Bez pokoju nie ma wolności

Fałszowane wybory, obaleni przywódcy, masowe protesty, wzajemne oskarżenia, brutalne zbrodnie, masowe fale głodu i biedy. Amerykańska Wiosna Ludów trwa w najlepsze i niestraszny jej żaden wirus. Choć pandemia na tamtejszych obszarach mocno daje się we znaki, to nawet ona nie jest w stanie zatrzymać fali politycznych i społecznych zmian w Ameryce Łacińskiej. Warto przyjrzeć się tym najważniejszym.

Meksyk

W Meksyku i bez pandemii zdecydowanie nie było w ostatnich latach kolorowo. W lutym, jeszcze przed wykryciem pierwszych zakażeń koronawirusem, przez miasto Meksyk przeszedł marsz przeciwko zabójstwom kobiet. Powodem było brutalne morderstwo 25-letniej Ingrid Escamilly, prawdopodobnie z rąk jej partnera. Według oficjalnych statystyk w samym 2019 roku doszło do ponad tysiąca morderstw meksykańskich kobiet. Co prawda zarówno tamtejsze służby, jak i sam prezydent zapewnili o wzmożonej walce z przestępczością i korupcją, ale statystyki są dla Meksyku nieubłagane – liczba przestępstw z roku na rok rośnie, a w wielu przypadkach znalezienie sprawców okazuje się być niemożliwe. Zresztą lokalne gangi niespecjalnie boją się służb państwowych, co pokazała czerwcowa zbrojna napaść na szefa policji w mieście Meksyk. Zwykły poranek, bogata dzielnica, niedaleko rezydencje wielu dyplomatów, przejazd policyjnej ciężarówki. Po chwili atak przy użyciu broni ciężkiej, kilkuminutowa strzelanina, trzy ofiary, w tym jedna postronna (kobieta idąca do pracy) a szef policji musiał zostać przetransportowany do szpitala z ranami postrzałowymi. Historia, jakich w Meksyku wiele. Jeszcze jedna obrazowa informacja, z początku lipca. Tamtejsza policja szukając zaginionego chłopca znalazła… 23 uprowadzonych dzieci. Niedożywionych, śpiących na kartonach, wykorzystywanych do handlu rupieciami, w wieku od dwóch do piętnastu lat. Poszukiwanego chłopca wśród nich nie było. I wciąż nie wiadomo, gdzie się znajduje.                                        

Ciekawą postacią jest też obecny prezydent Meksyku – Andrés Manuel López Obrador. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się być rewolucyjnym kandydatem, zrywającym ze starym i skorumpowanym systemem oraz walczącym o rzeczywiste reformy. Miał znacznie ograniczyć przestępczość, przekupstwa i biedę. Jego wizja świata dość mocno różniła się od tej reprezentowanej przez prezydenta USA, Donalda Trumpa. Obaj panowie wielokrotnie się spierali, czego efektem były wzajemne sankcje, a nawet pomysł budowy fizycznego muru na granicy Meksyku z USA. Dzisiaj określają się, jako „bardzo dobrzy przyjaciele”, a Donald Trump, podczas spotkania obu przywódców w Białym Domu, zapewnił, że „relacje między USA i Meksykiem nigdy nie były lepsze niż teraz”. Na ile wypowiedzi obu prezydentów są szczere? Czy dostrzegli lepszy biznes w zawarciu sojuszu, niż dalszym sporze? Czy konfliktowe sprawy, przede wszystkim temat licznych uchodźców, chcących przedostać się przez meksykańsko-amerykańską granicę, nie zostały zawieszone jedynie do czasu jesiennych wyborów prezydenckich w USA? Warto także dodać, że Stany Zjednoczone, Meksyk oraz Kanada zawarły porozumienie handlowe USMCA, zastępujące dotychczasowy Północnoamerykański Układ Wolnego Hadlu (NAFTA). Mocno wychwalane, przez wszystkie zaangażowane strony.                   

A jak Meksyk radzi sobie z pandemią? Według oficjalnych danych zakażonych jest niemalże 560 tysięcy Meksykanów, a zmarło ponad 60 tysięcy osób, co oznacza szóste miejsce w rankingu państw najmocniej dotkniętych koronawirusem (trzecie pod względem liczby zgonów). Jednak Claudia Sheinbaum, burmistrz miasta Meksyk (jednego z największych ognisk zakażeń) wprost przyznała, po raporcie organizacji Meksykanie przeciwko Korupcji i Bezkarności, że oficjalne statystyki są mocno zaniżone i trudno je realnie oszacować. Także sam rząd Meksyku wydał oświadczenie, aby „przygotować się na dłuższą niż oczekiwano walkę z koronawirusem”, mimo zniesienia części obostrzeń zaledwie kilka dni wcześniej, kiedy to właściwie każdego dnia wykrywano rekordowe liczby zarażeń. Zapowiedziano zwiększenie liczby wykonywanych testów (jeszcze w połowie maja w 130-milionowym Meksyku wykonano ich zaledwie 150 tysięcy) i podział kraju na kilka stref zakażeń, ale sytuacja wciąż jest daleka od optymalnej. A nawet, jeśli uda się opanować koronawirusa, to nic nie zapowiada, aby inne problemy Meksyku miały nagle zniknąć. O ile możemy mieć nadzieję, że wirus zostanie powstrzymany dzięki szczepionce, o tyle na biedotę czy przestępczość takie lekarstwo z całą pewnością nie powstanie. A ofiar jednego i drugie niestety nie brakuje.


Mapa Meksyku. Źródło: Encyklopedia Internautica

Wenezuela

Sytuację polityczną w Wenezueli można by porównać do obecnych wydarzeń na Białorusi. Z tym, że to amerykańskie państwo dzierży w tym porównaniu palmę pierwszeństwa. O ile jednak u naszego wschodniego sąsiada sytuacje zdaje się rozwijać niezwykle dynamicznie, o tyle w Wenezueli stan dwuwładzy panuje już od ponad 2 lat. Cofnijmy się więc na chwilę do roku 2018. Wtedy to odbyły się przyśpieszone wybory prezydenckie, które zwyciężył, ze znaczą przewagą, dotychczasowy prezydent, czyli Nicolas Maduro. Ich wynik jest jednak podawany w powszechną wątpliwość – głównym liderom opozycji zablokowano możliwość kandydowania, a liczba głosów została najprawdopodobniej mocno zawyżona. Rezultat wyborów nie został uznany zarówno przez wenezuelską opozycję, jak i przez wiele państw na całym świecie, w tym przez USA i Unię Europejską. Z kolei po stronie prezydenta Maduro stanęły m.in. Rosja, Chiny czy Iran. Liderem opozycji został przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, Juan Guaido, który ogłosił się prawowitym przywódcą Wenezueli, co spotkało się z aprobatą ponad 60 innych państw. Problem polega na tym, że ta patowa i niejasna prawnie sytuacja trwa już w Wenezueli ponad 2 lata i nie widać jej końca. Trwa ciągłe przeciąganie liny pomiędzy oboma politykami i wzajemne obrzucanie się oskarżeniami. Oczywiście swoje na wenezuelskim konflikcie próbują ugrać także światowe mocarstwa, potajemnie wspierając swoich kandydatów.           

Co zmieniło się w Wenezueli w ostatnich miesiącach? Przede wszystkim wciąż nie odbyły się zaplanowane na ten rok wybory parlamentarne. Oficjalnym powodem ich przełożenia, podanym przez prezydenta Maduro, jest pandemia koronawirusa. Dodatkowo na początku marca w tajemniczym pożarze spłonęły setki komputerów i tysiące maszyn do głosowania, używanych przez tamtejszą komisję wyborczą. Co prawda Narodowa Rada Wyborcza wyznaczyła termin spóźnionych wyborów na 6 grudnia, jednak wenezuelska opozycja już zapowiedziała ich bojkot, obawiając się ponownych fałszerstw.                                                                                                                                                     

Zresztą ostatnie wydarzenia zdają się jedynie potwierdzać obawy opozycji. Na początku stycznia siły bezpieczeństwa nie wpuściły zwolenników Juana Guaido, oraz przedstawicieli niezależnych mediów, do gmachu Zgromadzenia Narodowego, gdzie głosowano nad wyborem nowego przewodniczącego parlamentu Wenezueli. Tym został Luis Parra, jednak z uwagi na okoliczności nie został powszechnie zaakceptowany na arenie międzynarodowej. Oczywiście innego zdania jest prezydent Maduro i sprzyjające mu państwa, które uznały, że Parra został wybrany w wyniku „prawowitej, demokratycznej procedury, przyczyniającej się do przywrócenia walki politycznej w Wenezueli w ramy konstytucyjne” (cytat z komunikatu rosyjskiego MSZ).                                

Guiado tymczasem odwiedził kilka europejskich państwa, w których namawiał do dalszego bojkotu prezydenta Maduro, dążenia do demokratycznych wyborów oraz niefinansowania wenezuelskiej dyktatury m.in. poprzez zaprzestanie skupu tamtejszego złota, z którego zyski czerpie obecna władza. Guiado wystąpił m.in. na Światowym Forum Ekonomicznym w szwajcarskim Davos czy w Madrycie, podczas wspierającej go manifestacji. Jego wizyty okazały się być skuteczne, bowiem na koniec czerwca Unia Europejska zdecydowała się objąć sankcjami jedenastu wenezuelskich urzędników, sprzyjających rządom Nicolasa Maduro. Formalny prezydent Wenezueli odpowiedział wydaleniem z kraju przewodniczącej delegacji UE i zacieśnieniem relacji z Rosją.                                   

W maju doszło także do zbrojnej próby obalenia prezydenta Maduro, jednak ta została udaremniona, a żadne z państw nie przyznaje się do odpowiedzialności za to wydarzenie. Wśród uczestników było dwóch żołnierzy sił specjalnych USA, którzy zostali już skazani przez władze Wenezueli na 20 lat więzienia. Osiem osób zginęło wcześniej podczas walki.                                                 

Jak Wenezuela radzi sobie z pandemią? Według danych na koniec lipca zarażonych jest tam ponad 17 tysięcy osób, a około 200 zmarło. Jednak wiele osób obawia się, że liczby te są znacznie zaniżone, w tym Ciro Ugarte, czyli przedstawiciel Panamerykańskiej Organizacji Zdrowia. Ponad to Maduro oskarża Wenezuelczyków, powracających zza granicy o celowe roznoszenie wirusa i określa ich, jako zdrajców, co ma być częścią „zaplanowanej zagranicznej operacji”.                                                        

O ile można się spierać, kto powinien prawowicie dojść w Wenezueli do władzy, to na pewno obecna patowa sytuacja nie sprzyja obywatelom tego państwa. Od kilku lat panuje tam hiperinflacja, a wielu ludzi żyje na skraju ubóstwa. Według Światowego Programu Żywnościowego ponad dziewięć milionów Wenezuelczyków jest niedożywionych. Od 2015 roku ponad cztery i pół miliona Wenezuelczyków zdecydowało się na emigrację. Dodatkowo niedawno prezydent Maduro zapowiedział wzrost cen paliwa. Jak zwykle więc, na politycznych sporach najbardziej cierpią ci niewinni. A ustąpić nikt nie ma zamiaru.


Mapa Wenezueli. Źródło: Encyklopedia Internautica

Brazylia

W ostatnich miesiącach zdecydowanie nie ma, czego zazdrościć obywatelom Brazylii. Ojczyzna pięknych plaż i imponujących lasów przeżywa, bowiem jeden z najpoważniejszych kryzysów w swojej historii. Głównym zmartwieniem Brazylii, jak i wielu innych państwach, jest obecnie pandemia koronawirusa. Tutaj jednak wirus zbiera jeszcze większe żniwo niż w sąsiedzkich krajach. Brazylia zajmuje bowiem niezaszczytne drugie miejsce, za Stanami Zjednoczonymi, zarówno pod kątem bilansu zakażonych osób, jak i zmarłych obywateli z powodu koronawirusa. Liczba wykrytych przypadków chorych przekroczyła już ponad trzy i pół miliona, a zmarło oficjalnie ponad 115 tysięcy Brazylijczyków. Choć, jak podają tamtejsze media oraz służba zdrowia, obie liczby są niemalże na pewno znacznie zaniżone, a prawdziwą skalę pandemii w Brazylii trudno oszacować. Bieda w znacznej części kraju, trudny dostęp do opieki medycznej, brak podstawowej edukacji wielu ludzi i wreszcie mocno ograniczona liczba testów. Dlatego też zdaniem ekspertów rzeczywista liczba zakażeń może przekraczać nawet 10 milionów. Zresztą na początku czerwca brazylijski rząd niejako wprost oświadczył, że nie jest w stanie określić rzeczywistej skali pandemii i na swojej stronie zaczął publikować jedynie bilans nowych wykrytych zarażonych z ostatniej doby, a nie łączną liczbę takich przypadków. Szacunki specjalistów nie nastrajają optymistycznie.                                                                    

Jednak największym zagrożeniem dla zdrowia Brazylijczyków zdaje się być ich prezydent, Jair Bolsonaro. Człowiek o tyle barwnej, co i kontrowersyjnej sylwetce. Urząd objął 1 stycznia 2019 roku, jako przywódca Partii Socjalliberalnej. Nie ukrywa swoich dyktatorskich zapędów i skrajnych poglądów. Otwarcie deklaruje niechęć do osób LGBT, chciałby zbudować autostradę przez środek Amazonii, popiera tortury czy powszechny dostęp do broni. Podczas jednego z wystąpień wprost przyznał, że najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów Brazylii byłaby wojna domowa i wymordowanie tysięcy ludzi. Przecież w każdej wojnie giną niewinną osoby, jak próbował tłumaczyć. Jak ktoś o takich poglądach zareagował na światową pandemię? Jair Bolsonaro wprost określa koronawirusa „wyolbrzymionym zagrożeniem”, a finansowanie walki z pandemią „trwonieniem pieniędzy publicznych”. Wielokrotnie pokazywał się publicznie bez wymaganej maseczki czy obściskiwał się z innymi politykami bez zachowania zasad higieny.  Testy na koronawirusa przechodził kilkukrotnie, początkowo nie chcąc upubliczniać swoich wyników, na co nie przystał brazylijski sąd. Z czasem na jaw wyszło, że Jair Bolsonaro zmaga się z objawami typowymi dla osób zakażonych koronawirusem, choć rentgen jego płuc miał nic nie wykazać, a sam prezydent czuł się dobrze. Kolejny test dał jednak wynik dodatni, co przywódca Brazylii sam publicznie ogłosił. Trzy tygodnie później (25 lipca) oznajmił, że udało mu się wyzdrowieć. Zdania o koronawirusie, ani sposobu funkcjonowania państwa w szczycie pandemii, jednak nie zmienił. Mimo że kilka dni później wirusem zaraziła się żona prezydenta Brazylii oraz jeden z ministrów.                                                                                     

Sami Brazylijczycy mają wiec prawo czuć się zagubieni. Dochodziło nawet do pojedynczych aktów agresji między zwolennikami prezydenta a pracownikami służby zdrowia, którzy określają decyzje Jaira Bolsonaro, jako pochopne. W związku z tym Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża rozpoczął kampanię edukacyjną w Brazylii, a pozarządowa organizacja Rio de Paz na jednej z tamtejszych plaż rozstawiła setkę krzyży oraz tysiące balonów, aby upamiętnić wszystkie ofiary pandemii. Ta jednak w Brazylii wciąż się rozwija i zbiera coraz większe zabójcze żniwo. A przez władzę wciąż pozostaje lekceważona.


Mapa Brazylii. Źródło: Encyklopedia Internautica

Boliwia

Epidemia koronawirusa także w Boliwii uniemożliwiła terminowe przeprowadzenie wyborów prezydenckich. Choć te i tak właściwie miały być ponowieniem wyborów z października 2019 roku, w których to ponownie zwyciężył lewicowy Evo Morales. Jednak ich wyniku nie można uznać za wiarygodny, a sam Morales ogłosił swoje zwycięstwo na dobę przed podaniem oficjalnego rezultatu. Doprowadziło to do licznych protestów i zamieszek, w których udział wzięły setki tysięcy ludzi. Morales ustąpił pod presją i udał się na emigrację do Argentyny. Planował wziąć udział w tegorocznych, ponownie rozpisanych, wyborach. Wydawało się, że ma spore szanse na uczciwe zwycięstwo – w kraju, mimo protestów, popierają go setki tysięcy ludzi, a jego partia Ruch na rzecz Socjalizmu prowadzi w sondażach. Jednak nic z tego. Boliwijski Trybunał Wyborczy uznał, że Morales nie może kandydować w wyborach, ponieważ nie jest obecnie stałym mieszkańcem kraju. Były prezydent Boliwii skomentował decyzję trybunału, jako „cios dla demokracji”. Nową datę wyborów ustalono na 6 września.                                                                                                                                                                        

Kto w nich weźmie udział? Naturalną kandydatką zdaje się być tymczasowa prezydent Boliwii Jeanine Anez. 53-letnia prawniczka, należąca do tamtejszych Demokratów, od dawna stanowiła naturalną opozycję dla Moralesa i jego socjalnych poglądów. A po zablokowaniu możliwości udziału kandydowania poprzedniego prezydenta wyrasta na zdecydowaną faworytkę. Właściwie jedyną przeszkodą na jej drodze może być pandemia. W Boliwii zanotowano już ponad 108 tysięcy przypadków zakażeń, a zmarło niemalże 4,5 tysiąca  osób. Także sama Jeanine Anez poinformowała na początku lipca, że jej test na koronawirusa dał wynik dodatni i udała się na obowiązkową kwarantannę. Jednak obecnie jej zdrowiu już nic nie zagraża, a do wyborów prezydenckich, a więc i ogromnej szansy na długą wyczekiwaną w Boliwii stabilizację, zostało już naprawdę niedaleko.


Mapa Boliwii. Źródło: Encyklopedia Internautica

Chile

Choć sytuacja w Chile w od października 2019 roku, kiedy to doszło do pierwszych protestów, znacznie się uspokoiła, to kraj ten wciąż znajduje się w poważnych kryzysie. Zdaniem wielu ekspertów w najpoważniejszym od ponad 30 lat. Jeszcze w lutym obecnego roku, przed ogłoszeniem surowych restrykcji pandemicznych, na jednym z muzycznych festiwali wielotysięczna grupa manifestantów starła się z policją. Przyczyny protestów są podobne, jak w innych państwach Ameryki Łacińskiej: nierówność społeczna, niewydolna polityka socjalna rządu, słaba opieka medyczna czy rosnące koszta życia. Reakcją opozycji, którą poparł prezydent Sebastian Pinera, było wprowadzenie w lipcu „historycznej reformy”, czyli zezwolenie na wycofanie 10 procent środków zgromadzonych w prywatnych funduszach emerytalnych. Zmiana weszła w życie przy znacznym społecznym poparciu i ma się stać przyczynkiem do przebudowy całego systemu emerytalnego w Chile, który jako jedyny na świecie jest w pełni prywatny.                                                                                                                                                     

Jeszcze w tym samym miesiącu doszło do kolejnej rekonstrukcji rządu, piątej, od kiedy Pinera został prezydentem Chile. Sześciu ministrów musiało pożegnać się ze swoim stanowiskiem. Wcześniej z kolei zmieniono ministra zdrowia Jaima Manalicha, który miał kilkukrotnie zmieniać dane dotyczące liczby zgonów i zachorowań, spowodowanych koronawirusem, tak że te nie pokrywały się danymi oficjalnie przekazanymi do WHO. Moment kolejnej rekonstrukcji rządu jest o tyle ważny, że już w październiku w Chile ma się odbyć kluczowe referendum, dotyczące zmiany konstytucji. Reformę popiera ponad 70 procent Chilijczyków.                                                                                                                                            

Rząd Chile dość restrykcyjnie zareagował na pandemię, wprowadzając tzw. „selektywną kwarantannę”, czyli dynamiczne wprowadzanie i odwoływanie zakazów w miastach i regionach, najmocniej dotkniętych wirusem w danym momencie. Początkowo strategia wydawała się skuteczna, jednak szybko okazała się niewystarczająca i konieczne było przejście na „całkowitą kwarantannę”.  Na ten moment, z liczbą niemalże 400 tysięcy zakażeń i 11 tysiącami zmarłych, Chile jest jednym z najmocniej dotkniętych koronawirusem państw w Ameryce Łacińskiej. Prezydent Pinera wprost określił czas pandemii, jako „najtrudniejszy moment moich rządów”. Z powodu kwarantanny masowe protesty w Chile na razie ustały, ale gniew Chilijczyków zdecydowanie nie zniknął. Czy w najbliższym czasie powróci ze wzmocnioną siłą? Jeśli protestujący wezmą przykład z wydarzeń w sąsiednich państwach, to możemy być świadkami jeszcze niejednej rekonstrukcji rządu w Chile. Niekoniecznie zgodnie z wolą obecnej władzy.


Mapa Chile. Źródło: Encyklopedia Internautica
Fotografia wyróżniająca: Pixabay.com

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.