Boska akustyka


Choć przemierzył pieszo setki kilometrów, jego podróż wciąż trwa. Wprawdzie idzie bez plecaka, jednak towarzyszy mu dostatecznie bogaty bagaż doświadczeń. Każdy kolejny krok przybliża go do prawdy o nim samym – natchnionym instrumentaliście i przede wszystkim, poszukującym człowieku.


Zaczęło się właściwie niepozornie. Zalążek idei podróży pojawił się bowiem w kościółku Baptystów we Wrocławiu. Piotr Damasiewicz nagrywał wówczas Mnemotaksję, która swojego wydania doczekała się dopiero parę lat później. Był to czas, w którym chodziłem na nauki, co związane było z moimi duchowymi poszukiwaniami. Cała płyta była nagrana właśnie tam. Siedzieliśmy i nagrywaliśmy w kościele przez trzy dni. Fakt, że nagrywaliśmy ją w miejscu sakralnym miało dla mnie duże znaczenie. (…) To było pierwsze zetknięcie z myślą, że szukam tam natchnienia, inspiracji. Pierwsze wejście w korelację z dźwiękiem – z przestrzenią, dźwiękową architekturą.


Ta myśl powróciła dopiero po kilku latach, kiedy pojawił się na jednym z festiwali jazzowych we Francji. Poza doskwierającym upałem, na wydarzeniu panował rzecz jasna nieznośny zgiełk. W całym tym zamieszaniu trzeba było poszukać jakiegoś miejsca na odpoczynek. W ten sposób, podążając w głąb Prowansji muzyk natknął się na starą, średniowieczną kapliczkę. Doświadczywszy upragnionego cienia i chłodu, powędrował myślami do wspomnienia okresu Mnemotaksji. Wśród całego gwaru miał nareszcie moment na przemyślenia, czas na kontemplacje w kontekście wiary. Zaczął grać. Z daleka od ludzi, sam ze swoim dźwiękiem.


Zarejestrowane w kaplicy solo na trąbce po raz pierwszy usłyszeli słuchacze radiowej Dwójki. Kilkoro z nich zainteresowało się konceptem wykorzystania architektury sakralnej w ten istotnie nietypowy sposób, dając znać Damasiewiczowi, że warto byłoby kontynuować tę inicjatywę w przyszłości. Ten wrócił do pamiętnego miejsca dopiero po latach – tym razem z konkretnym zamiarem nagrania kolejnej płyty. Po niemal trzymiesięcznym pobycie we Francji miał już kilkadziesiąt godzin nagrań z samej kaplicy. Spodobała mi się podróż nie tylko dźwiękowa, ale też podróż w głąb samego siebie. Znalazłem czas, w którym mogłem spędzić chwile z instrumentem sam – przed sobą i przed Bogiem – w miejscu przeznaczonym do modlitwy.


Od Galicji do Galicji

Nagrawszy materiał, pragnął dzielić się wyjątkową inicjatywą ze światem. Przekazać ludziom to, nad czym wcześniej pracował indywidualnie. Grać dla ludzi w świątyniach – miejscach, gdzie frazy i brzmienia nie kształtują się jedynie za sprawą dźwięku. Problematyczną kwestią pozostała jednak organizacja przedsięwzięcia. Można to było zorganizować w konwencjonalny sposób, na starą modłę. Starać się dotrzeć do miejsc, które byłyby chętne na solo Damasiewicza. Stwierdziłem jednak, że potrzebuję czasu z samym sobą, czasu z trąbką. Nie potrzebowałem jedynie kolejnych koncertów, ale odrealnienia od wszystkiego tego, w czym wcześniej funkcjonowałem. Od organizacji muzycznych wydarzeń, od całego życia w obszarze biznesu muzycznego. Chciałem wrócić do tego, czego doznałem we Francji i co odczułem jeszcze za czasów Mnemotaksji. Poszukać swojej pierwotnej intencji.


Właśnie wtedy postanowił, że musi iść. Wcześniej wielokrotnie słyszał napomknięcia o szlakach świętego Jakuba. Choć spoglądał na nie z pewną dozą ciekawości, nie postrzegał ich jako zjawiska, które mogłoby dotyczyć bezpośrednio jego osoby. Nie wiedziałem, że to na mnie trafi. Bo to tak trafia. (…) Pomyślałem: «A może pójdę szlakiem Jakuba?». Takie rozwiązanie usystematyzowałoby podróż. Zauważył jeden ze szlaków rozciągający się na południu Polski. Jako punkt końcowy pielgrzymki obrał oczywiście Santiago de Compostela. Pozostała kwestia, skąd właściwie wyruszyć. Chciałem przejść przez miejsca, które są dla mnie ważne. Pomyślałem o górach, pomyślałem o ludziach, których mógłbym odwiedzić. (…) Słyszałem, że powinno się wyjść od progu swojego domu. Ale moim domem jest nie tylko Wrocław. Sięgnąłem głębiej – że moim domem są ziemie moich przodków. (…) Postanowiłem, że będę szedł z Podkarpacia, z Ukrainy.


Stwierdziłem, że od ziemi przodków będę szedł przez całą Polskę i przejdę kraj z zupełnie innej perspektywy. Nie pociągiem, nie samolotem, ale krok po kroku, centymetr po centymetrze. Sama ta myśl była fascynująca. Zatem wyruszył z granicy polsko-ukraińskiej, a całokształt czekających go niezwykłych zdarzeń miał jedynie utwierdzić muzyka w wyjątkowości i mistyczności przedsięwziętej samotnej podróży. Pielgrzymka była również okazją do odwiedzenia bliskich trębaczowi osób. To był inny wymiar odwiedzin. Przyjść do kogoś pieszo z wizytą stanowi zupełnie inną wagę spotkania.


Już u progu swojej wędrówki natrafił przypadkowo na dom krewnych, z którymi przed laty jego rodzina zdążyła utracić kontakt. O tym, że mieszkają oni na trasie szlaku dowiedział się kilometr przed ich domem. Zapukałem do drzwi ludzi, których inaczej nigdy bym nie odwiedził. Przemierzywszy kolejne kilometry, odwiedził wuja w Przemyślu. Wizytę złożył także wujowi z Krakowa. Za kilka miesięcy miał dowiedzieć się, że było to ich ostatnie spotkanie. Zawitał do drzwi przyjaciół z różnych zakątków kraju, a niektórzy sami postanowili dołączyć do niego na trasie. Trasie męczącej, niekiedy niemal wycieńczającej, wymagającej poświęceń.


Współzależność

Fizyczny aspekt podróży nie pozostawał obojętny dla twórczości trębacza. Cała pielgrzymka polega na fizycznym zmaganiu się, które przekłada się na aspekt wewnętrzny, psychofizyczny. Po długim biegu znakomicie się gra. To jedno z moich odkryć jako instrumentalisty. To zmęczenie powoduje, że człowiek przestaje walczyć sam ze sobą – tak jak instrumentalista, aktor walczy wbrew sobie na scenie. Całe ciało walczy, bo przeciwstawia się stresowi. Stres paraliżuje ciało, a my nie możemy użyć go do zrealizowania zamierzonych treści. Po biegu, wędrówce całe ciało nie ma już siły z nami walczyć. Uwalnia się tylko to, co faktycznie możemy przekazać.


Pielgrzymka wymagała pracy nad sobą na wielu płaszczyznach. Poza oczywistą koniecznością opanowania bólu, człowiek musiał być przygotowany na walkę z natrętnymi myślami. Nie były to zatem wyłącznie zmagania fizyczne. Nie jesteś w stanie w pełni przygotować się na wyprawę. Nie możesz ponieść się frustracji, że czegoś nie załatwiłeś, nie zorganizowałeś – takie myślenie należy odrzucić na wstępie. Trzeba pamiętać, że wędrówka jest po to, żeby otworzyć nam głowę, a nie ją zamknąć.


Determinacja i samozaparcie pozostawały w korelacji z późniejszym zachowaniem na scenie. Psychicznie to jest tak, że pracujemy nad sobą, aby przetrwać. «Przejdź jeszcze jeden kilometr, jeszcze jeden, dasz radę» (…) Ta praca nad sobą i swoją psychiką, walka o każdy centymetr wędrówki sprawa, że jesteś bardziej zdecydowany na scenie, ołtarzu. Zmobilizowany do tego, aby użyć tego, a nie innego dźwięku. Umiejętność podjęcia szybkiej decyzji była wówczas niezwykle praktyczna. Zazwyczaj czasu między przybyciem na miejsce a mszą albo porą zamknięcia świątyni było niewiele. Choć czas był istotnie ograniczony, potencjał akustyczny sakralnej architektury był nieprzebrany.


Architektura sakralna z definicji miała sprzyjać głoszeniu słowa – pomóc kapłanowi dotrzeć do zebranych w świątyni wiernych. Choć założenie było jedno, budowle nie zawsze były między sobą jednakowe. To owocowało niezliczonymi możliwościami kształtowania przeróżnych muzycznych form. Trąbka miała odzwierciedlać charakter wypełnionej dźwiękiem przestrzeni. To było kluczowe. Tam, gdzie miałem do czynienia z pogłosem wielkich strzelistych katedr poprzez mniejsze kościoły, gdzie pogłos był mniejszy. Wszędzie tam można było formować ciut inaczej. W strzelistych katedrach frazy były szersze, oczekiwanie odpowiedzi było dłuższe adekwatnie do wielkości świątyni. W mniejszych można było pozwolić sobie na więcej technicznych, wirtuozerskich elementów. (…) Były także świątynie, które brzmiały sucho. I na nie też odpowiadałem.


Między dźwięk wkradł się także pierwiastek boski, nie mniej istotny niż warstwa techniczna. Jak miało się okazać później – bez mała fundamentalny dla całego przedsięwzięcia. Wchodzisz w obszar, gdzie ludzie przychodzą spotkać się z majestatem, z kimś wielkim. To powoduje, że stajesz się pewnego rodzaju narzędziem. (…) Starasz się być naczyniem wypełnionym światłem, łaską. Innymi słowy – od strony artystycznej – przychodzisz na miejsce i zetknąwszy się z wymiarem duchowym poddajesz się jego aurze.


Między jednym a drugim remontem

Jako pielgrzym korzystał z potrzeb chwili. Jeżeli w pobliżu znajdowała się świątynia, po prostu do niej wstępował. Niezależnie, czy była to cerkiew, kościół czy synagoga. Nieważne czy budowla została wzniesiona rękami dalekich przodków, czy zbudowało ją pokolenie naszych ojców. W niektórych przed wiekami tworzyli wielcy mistrzowie, w innych zaś czuć było jedynie wspomnienie czyjejś odległej obecności. Współczesna, wiekowa, każda świątynia była warta odwiedzin. Z każdej można było wynieść naukę.


Między jednym a drugim remontem katedry św. Szczepana w Metzu udało się zorganizować nieduży występ – dla zgromadzonych wiernych, turystów. Zagrałem koncert, którego słuchało klika osób. To było dla nich tak ujmujące, że po tym wszystkim zobaczyłem w ich oczach łzy. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że towarzyszyłem ludziom w najważniejszych momentach ich życia. To było coś takiego, co przeżyłem bardzo mocna. Te łzy to było właśnie «to».


Któregoś razu nadarzyła się okazja noclegu w jednym z kościołów na granicy francusko-niemieckiej. Zapaliwszy świece, muzyk postanowił podzielić się niesamowitym doświadczeniem ze swoimi słuchaczami. Późną nocą miłośnicy trębacza mieli okazję posłuchać instrumentu rozbrzmiewającego pośród pustki opuszczonej świątyni. Kiedy transmisja w popularnym serwisie internetowym dobiegła końca, miejsce wypełniło się ciszą. Skończyłem recital i zostałem sam.


Choć ostatnim planowanym punktem podróży miało być Santiago de Compostela, zdobycie pozwolenia na grę w znajdującej się tam katedrze stanowiło nie lada wyzwanie. Na nieokreślonym etapie generalnego remontu, choć przyjmowała turystów, budowla nie była gotowa na tak nietypowe odwiedziny. Wbrew oczekiwaniom, przybyli na miejsce pielgrzymi byli świadkami krótkiego momentu, kiedy to katedra przeniknęła brzmieniem niepozornego dęciaka. Zdziwieni gapie przystawali przyglądając się trębaczowi, który zmuszony był przekrzykiwać rwetes prac konserwatorskich. Wchodzili tam ludzie, którzy nie wiedzieli co się dzieje, dlaczego ja gram. Wokół wiertarki, cały ten hałas i nagle trąbka.


Podróż

Przeszło trzy tysiące kilometrów pieszo. Zmęczenie, ból, momenty zwątpienia. Odpowiedzi na pytania wypowiedziane na głos znajdywało świątynne echo. Akustyka pozostawała jednak niewzruszona wobec dylematów poruszanych bezdźwięcznie. Genezą była podróż w głąb siebie i w głąb dźwięku zarazem. Podróż mnie jako muzyka oraz osoby poszukującej duchowo. Istotnym było dla mnie powrócić do korzeni, obrać właściwy muzyczny kierunek. To była geneza. Dopiero później odkrywałem, czym to jest naprawdę.


Człowiek niekiedy gdzieś się gubi. Zmierza nie tam, gdzie chciałby się dostać. Zmaga się z błędami, koniecznością podejmowania decyzji, pracą nad sobą. Pracą, aby rozwijać się jako człowiek. (…) Wydaje mi się, że moja fizyczna podróż spod granicy z Ukrainą stanowiła swoisty powrót na tor myślowy, z którego w jakimś momencie życia zboczyłem. Nie znaczy to, że moja wewnętrzna podróż została kiedykolwiek diametralnie przerwana. Miałem jednak przeczucie, że mogła być ona zbyt mało wyraźna. Udało mi się osiągnąć to, co faktycznie chciałem zrobić – naprowadzić siebie samego na ten właśnie tor. Dać się ponieść, aby moje nogi cielesne i nogi «wewnętrzne» podążały w sposób umożliwiający odnajdywanie czasu na przemyślenia kwestii najistotniejszych, dbanie o przestrzeń w sobie, przestrzeń duchową.W momencie fizycznego zakończenia podróży w Hiszpanii moja pielgrzymka się nie skończyła – ona trwa dalej. Przestałem iść z plecakiem, ale największym sukcesem było to, że na tej drodze zostałem. Wciąż nie znam wszystkich odpowiedzi na najważniejsze pytania. Wiem, co jest istotne, choć nie umiem jeszcze w pełni z tego korzystać. Rozpoczął się czas poszukiwania prawdy. Czas, który ciągle trwa.

Wpisy

Dziennikarka Nowego Folderu oraz szefowa działu Film w NMS Magiel. Miłośniczka niebanalnych brzmień z najdalszych zakątków świata. Nałogowa kolekcjonerka płyt winylowych i początkująca saksofonistka.

1 komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.