadałam na ostatnią chwilę (śmiech). Dziś korespondenci nadają materiał przez Internet. Mogą to zrobić nawet z ulicy, bo w Moskwie jest teraz mnóstwo stref Wi-Fi.

News z założenia wymaga ogromnej skrótowości. Są jednak pewne granice. Kiedyś proszono mnie o zrobienie analizy rozpadu Związku Radzieckiego w materiale półtoraminutowym! Proszę uwierzyć – nie da się! Noblistka Swietłana Aleksijewicz, moja ulubiona reportażystka, napisała na ten temat kilkusetstronicową książkę „Czasy secondhand”. A jest to zaledwie przyczynek do zrozumienia tego, co się stało.

 

P1010791

Barbara Włodarczyk była jednym z gości I Festiwalu „Natura – Kultura – Media” im. Ryszarda Kapuścińskiego w Izabelinie (15-21 maja 2016). Na zdjęciu razem ze Stanisławem Zawiślińskim – prezesem Fundacji Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego
(fot. Monika Tułodziecka)

 

Co jest Pani bliższe – praca reportera czy korespondenta?

Zawsze był mi bliższy reportaż, bo zmusza do pogłębionej refleksji. Na tle współczesnej kakofonii i sieczki informacyjnej błyszczy jak brylant. Krótkie formy newsowe dają bardzo uproszczony i schematyczny obraz świata. Z newsów nie można poznać ani mentalności Rosjan, ani przyczyn sposobu ich myślenia. Tymczasem rolą dziennikarza zajmującego się Rosją jest pokazanie, jak oni myślą, dlaczego akurat tak myślą i skąd np. się bierze fenomen popularności Putina. Bo to nie jest tylko efekt propagandy i strachu przed krytyką władz.

 

Jak zmieniła się mentalność Rosjan od czasu upadku Związku Radzieckiego?

Książka Swietłany Aleksijewicz pokazuje, że w mentalności Rosjan jeszcze dużo tkwi tego radzieckiego myślenia. Ćwierć wieku temu wydawało się, że radziecka epoka i jej atrybuty bezpowrotnie przechodzą do historii. Że mało kto będzie tęsknił za systemem, w którym były łagry, zamknięte granice i deficyt towarów. A jednak! Oczywiście dziś nikt nie tęskni za tamtą cenzurą czy ograniczeniami w podróżowaniu. To jest przede wszystkim nostalgia za mocarstwem, z którym liczył się cały świat, za państwem opiekuńczym, które każdemu gwarantowało pracę. I za stabilizacją. W Moskwie przez ponad 30 lat nie zmieniły się ceny biletów metra: pięć kopiejek kosztowało metro za Chruszczowa, Breżniewa, Czernienki i Andropowa. Rosjanie żartują, że większość z nich chciałaby powrotu Związku Radzieckiego, ale bez komunizmu…

 

Na czym polega fenomen popularności Putina?

Żeby zrozumieć fenomen Putina, trzeba się cofnąć do lat 90. Na Zachodzie ten okres kojarzy się z wolnością słowa i z procesami demokratyzacji. W odczuciu znacznej części Rosjan był to jednak zarazem czas kryzysu, kiedy ludzie miesiącami nie dostawali pensji, bandyckiej prywatyzacji, rewolucji kryminalnej (strzelaniny na ulicach były wtedy powszedniością), braku stabilności i trzycyfrowej inflacji. W jednym z reportaży Swietłana Aleksijewicz opisuje starszą panią, którą w czasach radzieckich uzbierała 5 tys. rubli. Wtedy można było za to kupić samochód marki Łada i zostałby jeszcze spory zapas oszczędności. Po krachu rubla ta suma wystarczyła tylko na bilet do metra… Poza tym czasy Jelcyna to były czasy samobiczowania się Rosjan za wszystkie grzechy ZSRR. Kiedy na Kreml przyszedł Putin, powiedział: „Stop. Rosja jest wielka. Nikt nas nie będzie obrażał”. I to się spodobało. Każdy potrzebuje akceptacji. Na dodatek Putinowi sprzyjała koniunktura na ropę i gaz. Przez 8 lat z rzędu! Dzięki temu zaczęły rosnąć realne dochody. I to nie tylko mieszkańców bogatej Moskwy, ale także prowincji, czyli tzw. „głubinki”. Większości Rosjan nie zraziło do rządów Putina ani uwiezienie Michaiła Chodorkowskiego, ani zabójstwo Anny Politkowskiej czy Borysa Niemcowa…

Fenomen Putina to w dużej mierze efekt świetnego PR-u. Od 2000 roku jest on codziennie w telewizji (z małymi wyjątkami). Dzięki niej stał się twarzą Rosji. Widz ma przeświadczenie, że jak car batiuszka nad wszystkim czuwa i o wszystko się troszczy. Każdy jego występ to widowisko. Jak trzeba, to zbeszta oligarchę, jak trzeba, to każe obniżyć ceny kiełbasy albo wybudować drogę. Potrafi zaśpiewać razem z Sharone Stone, rapować z młodzieżą, nurkować, prowadzić samolot itd. itp.

Widziałam Putina na żywo podczas wielkich imprez i w mniejszym gronie – z bliska. Zawsze kątem oka śledzi kamerę. Bo zna siłę telewizji. Rosyjskie programy ogląda każdego dnia kilkadziesiąt milionów widzów. Dlatego Kreml w pełni kontroluje telewizję i nie szczędzi pieniędzy na propagandę. W rosyjskiej telewizji państwowej zarobki są wyższe niż np. w TVP. Zabawne jest to, że do zeszłego roku nad wizerunkiem Putina czuwała agencja amerykańska, a dla 70% Rosjan USA to państwo wrogie.

 

Bardzo mi się spodobało powiedzenie z reportażu o wsi Mansurowo, że Putin i Miedwiediew powinni tylko jeździć po kraju, bo wtedy wszystkim żyłoby się lepiej…

Tak, bo gdziekolwiek się pojawią, tam od razu coś się zmienia się na lepsze (śmiech). Mansurowo to wioska, w której urodził się dziadek Miedwiediewa. I kiedy Miedwiediew postanowił tam pojechać, to w krótkim czasie przeprowadzono całkowitą renowację wsi. Podłączono wodę i gaz, zrobiono kanalizację, wyasfaltowano drogę. Lokalne władze tak się zagalopowały w ulepszaniu wioski, że nawet jej mieszkańcy byli w szoku. No bo po co podłączać do każdej chałupy superszybki Internet, skoro większość stanowią starsze kobiety, które nie mają nawet komputerów. Po co było sprowadzać aparat do USG, którego nikt we wsi nie umie obsługiwać. Po co podłączać telewizję satelitarną na poczcie, skoro nie można jej oglądać, bo pilota zawsze nosi przy sobie kierowniczka. Żeby się nie zniszczył. Ale nawet ten Internet i satelita to i tak nic w porównaniu z tym, że w miejscowym sklepiku zamiast gorzałki pojawiły się… francuskie bułeczki.

 

Nie ma jednej Rosji

 

W Rosji spędziła pani wiele lat. Czy obraz Rosji w polskich mediach jest zgodny z pani obrazem?

Nie do końca. Obraz Rosji jest skażony przez politykę, która zdominowała przekaz. Patrzymy na Wschód przez pryzmat Kremla. Przez pryzmat wojny na Ukrainie i poczynania Putina. Dlatego wiele rzeczy nam umyka. Np. kultura, problemy zwykłych ludzi, także tych niepokornych wobec systemu. A łatwo im nie jest…

 

Jak ludzie reagują na kamerę w bogatej Moskwie i w biednej prowincji, tzw. głubince?

Biedni ludzie są zwykle otwarci, bo nie mają nic do stracenia. Dużo trudniej nakłonić do zwierzeń tych bogatych. Wiadomo, pieniądze lubią ciszę. W Rosji większość wzbogaciła się latach 90., wykorzystując chaos i koneksje albo powiązania ze światem przestępczym. Jeden z rosyjskich milionerów – German Sterligow na moje pytanie, jak się dorobił, odpowiedział tak: „Podniosłem słuchawkę, zadzwoniłem do znajomego, który był właścicielem pierwszego prywatnego banku i pożyczyłem pieniądze. 2 tygodnie później otworzyłem pierwszą w Rosji giełdę i w tym samym dniu zostałem milionerem”. To brzmi nieprawdopodobnie, ale tak było. W latach 90. fortuny powstawały z dnia na dzień. Największym kapitałem były znajomości w elitach władzy. Dlatego los krezusów w Rosji zależy od władz, jak nigdzie indziej. Z Kremlem nie opłaca się zadzierać, bo jak pokazuje praktyka, na każdego biznesmena można znaleźć jakiegoś haka.

W przełamywaniu lodów pomaga mi paradoksalnie to, że nie unikam trudnych, kłopotliwych pytań. Dzięki temu rozmówca nie wietrzy żadnego podstępu. Nigdy nie oszukuję swoich bohaterów. Kiedy np. filmowałam urzędnika kadyrowskiej Czeczenii (wbrew prawu FR miał dwie żony), to od razu zaznaczyłam, że będę też nagrywać przedstawicieli opozycji. Otwartość i uczciwość zawsze popłaca.

 

Czy Rosjanie interesują się Polską?

To nam się tak wydaje. Kiedy byłam korespondentką w Moskwie ciągle dzwonili do mnie koledzy z redakcji z pytaniami o reakcję na wypowiedzi naszych polityków. Najczęściej nie było żadnej. Dla Moskwy liczy się przede wszystkim stanowisko Niemiec, Francji czy Stanów Zjednoczonych. Rosyjska telewizja państwowa nie ma w Polsce ani jednego stałego korespondenta. O naszym kraju mówi się zwykle przy okazji skandali. Od lat mamy łatkę dyżurnego rusofoba. Opozycyjny pisarz Wiktor Jerofiejew mówił, że największy komplement, jaki usłyszał w Polsce, brzmiał: „Wiktor, ty wcale nie wyglądasz na Rosjanina”.

To już nie te czasy, kiedy Polska była dla Rosjan oknem na świat. I kiedy Rosjanie uczyli się polskiego, by moc czytać naszą prasę. Notabene mamy podobne języki. Jest nawet taki dowcip. Polak pyta Rosjanina: – Jak po rosyjsku jest dom? – Dom. – A mama? – Mama. – A wódka? – Wodka. – Przepraszam, a jak po rosyjsku brzmi słowo „dziwka”? – Szlujcha – odpowiada Rosjanin. A Polak na to: Patrzcie! Przez jedną dziwkę dwa języki zrobili.

 

 

Dla młodego pokolenia Rosjan jesteśmy dziś krajem dużo mniej atrakcyjnym niż Niemcy czy Włochy. Z kolei starsza generacja ma żal, że Polska odwróciła się na Zachód. Wiele razy słyszałam zarzut, że chcemy dokuczyć Moskwie, bo nie możemy pogodzić się, że Rosja znów jest silna. Dużo problemów wynika z niewiedzy. Przykładem jest Katyń. Jeszcze do niedawna większość Rosjan kompletnie nie miała pojęcia, kto i w jakich okolicznościach zamordował polskich oficerów. Przypominanie prawdy o Katyniu odbierano jako chęć pomniejszenia roli Związku Radzieckiego w II wojnie światowej, a w zasadzie w tzw. Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Tymczasem dla 80% Rosjan zwycięstwo nad faszyzmem to główny powód do dumy narodowej. I symbol chwały. Miliony Rosjan po raz pierwszy usłyszały prawdę o Katyniu dopiero dzięki filmowi Andrzeja Wajdy. Po jednym z seansów podeszła do mnie młoda dziewczyna i powiedziała: „Jest mi wstyd, że do tej pory nie znałam katyńskiej historii, ale nie miał mi kto jej opowiedzieć”.

 

Jaki jest stosunek Rosjan do mediów?

Państwowe media elektroniczne, które mają największy zasięg, są ściśle kontrolowane przez Kreml. Jednak dzisiejsza Rosja to już nie jest Związek Radziecki odcięty od świata szczelną żelazną kurtyną. Istnieje Internet, jest też trochę krytycznych wobec władz tytułów prasowych. Choćby słynna „Nowaja Gazeta”, w której pracowała zamordowana dziennikarka Anna Politkowska. Rosjanie gdzieś z tyłu głowy mają poczucie, że może nie wszystko jest tak, jak pokazują to dzienniki telewizyjne. Dlatego największą siłę oddziaływania mają filmy i seriale, które są świetnie zrobione, z dużym rozmachem, ciekawie i atrakcyjnie. To w nich przemycane są interpretacje historii i współczesnych wydarzeń, ale nie w nachalny publicystyczny sposób. Jak np. w serialu o Breżniewie czy Katarzynie Wielkiej.

 

Wydany przez Panią zbiór reportaży „Nie ma jednej Rosji ” jest pełen rażących kontrastów. Mamy bezdomnych mieszkających na dworcach i oligarchów, którzy zostawiają 15 tys. dolarów napiwku. Organizację neonazistowską i czarnoskórego radnego. Tłum skandujący „Rosja bez Putina!” i sektę wielbiącą go jako nowe wcielenie św. Pawła. Jak zrozumieć współczesną Rosję, która jest tak różnorodna?

To bardzo trudne (śmiech). Mam w sobie dużo pokory. Im częściej tam jeżdżę i im więcej widzę, tym bardziej czuję, ile jeszcze rzeczy muszę odkryć.

 

Jak wybiera pani bohaterów swoich reportaży?

Każdy bohater to jest pretekst do pokazania szerszego zjawiska. Neofaszysta – do pokazania nacjonalizmu w Rosji, muzułmanka w Baku – odradzającego się islamu w byłych republikach radzieckich. W Mołdawii robiłam reportaż o Cyganach, bo tam jest ogromne skupisko Romów. W Moskwie filmowałam milionera i żebraczkę, bo kontrasty są największym znakiem czasu tego miasta. Zawsze wiem, po co ja jadę i pod tym kątem dobieram bohaterów.

 

Gdzie pani się lepiej czuje – przed kamerą, nagrywając reportaż czy przed komputerem, pisząc książkę?

To są zupełnie inne rzeczy. Jak dwie różne kategorie wagowe w boksie. Niby ta sama dziedzina, a jednak kilkadziesiąt kilogramów różnicy robi swoje. Moją największą miłością jest jednak telewizja. To praca zespołowa i większe wzywanie, bo trudniej kogoś nakłonić do zwierzeń przed kamerą.

 

Uczestniczyła pani w spotkaniu neonazistów, którzy czytali „Mein Kampf” i broszury z Adolfem Hitlerem, a jeden z nich był pewny, że zabił człowieka. Nie bała się pani?

Wręcz się tym szczycił. To był osiemnastoletni bojówkarz, który brał udział w regularnych pogromach imigrantów w Moskwie. Na pytanie, czy zabił kiedyś człowieka, odpowiedział: „Mam taką nadzieję, bo jeśli przez kilka minut skacze się komuś po głowie w ciężkich butach, to chyba mało kto przeżyje”. Miałam ciarki na plecach. Wiedziałam jednak, że muszę to pokazać, by uświadomić widzom grozę zjawiska. Ku przestrodze.

W Rosji nie raz przeżyłam chwile grozy. Ciągle mam w pamięci słowa, które usłyszałam od bohaterki jednego z moich reportaży – ochroniarki VIPów. Ona nigdy nie wychodzi z domu bez broni. Kiedy spytałam, czy jej zawód jest niebezpieczny, odpowiedziała: „Zapewniam cię, że nie bardziej niż twój”… Mimo wszystko zawód reportera zagranicznego jest pasjonujący. Wymaga jednak dużo pokory, bo w tej profesji człowiek uczy się przez całe życie.