Centrum Kapuścińskiego

W latach 80. w Polsce muzyka rockowa odegrała ważną rolę. Była przejawem buntu przeciwko ówczesnemu systemowi. Z prof. Mirosławem Pęczakiem, specjalistą w tej tematyce, rozmawiają Magdalena Bojanowska i Michalina Bieńko.

 

Prof. Mirosław Pęczak był gościem Festiwalu Filmów-Spotkań Niezwykłych w Sandomierzu. Prowadził tam wykład
„Muzyka podziemia lat 80-tych jako przejaw buntu i kontestacji PRL” (fot. Michalina Bieńko).

 

Dlaczego akurat muzyka była w czasie PRL-u wykorzystywana jako przejaw buntu?

Bunt może przejawiać się w różnych dziedzinach twórczości. Tylko, że niektóre są bardziej poręczne, a niektóre mniej. Warto zauważyć, że nie od początku muzyka rockowa w PRL-u miała charakter otwarcie rebeliancki. Zaczęło się to dopiero pod koniec lat 70., kiedy pojawiły się pierwsze punkowe zespoły.

 

A czy w innych krajach bloku wschodniego również istniał bunt wyrażany muzyką?

Tak, ale różnił się istotnie od tego polskiego. W Związku Radzieckim nie było takich możliwości jak w Polsce. Tamtejsze zespoły miały status prywatny. Występowały gdzieś po małych klubach wyłącznie na własne ryzyko. Aczkolwiek, kiedy w ogóle zaczęły tam funkcjonować, to reżim nie był już taki silny. To była już pierestrojka, więc nie groziło to strasznymi konsekwencjami. Mieliśmy ten bunt już za sobą, a oni powtarzali pewną lekcję. Było sporo ciekawych zespołów także na Ukrainie, jeszcze w obrębie ZSRR. Były też zespoły na Litwie, na Białorusi. Co ciekawe, to co się działo w tych republikach w zachodniej części ZSRR było często ciekawsze niż to, co działo się w samej Moskwie. Z wyjątkiem Petersburga, wtedy Leningradu. To wtedy właśnie Leningrad stał się kolebką nielegalnej alternatywy radzieckiej.

 

W jakich innych dziedzinach kultury przejawiał się ten bunt?

Na początku była to literatura. Chociażby poezja i publicystyka Nowej Fali. To, w czym żywy udział brali m.in. Stanisław Barańczak i Adam Zagajewski. Potem cenzura nie pozwalała na publikowanie ich tekstów w kraju, bo zaangażowali się po stronie krystalizującej się opozycji. Właśnie wtedy taką dziedziną stał się film. Pojawiło się Kino Moralnego Niepokoju, które było ewenementem w całym obozie państw socjalistycznych. Zaczęło się od „Barw ochronnych”, „Człowieka z marmuru”, czyli twórczości trochę starszych reżyserów. Zresztą autorem nazwy Kino Moralnego Niepokoju jest Janusz Kijowski, którego filmy takie jak „Indeks” należą do kanonu kina kontestacji. Dopiero potem nadszedł czas na muzykę.

 

Jaką rolę odegrały festiwale muzyczne takie jak ten w Jarocinie?

Fundamentalną. Festiwale rockowe w tamtym czasie nie były tylko okazją do słuchania muzyki, ale także do spotkań. Pełniły bardzo ważną funkcję integratora społecznego. Jeździłem do Jarocina właściwie co roku. Robiłem tam też badania nad publicznością w latach 1983 – 84. Okazało się, że ludzie przyjeżdżają niemalże z całej Polski. Tam rodziły się przyjaźnie. Na przykład przyjeżdżała załoga z Białegostoku i zaprzyjaźniała się z inną z Wrocławia. Albo chłopak ze Szczecina zakochiwał się w dziewczynie ze Śląska. Można powiedzieć, że nad tym wszystkim unosił się duch poszukiwania wolności, na brak której narzekali ludzie. Pojawiła się wtedy na to okazja z powodu niedowładów systemu, który był słaby. Odbywało się to właśnie w tych przestrzeniach festiwalowych.

 

Jak wyglądała sytuacja polskiej niezależnej sceny muzycznej w stanie wojennym?

To była oczywiście olbrzymia trauma, ale warto zauważyć, że akurat festiwal w Jarocinie był jedyną imprezą ogólnopolską, która mimo zawieszonego, ale ciągle obowiązującego stanu wojennego, się odbyła! Nie było festiwalu w Opolu ani w Sopocie, a ten w Jarocinie był.

 

I przetrwał do teraz… Jednak dzisiejsze edycje znacząco różnią się od tych z lat 80.

Pewnie, że tak. Akurat tak się składa, że robiłem też badanie dwa lata temu. Pomysł był taki, żeby powtórzyć kwestionariusz z lat 80. Różnice są totalne. Począwszy od tego, że ówczesny festiwal miał właściwie charakter jednopokoleniowy. To byli głównie uczniowie szkół średnich albo młodzi studenci. Natomiast współczesny festiwal to jest rodzaj rodzinnego pikniku. Kiedyś było tak, że ci młodzi ludzie żywili się pomarańczowym serem, który za darmo rozdawał kościół, to był tzw. ser z darów. A teraz, wg respondentów tego badania, na uczestnictwo w całym festiwalu trzeba przeznaczyć średnio ok. 1000 zł. Oczywiście gdzieś tutaj umyka to, co jest w nim najważniejsze, czyli muzyka. Organizatorzy wciąż nie wiedzą, jak wybrnąć z dylematu: czy kontynuować tradycję wbrew modzie i wszystkiemu czy ulegać aktualnym gustom.

 

Które zespoły odegrały szczególną rolę w latach 80.?

To były zespoły z nurtu punkowego. Na pierwszym miejscu postawiłbym Dezertera. Nawet jeśli nie występował, to jego fani przyjeżdżali i domagali się, aby go zaprosić. Dużą rolę odegrał także Lech Janerka z zespołem Klaus Mitffoch. Ogólnie cały nurt rocka intelektualnego, np. Voo Voo. Swoje zrobił też T-Love, wtedy jeszcze jako zespół amatorsko-alternatywny.

 

Czy muzycy ponosili konsekwencje za teksty piosenek krytykujące władzę?

Żadnych konsekwencji nie było, bo nie byli oni zawodowymi muzykami. Aczkolwiek zdarzały się przypadki, że ulegano sugestiom cenzury. Tak było z zespołem Dzieci Kapitana Klossa, gdy w 1985 roku wygrał konkurs publiczności, a cenzor zakazał im wykonywania ich największego hitu z powodu tekstu, więc oni zrobili takie mruczando, a widownia śpiewała.

 

Wykłada pan na Uniwersytecie Warszawskim. Czy wśród młodych ludzi zauważalna jest potrzeba buntu?

Często porównywało się tamto ożywienie punkowe z bardzo dużą popularnością hip-hopu. Między nimi istnieje kilka podobieństw. Tak jak w przypadku punku ogarnęło to całą Polskę, nawet tę prowincjonalną. Tak jak punk, hip-hop przeszedł miękko do innej estetyki. Pojawiło się coś takiego jak hip-hopolo, czyli w skrócie piękne dziewczyny śpiewające rzewne refreny. Wydaje mi się, że wciąż można sobie wyobrazić muzykę, która ma zapłon rewolucyjny. Ostatnim takim przypadkiem była muzyka prezentowana przy okazji alterglobalistycznych eventów. Takim emblematycznym wykonawcą był Manu Chao. Obecnie nie dostrzegam już nikogo takiego, ale myślę, że prędzej czy później ten ładunek rebelii w muzyce znowu się pojawi.

 

Mirosław Pęczak ­– kulturoznawca, socjolog. Specjalizuje się w komunikacji masowej oraz kulturze popularnej, audiowizualnej i młodzieżowej. Od 1993 roku jest dziennikarzem działu kultury tygodnika „Polityka”. Wykłada na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Przebieg produkcji filmowej na przykładzie dokumentu „15 stron świata”
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Który to świat?

Który to świat?

Druga część opowieści o Malezji. Pisze i fotografuje Weronika Rzeżutka...

Name required

Website