Bez błędu


Wspinaczka skałkowa zyskuje coraz większą popularność. Są różne jej rodzaje i odmiany: ta najbardziej ekstremalna to free solo, czyli samotnie i bez asekuracji. Bardzo efektowna – któż nie widział zdjęć gościa wiszącego na jednej ręce pod skalnym nawisem?! – ale też skrajnie niebezpieczna, gdyż najmniejszy błąd kosztować może życie lub ciężką kontuzję. Dlatego wymaga niezwykłych predyspozycji: siły, zręczności i techniki, dzięki której wspinacz może wykorzystać nawet nierówności, by w skale znaleźć punkt podparcia.


Alex Honnold jest nazywany „cudownym dzieckiem free solo”. Miał zaledwie pięć lat, kiedy mama pierwszy raz zawiozła go na ściankę wspinaczkową i tylko z niewielką dozą przesady można powiedzieć, że tam już pozostał. Alex się zmieniał i rósł, a ściany po których się wspinał zmieniały się i rosły razem z nim. Dokonywał kolejnych przejść, jego sława rosła, a gdzieś w głębi siebie pielęgnował niezwykłe, by nie powiedzieć – szalone, marzenie. Od początku kariery szczególnie związany był z Parkiem Narodowym Yosemite, który wspinaczom oferuje fantastyczne trasy o różnych stopniach trudności. Jedną z największych atrakcji tego parku jest wznosząca się na blisko kilometr pionowa ściana zwana El Capitan lub El Cap. Alex przeszedł ją wielokrotnie sam lub z innymi wspinaczami, także ze swoją mamą (miała wtedy bodaj 59 lat i dopiero od niedawna chodziła po górach!) – jednak zawsze podczepiony do liny, z asekuracją. A gdyby tak przejść tę ścianę w stylu free solo? Ale czy to w ogóle jest możliwe – ponad 900 m po niemal pionowej skale i to bez żadnego zabezpieczenia? Trasą na której jest kilka niezwykle trudnych punktów, gdzie nie ma miejsca na najmniejszy nawet błąd? Prawdziwy pojedynek: tylko ta majestatyczna skała i Alex…


Nie ukrywam, że mam lęk wysokości – może nie w najbardziej radykalnej wersji, bo na 3-metrową drabinę wejdę, choć z lataniem samolotem mam już problem. Dlatego obejrzenie „Free Solo” już w założeniu było dla mnie sporym przeżyciem. Bo to dokument o facecie, dla którego wspinaczka bez asekuracji jest właściwie sensem życia. Ja mam problem, by spojrzeć w dół z balkonu na 10 piętrze, a on wspina się na gigantyczną pionową ścianę tylko dzięki swojej sile, bezbłędnej technice i zręczności. To fascynujące i frustrujące zarazem, tym bardziej w kinie, gdzie film w naturalny sposób robi większe wrażenie.


Ale „Free Solo” to nie jest wyłącznie film o wspinaniu i niebezpiecznej (czasami śmiertelnie) pasji i przekraczaniu granic. To również opowieść o bardzo skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Alex wyruszając na kolejną wspinaczkę nigdy o tym nie mówi, nikogo nie uprzedza: – To byłoby dla mnie dodatkowe obciążenie, dodatkowy stres – tłumaczy. Jego mama, którą zresztą zaraził wspinaczkową pasją (choć nie w stylu free solo) jest z tego zadowolona: dowiadując się już po fakcie o kolejnym wyczynie syna mniej się denerwuje. Jednak w przypadku Sanni, partnerki Alexa, sytuacja wygląda inaczej. Poznali się niedawno, ich wzajemne relacje i związek dopiero się układają, kształtują i dla niej taki układ jest, delikatnie ujmując, niełatwy i frustrujący. Tym bardziej, że skoncentrowany właściwie wyłącznie na swojej pasji Honnold to trudny, przyzwyczajony do samotności, partner, czasami wręcz ekstremalnie zamknięty w sobie. I być może na ścianie jest mistrzem, ale w kontaktach z innymi, szczególnie kobietami, słabo sobie radzi.


Kolejnym niezwykle ważnym elementem tego filmu są kwestie techniczne. Już filmowanie kogoś, kto pokonuje blisko kilometrową pionową skałę jest trudne, ale jak filmować człowieka, który wspina się bez asekuracji i musi być maksymalnie skupiony, gdyż najmniejszy nawet błąd oznacza jego śmierć? To oczywiste, że nie może mieć na sobie kamery, ponieważ przy tak ekstremalnym wysiłku, znaczenie ma, najmniejszy nawet, dodatkowy ciężar. Więcej – czy obecność ekipy, nawet bardzo odległa, dyskretna i nieinwazyjna, jest w ogóle możliwa? Bo niby jak? Użyteczność drona jest ograniczona, ponieważ wydawany przez niego dźwięk może rozpraszać Aleksa. Dlatego cała ekipa, którą zebrali twórcy filmu, Jimmy Chin i Elizabeth Chai Vasarhelyi, to doświadczeni wspinacze, którzy przyczepieni do wbitych w ścianę haków, asekurowani linami, filmowali Aleksa w określonych punktach trasy. I to im „Free Solo” zawdzięcza fantastyczne, czasami naprawdę zapierające dech w piersiach, czasami po prostu „tylko” malowniczo piękne zdjęcia.


Jest też aspekt moralno-etyczny: co, jeśli przejście się nie uda, jeśli dojdzie do tragedii? Jeśli Alex po prostu przerwie wspinaczkę i zrezygnuje to nie ma problemu, ale co mają robić filmowcy, w przypadku jego odpadnięcia od ściany – kręcić upadek czy nie? Bo pomóc raczej nie mogą… A jeśli już do tego dojdzie, to czy i jaka będzie odpowiedzialność ekipy? To bardzo delikatny temat, o którym w filmie mało się mówi, ale który od pewnego momentu staje się obecny…


Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, „Free Solo” był jednym z pięciu kandydatów do Oscara w kategorii pełnometrażowy film dokumentalny. Teraz, kiedy go kończę, jest już zdobywcą statuetki. Zmienił się więc status filmu, ale nie zmieniła data premiery na kanale National Geographic: 3 marca, godz. 21.00. I nawet jeśli ktoś obstawiał sukces „O ojcach i synach” lub żałuje, że nie wygrała „RGB”, warto zarezerwować półtorej godziny, by obejrzeć „Free Solo”. Polecam to nawet tym, którzy jak ja mają lęk wysokości…



„Free Solo”
Reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi
USA 2018