Bo dla sztuki trzeba się poświęcić

[spider_facebook id=”2″]

Afera, która wstrząsnęła całą Polską. Dobrze znana i opisana przez liczne media. Marcin Kącki – jako rasowy reporter – nie odpuszcza po latach i wzbogaca naszą wiedzę o szerszy kontekst oraz szuka przyczyn tragedii.

 

21_10_Krolop_Gotowy:Layout 1.qxd

 

Poznań, 2003 r. W prasie pojawia się informacja o aresztowaniu dwóch bibliotekarzy z chóru Polskich Słowików. Zarzut – molestowanie nieletnich. Reporter Marcin Kącki dostaje telefon od jednego z chórzystów. Ten wskazuje głównego winnego – dyrygenta Wojciecha Kroloppa. Dziennikarz pisze artykuł, rusza proces, dyrygent zostaje skazany. Mimo to pytań nie ubywa. Dziesięć lat później Marcin Kącki wydaje książkę „Maestro”.

 

Reporter cofa się do wczesnego dzieciństwa Kroloppa i już tam dostrzega niepokojące sygnały – opisuje m. in. trudną sytuację rodzinną, która niewątpliwie wpłynęła na charakter młodego dyrygenta. Dziennikarz starał się także dotrzeć do każdego, kto mógłby udzielić znaczących informacji na jego temat. Odwiedził dorosłych już chórzystów i ich rodziców. Nie pominął instytucji odpowiedzialnych w tamtym czasie za kulturalny nadzór nad chórem i szkołą. Udało mu się porozmawiać również z byłymi pracownikami szkoły, znajomymi rodziny Kroloppa, a także z kochankami dyrygenta. Przestudiował wszystkie dokumenty archiwalne.

 

Marcin Kącki nie szukał winnego. Winny już jest. Został oskarżony i osądzony. Jednak w całej tej sytuacji za zło nie odpowiadał tylko jeden człowiek, dyrygent chóru. Opisana przez reportera skomplikowana sieć zależności wyraźnie wskazuje na to, że zło się wylęga, hoduje w temperaturze pokojowej. Winni to także ci, którzy odwracali wzrok, dając w ten sposób przyzwolenie. To przede wszystkim rodzice, którymi kierowały chore ambicje i ślepa wiara w autorytet Kroloppa. Matka solisty tłumaczyła, że coś tam się mówiło, ale dla sztuki trzeba się poświęcić. Dopiero po latach jeden z podopiecznych opisał „dorobek” Kroloppa: Kiedyś chciałem policzyć, dokonać całkowitego rachunku, kto przeszedł przez jego łóżko. W każdym roczniku miał kilku chłopców, więc pomnożyłem to przez 40 lat, od kiedy grasował. Prosty rachunek. Owszem, byli i tacy, którzy znaleźli w sobie trochę odwagi i postanowili coś z tym zrobić. Jednak natrafiali na mur ślepych obrońców. Zrezygnowani ustępowali „Mistrzowi”.

 

Marcin Kącki poukładał wszystkie rozmowy i fakty w spójną całość, która dała jasny obraz historii. Wydzielił rozdziały i podrozdziały według określonych schematów. Zamknięciem tej sprawy jest rozmowa z umierającym już Kroloppem, której fragmenty pojawiają się na początku i na końcu reportażu.

 

Przejrzysta struktura nie daje jednak odpowiedzi na najważniejsze pytanie: dlaczego wszyscy wiedzieli i nikt nie zareagował? Im więcej głosów się pojawia, im większa liczba świadków, tym trudniej zrozumieć zmowę milczenia w „mieście zasłoniętych firanek”.

 

Z tego względu „Maestro” nie należy do książek prostych i przyjemnych w lekturze. Porusza tematy dotyczące nie tylko pedofili, lecz także związane z poczuciem wstydu, lęku i zależności od drugiego człowieka. W zakończeniu autor nie pozostawia złudzeń: historia taka jak ta nigdy nie zostaje zamknięta. Zło może odrodzić się wszędzie, bo, jak pisze Kącki: To był bluszcz. Żarłoczne pnącze przyozdobione kwiatami. (…) Jestem pewien, że wyrośnie zawsze na gruncie zbudowanym z konformizmu i kołtuństwa, glebie tak żyznej, jaką znalazło w Poznaniu, w polskiej stolicy chóralistyki chłopięcej.

 

Karolina Mierzyńska

Twój adres email nie zostanie opublikowany.