Bez korzeni

 

Publikujemy kolejny fragment reportażu z książki „Bratanki? 11 niezwykłych portretów”. Tym razem to historia Mileny Warteckiej. Polki, która tak pokochała Węgry, że stały się one dla niej drugim domem. 

 

 Milena chętnie bierze udział w inicjatywach polonijnych, takich jak choćby Uniwersytet Otwarty. Raz w miesiącu zapraszani są wykładowcy z najwyższych półek i przedstawiają różne wykłady. Z psychologii zwierząt, z fizyki, literatury…(fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Pracowała wtedy w jednym z pism polonijnych. Z perspektywy cza­su ocenia je jako beznadziejne. Ale wtedy? Studentka z Polski w obcym kraju, nieznająca języka, potrzebowała jakiejś łączności z krajem. Poza tym lubiła mieć wiele na głowie. Wprawdzie biegała między socjologią, prawem, filologią rosyjską i historią, ale nadal było jej mało.

 

Redakcja wysłała ją na akademię polonijną. Dziś już nawet nie pa­mięta, z jakiej okazji. Może 11 listopada? Na pewno na początku studiów. Ale nie jest do końca pewna. Doskonale pamięta jednak coś innego – chłopaka robiącego zdjęcia.

 

To wydarzenie było jak szkolna akademia. Siedziałam w tylnym rzędzie i – chyba z nudów – po prostu zaczęłam się rozglądać. I wtedy zobaczyłam tego chłopaka. Po prostu się zakochałam – przyznaje z rozbrajającą szczerością. – Od pierwszego wejrzenia. Kiedy z nim potem rozmawiałam, mówił, że nic nie pamięta. Pewnie nawet mnie nie zauważył. Ja go zobaczyłam, zakochałam się, a on… wyszedł chwilę później.

 

Kolejny miesiąc chodziła jak struta. Jak sama określa, „absolutnie zakochana”.

 

– To był absurd. Wychodziłam z domu i w lustrze przeglądałam się chyba milion razy! Myślałam sobie, że może spotkam go na ulicy?

 

Dziś śmieje się, że w dwumilionowym mieście było to praktycznie niemożliwe. Nie wiedziała przecież nawet, czy ma on jakieś polskie ko­rzenie, kim jest, nic. Po prostu: chłopak, który tam robił zdjęcia.

 

Miesiąc męczarni, przeplatany myślami o chłopaku, którego widziała przez kilka minut, zakończył się niespodziewanie. Choć rzadko chodziła do kościoła polskiego w Budapeszcie, postanowiła wziąć udział w reko­lekcjach. Jakież było jej zdziwienie, gdy ów chłopak też tam był! Siedział w ławce kościelnej, daleko od niej. Po mszy wszyscy się rozeszli. Kolejna taka szansa mogła się nie powtórzyć. Serce biło jej dwa razy mocniej, gdy na niego patrzyła. Ale Milena nie zrobiła nic.

 

Los jednak wziął sprawy w swoje ręce. Znikąd pojawili się znajomi, pół Polacy, pół Węgrzy. Zaprosili ją na imprezę andrzejkową. Wprawdzie nie znała jeszcze wtedy wielu Polaków, ale coś jej mówiło, że warto skorzystać.

 

– To jest śmieszne. To jest strasznie banalne, ale byłam przekonana, że ten chłopak tam będzie. Chyba po prostu codziennie o nim myślałam i przyciągnę­łam go. Strasznie się stresowałam. Ja ubrania od koleżanki pożyczałam, żeby mieć fajniejsze. Ciasto upiekłam, żeby zrobić wrażenie. I on naprawdę tam był!

 

– Zaczepiłaś go?

 

– Nie. On podszedł. I od razu bardzo mnie wkurzył! Strasznie zirytował, już nie pamiętam czym. Ale tak to się zaczęło. On do mnie napisał maila, a trzy dni później byliśmy już parą.

 

Partner Mileny, Witold Ducki, jest synem Polaka i Węgierki. Gdy się poznali, mówił po polsku, jednak jego język pozostawiał wiele do życzenia. Nigdy nie chodził do szkoły polskiej, na żaden kurs. Uczył się od taty, w codziennych rozmowach.

 

Węgierska miłość, choć sprawiła, że Milena została w tym kraju na dłużej, wcale nie była taka kolorowa. Zakochani mieli roczną przerwę w związku. Wartecka lubi opowiadać o swoim partnerze: – Jaki jest Witek? Wyjątkowy. Nigdy nie patrzyłam na niego przez pryzmat mentalności, czy jest raczej polski, czy może bardziej węgierski. Gdy jest się zakochanym, nie kroi się tej drugiej osoby na części pierwsze. On jest bardzo wrażliwy, otwarty. Jest po prostu Witkiem.

 

 

Lépcso. Schody.

 

Decyzja o pozostaniu na uczelni w Budapeszcie z miłości była dużo łatwiejsza niż wymogi proceduralne. Program Erasmus Mileny mógł trwać maksymalnie rok. Nie wyobrażała sobie jednak powrotu do Pol­ski. Mogła rzucić studia. Zaczęła jednak zastanawiać się, co zrobić, aby pozostać w Budapeszcie… oficjalnie.

 

Nie miała żadnego stypendium ani środków, żeby się utrzymać. Chciała w Budapeszcie poszukać pracy. Pomocną dłoń wyciągnęły do niej nauczycielki języka rosyjskiego. Zgodnie z wymaganiami programu Erasmus, student ma za zadanie wybrać sobie dowolne przedmioty, które będą pokrywały się z programem przewidzianym przez uczelnię macierzystą. Milena wybrała filologię rosyjską, historię i tematy z nimi związane. Dwie rusycystki dowiedziały się o jej problemie i zasugero­wały, żeby poszła do jednego z nauczycieli i po prostu powiedziała mu, że chciałaby tutaj zostać.

 

Podążając za ich sugestią, Wartecka wybrała się do nauczyciela z gotowym przemówieniem o tym, że chciałaby tu pisać pracę magi­sterską, gdyż odnalazła w bibliotece wspaniałe zbiory i bardzo chciałaby tu zostać. Potrzebuje jedynie od niego zaproszenia. Nauczyciel spojrzał na nią, usiadł i to zaproszenie napisał.

 

Studia były prawdziwym szaleństwem: pracowała w Budapeszcie po osiem godzin dziennie, a co dwa miesiące wracała na zaliczenia do Polski. Udało jej się wszystko zdać w terminach, broniła się w kraju. Wymagało to trochę poświęcenia, ale udało się. Miała szansę spędzić kolejny rok z ukochanym.

 

A cztery kolejne lata…

 

– Nie czułam potrzeby zmieniania tego. Jeśli komuś jest jakoś strasznie źle, to zmienia to, co jest. Ale jeśli jest wszystko dobrze, to tego nie zmieniasz, bo nie ma pewności, że gdzie indziej będzie lepiej.

 

Redakcja wysłała Milenę na akademię polonijną. Dziś już nawet nie pa­mięta, z jakiej okazji. Może 11 listopada? Na pewno na początku studiów. Ale nie jest do końca pewna. Doskonale pamięta jednak coś innego – chłopaka robiącego zdjęcia (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Ihlet. Inspiracja.

 

– Napisałam kiedyś jeden tekst do gazety. Ale szybko zrezygnowałam. Dowiedzia­łam się za to o organizacji Polonia Nova. Zanim poznałam Witka, mieszkałam blisko Instytutu Polskiego. Chodziłam tam do biblioteki. Dowiedziałam się, że Instytut organizować będzie warsztaty teatralne. W liceum trochę grałam, więc pomyślałam: co mi szkodzi? Idę, a tam trzy osoby plus dziewczyna prowadząca. Zaprzyjaźniłam się z nią.

 

– A potem poznałam panią Marię. To jest ktoś, kto potrafi mnie tam utrzymać. Bardzo ją szanuję i lubię. To jest bardzo inspirująca osoba, dlatego – choć moja praca to wolontariat – dla mnie ma to wymierne korzyści. Od pani Marii człowiek bardzo dużo się uczy. Jest inteligentna, oczytana, cudowna, wspaniała! Chce promować kulturę polską na Węgrzech.

 

Milena chętnie bierze udział w inicjatywach polonijnych, takich jak choć­by Uniwersytet Otwarty. Raz w miesiącu zapraszani są wykładowcy z najwyższych półek i przedstawiają różne wykłady. Z psychologii zwierząt, z fizyki, literatury. Ale to nie wszystko. Dwukrotnie brała udział w warsztatach dziennikarskich dla młodych polskich dziennikarzy mieszkających za granicą. Oddźwięk zaskoczył nawet organizatorów. Na spotkanie w Budapeszcie przybyło kilku Węgrów, ale też ludzie z Kanady, ze Stanów Zjednoczonych, z Rosji, Syberii, Czech, Anglii. Pierwsze warsztaty dedykowane były tradycyjnemu dziennikarstwu pisanemu, drugie skupiały się na multimediach. Milena zdaje sobie sprawę z tego, jaka jest polonijna praca dziennikarska: zazwyczaj to pisanina niskiej jako­ści. We wprowadzeniu zmian pomagał jej wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, Jacek Wasilewski. Do tego warsztaty fotograficzne i teatralne, uczenie Węgrów, czym jest gra miejska, mnóstwo imprez doraźnych, przeglądy filmów, Dzień Kota, sadzenie polskiego lasu.

 

Działalność Polonia Nova reklamują nawet najbardziej znani wykładowcy. Milena chętnie wspomina profesora Jerzego Bralczyka, który spotkał na lotnisku parę Polaków. Zapytał ich, czy znają Polonia Nova. Odpowiedzieli, że nie. „To żałujcie!”, podsumował Bralczyk. Wartecka aktywnie działa też w polonijnym teatrze. „Jest gwiazdą” – mówi o niej Małgorzata Takács. Formuła teatru „Zebra” jest niezwykła. Wystawiane są sztuki polskich twórców. Grają osoby w różnym wieku, od 12 do 70 lat. I – co ciekawe – są to nie tylko Polacy, ale i Węgrzy. Każdy gra w swoim języku. Na dodatek reżyserem ostatniej sztuki, „Emigrantów” Mrożka, był… Węgro-Tataro-Rosjanin. I nikomu to nie przeszkadza!

 

 

Oliwia Siwińska

 

 

Cały reportaż oraz inne teksty w książce:

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów”

Autorzy: Agnieszka Czapla,  Alicja Karasińska,  Anna Kiedrzynek, Oliwia Siwińska,  Bartosz Wróblewski,
pod red. Stanisława Zawiślińskiego
Wydawnictwo: Fundacja Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego

 


 

 

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów” to efekt  współpracy warszawskiego  Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Instytutu Polskiego w Budapeszcie. Stanowi zbiór reportaży i sylwetek, przygotowywanych przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego przez dwa lata.  Autorom książki, z nieocenionym wsparciem dziennikarza i dokumentalisty Stanisława Zawiślińskiego i Małgorzaty Takacs z Instytutu Polskiego, udało się znaleźć  11 wyjątkowych osób, które zgodziły się opowiedzieć o sobie i swoim życiu w dwóch światach – polskim i węgierskim. Wśród nich znaleźli się m.in. Krzysztof Varga, Tadeusz Olszański, Gabor Zsille, Erzsébet Szenyán.

 

 

„Bratanki?…” to opowieści 11 różnych ludzi: tłumaczy, pisarzy, wykładowców akademickich, uchodźców, studentów…  To historie ich życia: radosne i smutne perypetie, momenty w którym skrzyżowały się losy dwóch narodów. Każdego z bohaterów w inny sposób urzekła Polska lub zaczarowały Węgry. I każdy przyznaje, że dziś już ciężko wybrać, który kraj jest im bliższy. Ta książka coś więcej niż hasło: „Polak, Węgier – dwa bratanki”… To nawiązywana przez młodych dziennikarzy nić porozumienia między dwoma nacjami, tak bliskimi, a tak nieznanymi sobie jednocześnie.