Boliwia dołącza do Amerykańskiej Wiosny Ludów


Boliwia jeszcze do niedawna uchodziła za spokojne i pokojowe państwo. Stabilna sytuacja wewnętrzna, malejący poziom biedy, szczęśliwi obywatele. A jednak „wirus” protestów i przewrotów, który objął już niemalże całą Amerykę Południową, dotarł także tutaj. I jak to z wirusami bywa – uderzył niespodziewanie oraz boleśnie, a konsekwencje odczuwa cały organizm.


20 października 2019 roku. Wybory prezydenckie w Boliwii. Realnych kandydatów jest dwóch – dotychczasowy prezydent Evo Morales, ubiegający się już o swoją czwartą kadencję oraz centroprawicowy Carlos Mesa.  Według wstępnych sondaży żaden kandydat nie ma znacznej przewagi, druga tura wydaje się wiec nieunikniona. Najwyższy Sąd Wyborczy niespodziewanie wstrzymuje jednak publikację wstępnych wyników. Ukazują się dopiero dzień później, z wyraźną, niemalże 10-punktową przewagą Evo Moralesa. Natychmiast pojawiają się oskarżenia o fałszerstwo wyborcze, politycy opozycji nawołują do bojkotu wyników. Na ulicach największych miast dochodzi do protestów, które w kolejnych dniach doprowadzą do nieodwracalnych zmian na boliwijskiej scenie politycznej i pchną kraj w nieznanym do tej pory kierunku.


 „Boliwijczycy to społeczeństwo bardzo aktywne politycznie, gdzie różne formy niewyborczej (protesty) presji politycznej są na porządku dziennym. Konflikt o wybory i reelekcję rozwijał się od kilku lat, potrzebował iskry w postaci oskarżeń o fałszerstwo, żeby rozgorzał do takiej skali. To jest społeczeństwo, które niespecjalnie się interesuje i ogląda na inne kraje. Boliwijczykom się wydaje, że ich kraj jest specyficzny, sam w sobie”, opowiada dr Radosław Powęska, korespondent „Gazety Wyborczej”. Mieszka on w La Paz w Boliwii i na własne oczy obserwuje, co obecnie dzieje się w tym państwie.


Do czterech razy sztuka


Evo Morales jest politykiem, jakiego wcześniej w Boliwii nigdy nie było. Jest Indianinem z historycznego ludu Ajmara. Pochodzi z biednej rodziny, czworo jego rodzeństwa zmarło z głodu. Evo po ukończeniu szkoły podejmował się przeróżnych zajęć. Uprawiał rolę, organizował klub piłkarski, czy grał w zespole muzycznym. Został szefem Ruchu na rzecz Socjalizmu, co otworzyło mu drzwi do świata wielkiej boliwijskiej polityki. W 1997 r. dostał się do Izby Deputowanych, a 5 lat później złożył mandat w wyrazie protestu przeciwko działaniom rządu. W kolejnych latach uczestniczył w wielu protestach i akcjach przeciwko rządowi, wielokrotnie opowiadając się po stronie chłopów. W swoich postulatach obiecywał poprawę sytuacji biedoty, wsparcie socjalne oraz sprzeciwienie się władczej polityce USA. Jego przekaz trafił do Boliwijczyków – 18 grudnia w 2005 roku wygrał wybory prezydenckie, zdobywając aż 54% głosów. Został pierwszym indiańskim prezydentem Boliwii, spadkobiercą tradycji i kultury, do której wielokrotnie będzie nawiązywać. A ze stanowiskiem zwiąże się na dłużej niż ktokolwiek sądził.                                                                                                                                 


Jak to możliwe, że w październiku obecnego roku Morales z sukcesem ubiegał się o czwartą kadencję? Przez czternaście lat jego rządów prawo wyborcze zdążyło się kilka razy zmienić, a limit kadencji został uznany za niezgodny z prawami człowieka. Co więcej Morales w 2016 roku zorganizował referendum, aby uzyskać przyzwolenie Boliwijczyków na kolejną kadencję. Mimo negatywnego wyniku pozostał na fotelu prezydenta przez kolejne lata. Podczas swoich kadencji wprowadził liczne reformy, które jednak spotkały się z mieszaną reakcją obywateli. Przyczynił się do uchwalenia prawa zakazującego rasizmu, czy dyskryminacji ze względu na orientację.  Uchwalił liczne zasiłki dla emerytów oraz dzieci uczęszczających do szkół, czy urlopy macierzyńskie. Za jego kadencji znacznie spadł odsetek osób ubogich w miastach i na wsiach. Nawiązał przyjazne stosunki z Unią Europejską oraz sąsiadującymi państwami w Ameryce Południowej. Z drugiej strony znacznie nadwyrężył relacje z USA, wielokrotnie krytykując ten kraj. W kolejnych latach jego rządów rozwój gospodarki znacznie zmalał, pojawiły się także głosy mówiące o korupcji. Poza tym był krytykowany za przeprowadzanie jedynie pozornej nacjonalizacji, ograniczonej do podniesienia opłat za eksploatację złóż naturalnych, a końcowych latach rządów Moralesa, zaczęto oskarżać go o zmierzanie w stronę autorytaryzmu.


„ Evo wciąż miał poparcie sporej części społeczeństwa. Nie takie jak kiedyś, gdy zdobywał ponad 60% głosów, ale ciągle było to wg sondaży minimum trzydzieści kilka do czterdzieści kilka procent poparcia i utrzymywał pierwszeństwo. Jest cała lista tematów, które obniżały mu w ostatnich latach poparcie – gigantyczna korupcja w państwie, która dotyczyła przede wszystkim ludzi jego partii, łamanie praw różnych grup ludności rdzennej, szczególnie ze względu na eksploatację surowców i projekty infrastrukturalne, wbrew dyskursowi o ochronie Matki Ziemi polityka szkodliwa dla środowiska naturalnego, kiepskie funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, kryzys w służbie zdrowia, ostatnio wielkie pożary w Chiquitanii. W gospodarce od 2014 r. też było nieco gorzej niż wcześniej. Ale najważniejszym punktem od 2016 r. był temat reelekcji. Machinacje przy prawie wyborczym bardzo nie podobały się społeczeństwu i stały się najpoważniejszym powodem, dla którego Evo wyraźnie stracił na popularności.”, wyjaśnia dr Radosław Powęska.


Głos ludu: „mamy dość”


Ponownie 20 października 2019 roku. Jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów prezydenckich na ulicach miast dochodzi do zamieszek.  W La Paz, nieformalnej stolicy państwa, gdzie mieści się siedziba rządu w manifestacji bierze udział ponad 100 tys. ludzi, najwięcej w Boliwii od dziesiątek lat. Dochodzi do podpaleń i przepychanek z policją, która także odpowiada przemocą.


Dzień później pozornie wszystko jest jasne. Evo Morales zdobywa 47,7 procent głosów i ponownie zostaje wybrany na stanowisko prezydenta, już w pierwszej turze wyborów. Jego największy rywal Carlos Mesa oficjalnie notuje wynik 36,51 procent głosów.  Zwolennicy Moralesa świętują sukces i gratulują swojemu liderowi kolejnej kadencji. Opozycja krytykuje oficjalne wyniki, uważając, że podczas głosowania doszło do szeregu nieprawidłowości. Podobnego zdania są przedstawiciele Unii Europejskiej oraz Organizacji Państw Amerykańskich, którzy nawołują do zachowania spokoju. Morales natychmiast odsuwa od siebie oskarżenia o fałszerstwo wyborcze, tłumacząc, że nie ma na to dowodów, a opozycja chce doprowadzić do zamachu stanu. „Niektórzy nie potrafią się pogodzić z tym, że Indianin jest prezydentem, oto nasza wina” – komentuje Morales.


Zamieszki jednak nie ustają. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem przybierają na sile. Ulice głównych miast zostały zablokowane, a starcia z policją znacznie się zaostrzyły. W pierwszych dniach zamieszek ponad sto osób zostało rannych, a jedna zginęła. Obie strony politycznego sporu zaczęły natychmiast wzajemnie się obwiniać, o doprowadzenie do śmierci młodego mężczyzny. Opozycja szybko się zradykalizowała, a podejrzenia o fałszerstwo wyborcze przerodziły się w postulaty przeprowadzenia nowych wyborów, bez udziału Moralesa. Do czego zdolni są protestujący boleśnie przekonała się Patricia Arte, reprezentująca partię Moralesa. Burmistrz miasteczka Vinto została przeciągnięta boso po ulicy miasta, a następnie oblana czerwoną farbą i zmuszona do podpisania rezygnacji ze stanowiska.


„Jeśli można określić jakiś konkretny sektor społeczny, który zaczął protesty to byli to mieszkańcy dużych miast. Nie da się powiedzieć, że należący do jednej grupy etnicznej, czy coś podobnego, ale z pewnością z dużo mniejszym odsetkiem ludności rdzennej niż wieś – bardziej biali i metyscy (mieszani), zdecydowanie bardziej klasa średnia itd. Bardzo silne protesty rozwinęły się w Santa Cruz na Wschodzie, regionie i mieście dużo bardziej białym i prawicowym niż andyjski zachód kraju, szczególnie sektory ewangelickie, radykalne w swym konserwatyzmie. Drugim ważnym ośrodkiem protestów było miasto Potosi, które miało z prezydentem na pieńku z powodu litu – jeszcze wcześniej region ten walczył o korzystniejszy dla niego podział przyszłych dochodów między budżetem centralnym a regionalnym z eksploatacji litu. W Cochabambie, La Paz, Sucre i innych miastach dominowała miejscowa klasa średnia, studenci itp. Choć przeciw Moralesowi wystąpiła część chłopów, ludności rdzennej, to jednak większość z nich pozostała po stronie prezydenta, szczególnie w zachodniej, andyjskiej Boliwii. W innych regionach ludność rdzenna była często skonfliktowana z prezydentem, ale w Andach większość była po jego stronie, a szczególnie już w centralnym regionie, gdzie dominują cocaleros, chłopi uprawiający kokę, najbardziej lojalni. Tak więc choć podział nie jest stricte etniczny, to jednak z grubsza poszedł po liniach biedni-bogaci, miasto-wieś, biali-Indianie, bo jednak pomimo wielu powodów do krytyki i punktów spornych, większość chłopów, ludności rdzennej była zadowolona z jego polityki (przez 14 lat naprawdę wyraźnie poprawiła swoją sytuację) i popierała go.”, wyjaśnia dr Radosław Powęska.


Evo Morales w obliczu nieustających protestów zaprosił opozycję do rozmów. Zwrócił się także do papieża oraz kilku organizacji międzynarodowych z prośbą o pomoc. Jednak jego największy rywal i przywódca opozycji, Carlos Mesa jasno odpowiedział, że nie widzi celu rozmów. W wielu miastach do protestujących przyłączyli się także policjanci, tłumacząc, że nie mają zamiaru przyczynić się do wprowadzenia dyktatury. Morales zapowiedział, że nie użyje wojska do pacyfikacji protestujących, ale nie ma też zamiaru ustąpić ze stanowiska. Jak się szybko okazało nie była to najbardziej trwała obietnica.


Świat nie pozostaje głuchy


10 listopada, niedziela wieczór. Prezydent Boliwii Evo Morales publicznie podaje się do dymisji. „Chcę was poinformować, że po wysłuchaniu moich przyjaciół z federacji ruchów społecznych CONALCAM oraz związku zawodowego robotników i głosu z kościoła katolickiego, rezygnuję z pełnionej funkcji prezydenta kraju” – oznajmia w wystąpieniu, transmitowanym w telewizji. Morales zapowiada tego dnia także ponowne rozpisanie wyborów prezydenckich. Reakcje światowych przywódców są natychmiastowe, ale skrajnie różne. Swoje poparcie dla Moralesa wyrazili prezydenci Wenezueli, Kuby, Meksyku, czy Argentyny oraz lewicowi politycy USA (np. Bernie Sanders), wspólnie krytykując wydarzenia w Boliwii i uznając je za zamach stanu. „ Doszło do gwałtownego i tchórzliwego zamachu przeciwko demokracji” – napisał na jednym z portali Miguel Diaz-Canel, prezydent Kuby. W podobnym tonie wypowiedział się przywódca Wenezueli Nicolas Maduro: „Kategorycznie potępiamy zamach stanu przeciwko naszemu bratu”. Po przeciwnym biegunie opowiedzieli się konserwatywni przedstawiciele USA. Donald Trump nazwał wydarzenia w Boliwii „znaczącym momentem dla demokracji na zachodniej półkuli” oraz pochwalił Boliwijczyków za dążenie do wolności i obronę konstytucji. Władze Stanów Zjednoczonych zaapelowały także o jak najszybsze przyjęcie rezygnacji Moralesa oraz zaprzestanie walk na ulicach. Z kolei przedstawiciele Unii Europejskiej wezwali do zachowania spokoju i zaprzestania przemocy. Swoje zaniepokojenie sytuacją wyraziła także Rosja, nawołując do przywrócenia konstytucyjnych rządów i zaprzestania łamania praw obywateli.


Sam Evo Morales dzień po rezygnacji zdecydował się przyjąć ofertę azylu politycznego, jaką złożyły mu władze Meksyku.  Decyzję tę ogłosił na swoim Twitterze, zapowiadając jednak, że powróci wkrótce do ojczyzny z nową siłą i energią. Udzielenie azylu potwierdził minister spraw zagranicznych Meksyku, wyraźnie zaznaczając, że Morales znajduje się już pod meksykańską opieką.


Kraj rozdarty na dwie części


Po odsunięciu dotychczasowego prezydenta protesty w Boliwii wcale jednak nie ustały. Zwolennicy Moralesa kilkukrotnie starli się z jego przeciwnikami, a kilkadziesiąt osób zostało rannych.  Doszło do licznych podpaleń, napaści i zniszczenia mienia publicznego. Co więcej sami przeciwnicy Moralesa nie mogą się porozumieć, kto doprowadził do jego rezygnacji. Naczelny dowódca boliwijskiej armii gen. William Kaliman ogłosił, że to wojsko zmusiło byłego prezydenta do podpisania rezygnacji. Z kolei przywódca opozycyjnej centroprawicowej partii i największy rywal Moralesa, czyli Carlos Mesa źródła tej decyzji dopatruje się w protestujących obywatelach.


Od razu po decyzji Moralesa oczywistym było, że wybranie jego następcy nie będzie łatwe, ze względu na ogromną polaryzację społeczeństwa. Co więcej Ruch na rzecz Socjalizmu, czyli partia, z której wywodzi się Morales, ogłosił, że zamierza zbojkotować posiedzenie Wielonarodowego Zgromadzenia Legislacyjnego, aby uniemożliwić osiągnięcie kworum, potrzebnego do wyboru nowego prezydenta. Także protestujący starali się uniemożliwić politykom pracę, manifestując pod budynkiem parlamentu.


Mimo braku kworum przystąpiono do wyboru tymczasowego następcy Moralesa, choć nie przyszło to łatwo. Po kolei rezygnowali kolejni prawni zastępcy: wiceprezydent oraz przewodniczący Senatu i Izby Deputowanych.  W takiej sytuacji tymczasowym prezydentem obwołała się Jeanine Anez, czyli dotychczasowa wiceprzewodnicząca Senatu. Podkreśliła „ potrzebę stworzenia klimatu pokoju społecznego” oraz zapowiedziała jak najszybsze rozpisanie nowych wyborów. Jej tymczasowe stanowisko oficjalnie uznały Stany Zjednoczone oraz Rosja, zaznaczając jednak, że oczekują dalszego dążenia do pokojowego rozwiązania kryzysu. Nastroje na ulicach miast w Boliwii lekko się uspokoiły, choć zwolennicy byłego prezydenta zapowiadają, że dopiero teraz dojdzie do prawdziwej wojny domowej. Morales skomentował taką decyzję boliwijskiego parlamentu, jako „najbardziej przebiegły i najbardziej ohydny zamach stanu w historii”. Dodał także, że powstały w międzyczasie raport Organizacji Państw Amerykańskich, który potwierdził manipulacje przy wynikach wyborów, jest nieprawdziwy a sama organizacja znajduje się pod silnymi wpływami USA.


Mimo wielu zmian na scenie politycznej zamieszki na ulicach Boliwii ciągle trwają i nic nie wskazuje, aby miały się szybko zakończyć. Według licznych relacji podczas ostatnich zamieszek doszło do użycia ostrej amunicji, a miasta są ciągle sparaliżowane.  Oficjalnie w protestach zginęły już dwadzieścia trzy osoby, ponad pięćset zostało rannych, a około tysiąca aresztowanych. ONZ wystosowała oświadczenie, w którym stwierdza, że Sytuacja w Boliwii może wymknąć się spod kontroli”. Pozostaje pytanie, czy już do tego nie doszło oraz ja długo taki stan może się utrzymać.


„Obecnie kraj jest zablokowany. Brakuje żywności, butli z gazem, paliwa, nie działają służby oczyszczania miasta. Blokady są w kluczowych miejscach, wiec transport jest sparaliżowany. Blokują teraz zwolennicy partii Moralesa, między innymi cocaleros{chłopi uprawiajacy liście koki w Boliwii}, oraz ludzie, którzy nie uznają nowej pani prezydent. Niekoniecznie są to ci sami ludzie. Np. w La Paz blokują głównie Ajmarowie, którzy nie są zadowoleni z prawicowego rządu głównie białych polityków ze Wschodu, chociaż niekoniecznie są zwolennikami Evo. Co kilka dni dochodzi w kraju do jakiejś masakry w starciach z policją i wojskiem, od ustąpienia Moralesa jest ponad 20 ofiar, kiedy przed jego ustąpieniem było tylko 3. Wtedy nie wychodziło wojsko, a teraz jest cały czas na ulicach. Coraz więcej ludzi jest tym zmęczonych i chce dialogu i jakiegoś porozumienia, bo najważniejsze to rozpisać nowe wybory. Zdaje się, że taka jest tendencja, że po stronie przeciwników nowego rządu jest coraz więcej tych, którzy chcą zakończyć chaos – ostatecznie przeważy chęć dialogu i powinno się uspokoić, oby tak było.”,  opowiada dr Radosław Powęska.


Obserwując wydarzenia z ostatnich miesięcy w sąsiednich krajach Ameryki Południowej, nasuwa się smutny wniosek, że na przywrócenie pokoju w Boliwii możemy jeszcze długo poczekać. Podobne protesty, choć pozornie spowodowane różnymi wydarzeniami, mają miejsce już w Chile, Wenezueli, Kolumbii, czy Meksyku, a teraz dołączyła do nich Boliwia. Południowoamerykańska Wiosna Ludów wciąż wiec rozkwita i kto wie ile państw jeszcze pochłonie i w jakim stopniu zmieni świat. Bo to, że go zmieni jest pewne już dzisiaj.