/

Chico romantico, czyli które komedie romantyczne facet zje ze smakiem


Wakacje w pełni, a w ich trakcie, po kilometrach pieszych wędrówek w słońcu, wylegiwaniu się na piaszczystych plażach i chłodzeniu rozpalonych ciał w jeziorach, przyjdzie w końcu wieczór, w którym pary usiądą przed komputerem lub telewizorem i będą chciały do wypoczętych ciał dodać też wypoczęty umysł. Odpalamy laptopa, teraz debata nad filmem. Przyjdzie w końcu moment, w którym dyskusja wskaże na komedie romantyczne. I teraz, Drodzy Panowie, przychodzimy Wam z Wojtkiem Podgórskim z pomocą. Które komedie romantyczne są nie tylko zjadliwe, ale i naprawdę warte poświęcenia im tych niecałych dwóch godzin?



Propozycje Wojtka


Mamma Mia

Film ten jako pierwszy przyszedł mi na myśl, kiedy pomyślałem o komediach romantycznych, których to obejrzenia nie żałuję. I to właściwie bez zastanowienia, co raczej dobrze o nim świadczy. Z przyczyn bliżej trudnych mi do określenia „Mamma Mia” zakorzeniła się w dzieciństwie w mojej głowie i została w niej do dziś. Ma w sobie „to coś”, co sprawia, że wyróżnia się od dziesiątek innych komedii romantycznych i trudno ją pomylić z innym tytułem.  Choć ostatni raz oglądałem ten tytuł już ładnych kilka lat temu, to do dzisiaj dokładnie pamiętam wiele jego scen, co w przypadku znacznie nowszych i pozornie ciekawszych filmów, przychodzi mi ze sporym trudem. Owszem, „Mamma Mia” jest kiczowata, fabuła jest bzdurna i naiwna, a całość przypomina nieco bardziej egzotyczną wersję „High School Musical”. Jednocześnie film ten jest tak niesamowicie radosny i pełen pozytywnej energii, że trudno nie dać się wciągnąć w tę lekko tandetną zabawę. Nie ma też, co ukrywać, że ogromną rolę odgrywa wszechobecna muzyka „Abby”. Właściwie „Mamma Mia” jest jednym wielkim hołdem dla twórczości szwedzkiego zespołu. Potrafi jednak znakomicie wpasować energię i klimat piosenek we własną historię, nie gubiąc przy tym własnej tożsamości. Dodatkowo film ten sprawił, że nawet mój wybitnie niemuzykalny ojciec przy jednej ze scen zaczął cichutko i nieświadomie podśpiewywać „Dancing Quenn”. I już za samo to osiągnięcie „Mamma Mia” po prostu musiała się znaleźć na tej liście.


Planeta Singli

Do dzisiaj jestem w szoku, że ten film mi się podobał i wyśmiewam z tego powodu samego siebie. A jednak. Teoretycznie „Planeta Singli” jest sztandarowym przykładem produkcji, które na co dzień raczej mnie odstraszają. Naiwna fabuła, sztuczni bohaterowie, ckliwe zakończenie, klasyczny zestaw polskich aktorów, których widzieliśmy w podobnych filmach jakieś 246532 razy. Ze Stuhrem i Karolakiem na czele. Oczywiście wydany chwilę przed walentynkami, jak na sztampową komedię romantyczną przystało. Nie wiem, czy miałem akurat gorszy dzień, czy może księżyc był w odpowiedniej fazie i moja zodiakalna panna dała o sobie znać, ale oglądając „Planetę Singli” niespodziewanie bawiłem się naprawdę dobrze. Okazało się, że pod płaszczem utartej formuły kryje się naprawdę nie najgorszy film, który dodatkowo potrafi śmiać się sam z siebie i gatunkowych schematów. Wydaje mi się, że także sami aktorzy nie podeszli do „Planety Singli”, jako do roli ich życia, a raczej potraktowali film jako dobrą zabawę, co zdecydowani wyszło im na dobre i nadało całości lekkiej i naturalnej formy. Nikt tu nie próbuje nawet udawać, że mamy do czynienia ze świetnym filmem i silić się na wyjątkowość. Miały to po prostu być dwie godziny dobrej i niezobowiązującej zabawy i tym właśnie „Planeta Singli” jest. Nie żeby moja wiara we współczesne polskie kino komediowe została przywrócona, ale seansu zdecydowanie nie żałuję. A to już o wiele więcej, niż początkowo zakładałem.


Dzień świstaka

Od małego lubiłem filmy bawiące się linią czasu, wykorzystujące olbrzymi fabularny potencjał, kryjący się w przenoszeniu się do przeszłości bądź przyszłości. Choć z perspektywy czasu (proszę o docenienie gry słownej) chyba większe wrażenie wywołał na mnie „Efekt motyla”, to „Dzień świstaka” także zajął w swoim czasie dość ważne miejsce w moim serduszku. Motyw powtarzającego się w kółko tego samego dnia, z którego bohater nie może się wydostać był dla mnie po prostu „czymś innym”, wyróżniającym ten film z dziesiątek innych. Co prawda z kolejnymi minutami „Dzień świstaka” staje się dość moralizatorski i, jak na komedię romantyczną przystało, główną osią wydarzeń staje się dość naiwny wątek miłosny, ale wciąż warto docenić film za sam pomysł na siebie.  No i dzięki niemu dowiedziałem się, że Dzień Świstaka to rzeczywiste coroczne święto, podczas którego wywabia się świstaka z jego norki i na podstawie jego zachowania przewiduje się nadchodząca pogodę. Nie żeby miało to większy sens czy się sprawdzało, taka tam urocza ciekawostka. Poza tym, kto wie, czy gdyby nie „Dzień świstaka”, to Marek Koterski nakręciłby kilka lat później genialny „Dzień świra”. A to już byłaby niepowetowana strata dla popkultury.


Sylwester w Nowym Jorku

Jest to kolejny film, który przekonał mnie do siebie jednym motywem fabularnym, który potrafił wynagrodzić wszelkie naiwnie ckliwe sceny i przewidywalny scenariusz. Mamy tutaj kilkanaście różnych historii życiowych. Każdy bohater przeszedł przez coś innego, a jednak znalazł się w tym samym miejscu, co reszta. Pomysł niby nie jest jakiś zjawiskowy czy niezwykle oryginalny, a jednak przemówił do mnie. Byłem ciekawy historii kolejnej osoby, jej motywacji i w jaki sposób scenarzyści postanowili ją odróżnić od innych. Jasne, od początku wiemy, w którą stronę zmierza fabuła i jak się zakończy, pod wieloma względami „Sylwester w Nowym Jorku”, to do bólu klasyczna komedia romantyczna, ze wszystkimi jej gatunkowymi wadami i wtórnością. A jednak same historie bohaterów oraz ich liczba budzą zwyczajną ciekawość u widza. Możemy niejako wybrać sobie osobę, z którą najbardziej się utożsamiamy i której losy najbardziej chcemy śledzić. Nie jest to więc film, o którym będę opowiadał przyszłym pokoleniom, ale jak na komedię romantyczną jest naprawdę przyzwoity. Nawet dla faceta.


Kac Vegas

Zdaję sobie sprawę, że uznawanie „Kac Vegas” za komedię romantyczną jest naciągane, niczym fabuła w większości filmów z tego gatunku. Ale z drugiej strony — mamy młodą parę, mamy ślub, miłości też w tym filmie nie brakuje. Czego chcieć więcej? A przy okazji dostajemy naprawdę dobrą komedię. Może i momentami mocno głupkowatą, ale nudzić się przy niej nie sposób. Ilość absurdu w tym filmie przekracza wszelkie normy, a liczba pomysłów na kolejne fabularne wydarzenia i dręczenie bohaterów wręcz zmusza do docenienia scenarzystów. A esu smaria, czego w tym filmie nie ma! Azjatycka mafia, powybijane zęby, porzucone dziecko, gra w kasynie, Mike Tyson i jego tygrys, gdacząca kura, ślub ze striptizerką… oj dzieje się. Oczywiście, że istnieją na tym świecie bardziej wyrafinowane komedie, ale „Kac Vegas jest dokładnie tym, czym być miało. Nieskrepowaną zabawą i świetną rozrywką. I chyba każdy facet, gdzieś tam podświadomie, chciałby przeżyć taką przygodę, jak bohaterowie „Kac Vegas”, nawet jeśli nie przyzna się do tego przed swoją drugą połówką. A ten film, chociaż w jakimś stopniu, to umożliwia. A że mężczyźni podobno późno dojrzewają, to przy „Kac Vegas” powinni się dobrze bawić zarówno młodsi, jak i starsi samce alfa. Aha, i nie pomylcie przypadkiem tego filmu z polskim „Kac Wawa”. Dla Waszego własnego zdrowia psychicznego.



Propozycje Banana


La La Land

Wiem, nikt nie zalicza „La La Land” do grona komedii, ale dawka członu „romantyczna” jest na tyle duża, że pozwoliłem sobie od niego zacząć. Nie mam zamiaru na wejściu psuć Wam oglądania tego filmu, ale napiszę tylko tajemniczo, że jego największym atutem jest zakończenie, zupełnie niepodobne do komediowo-romantycznych schematów. „La La Land” obejrzałem w kinie i wyszedłem z niego wniebowzięty. Nie było to łatwe, bo musicale są chyba najrzadziej oglądanym przeze mnie gatunkiem. Tu dostajemy jednak dawkę świetnej muzyki i, o dziwo, piosenka Johna Legenda jest daleko w tyle za tymi wykonywanymi przez Emmę Stone i Ryana Goslinga. Soundtrack z „La La Land” nie tylko do tej pory często gości na moich spotify’owych playlistach, ale „City of Stars” zdarza mi się nucić przy goleniu, a „A Lovely Night” jest dla mnie jednym z najlepszych oryginalnych muzycznych kinowych duetów ever. No właśnie, Stone i Gosling. Jeżeli widzicie w obsadzie tę parę, film najprawdopodobniej będzie warty obejrzenia, bez względu na gatunek. A żeby to potwierdzić…


Kocha, lubi, szanuje

Nie wiem co ma w sobie Steve Carell, że jest obsadzany albo w roli czterdziestoletniego prawiczka, albo zdradzonego męża, który nie jest w stanie znaleźć sobie innej kobiety. Do czasu, aż poznaje w barze bohatera granego przez Goslinga, w najbardziej goslingowo-ciachowej wersji. W tym filmie w sumie wszystko działa. Nawet zakończenie z serii „10 zbiegów okoliczności, w które nie uwierzysz” jakoś nie przeszkadza. Są poplątane relacje pomiędzy bohaterami i bohaterkami, które prowadzą do naprawdę zabawnych sytuacji. Są zabawne teksty i pojedyncze sceny, jak Emma Stone z niedowierzaniem gładząca idealny kaloryfer Goslinga. Wszyscy będą mieli nawet na kogo popatrzeć – że hetero kobiety i nieheteronormatywni panowie na Goslinga, to jasne, a hetero panowie i nieheteronormatywne kobiety, na przykład, na zjawiskową Marisę Tomei. Naprawdę, obejrzyjcie sobie ten film. Nie pożałujecie.


Trylogia Bridget Jones

Każdy gatunek ma swoje klasyki, a klasykę, jak wiadomo, człowiek światły powinien znać. Pokuszę się tutaj o mocne stwierdzenie, że Bridget Jones jest „Ojcem Chrzestnym” komedii romantycznych. Dwie trylogie, obie na podstawie książek, definiują swoje gatunki. Nawet w obu jest śmierć, z tym że u Coppoli ta prawdziwa, a u Bridget umierają jej kolejne podejścia do diety, kolejne próby rzucenia papierosów i ograniczenia alkoholu. Zabawna jest sama główna bohaterka, zabawne są scenariusze tych filmów, a Renee Zellweger w swoim nieokrzesaniu i puciowatości jest zjawiskowa. Do tego dwa światy stworzone przez Colina Firtha i Hugh Granta, czyli klasyczny wybór pomiędzy rozsądkiem i rozpalonymi lędźwiami. Co więcej, Bridget Jones może nas nawet nauczyć, że do bycia pięknym nie trzeba być ani wpisanym w ogólnoprzyjęte kanony, ani idealnym. Bo że Renee Zellweger w tych filmach nie jest piękna, nikt mnie nie przekona. Mała tajemnica? Tak bardzo lubię pierwsze dwie części, że to ja proponowałem mojej byłej obejrzenie trzeciej.


Lejdis

Jak ja kocham ten film! Kto z nas nie marzył w dzieciństwie, żeby nasze przyjaźnie utrzymały się przez całe życie? W „Lejdis” zupełnie nie chodzi o facetów, z którymi tytułowe damy mają do czynienia. Męskie postacie są jedynie tłem dla kwartetu Edyty Olszówki, Izabeli Kuny, Anny Dereszowskiej i Magdaleny Różczki. Dostajemy film o przyjaźni na dobre i na złe, nawet ze wszystkimi jej odcieniami, bo nie przez cały seans będzie cukierkowo. Co więcej, „Lejdis” można uznać za vis-a-vis „Testosteronu” i chociaż męskie dzieło Saramonowicza i Koneckiego prawdę o mojej płci w jakimś stopniu Wam powie, to dzieło żeńskie lubię zdecydowanie bardziej. Będziecie się śmiać, będziecie smutni, będziecie źli, a nawet happy end, pomimo że jest dość przewidywalny i schematyczny, w żaden sposób nie przeszkadza. Według mnie „Lejdis” jest zdecydowanie najlepszą polską komedią romantyczną. Prove me wrong.


Ted

Jako że Wojtek pozwolił sobie na mały żarcik z formą na koniec swojej listy, zrobię to samo. Zastanówmy się – w „Tedzie” dostajemy historię miłosną Mili Kunis i Marka Wahlberga, a do tego braterską miłość Wahlberga z Tedem. Główny bohater musi balansować pomiędzy tymi dwiema miłościami tak, żeby żadnej z nich nie stracić. Komedią „Ted” jest bez dwóch zdań. W takim razie jest to komedia romantyczna, czyż nie? Ten film polecam jednak obejrzeć pod wpływem używek Waszego wyboru, bo nie jest to z całą pewnością komediowy top. Druga część jest lepsza, ale trudniej byłoby mi ją na siłę podciągnąć pod gatunek komedii romantycznej. Jeżeli sięgniecie po dwójkę, będziecie mogli rozpłynąć się przy Amandzie Seyfried śpiewającej w blasku księżyca. Na jedynce mimo wszystko się jednak nie będziecie. Poza tym ubóstwiam Setha Macfarlane’a, więc jestem zupełnie nieobiektywny. Mam też dużą słabość do Mili Kunis. W sumie jeżeli po obejrzeniu polecanych przez nas dziesięciu filmów Wasz wspólny związkowy apetyt na komedie romantyczne nie zostanie zaspokojony, możecie spokojnie sięgnąć po „To tylko seks” z Kunis i Justinem Timberlake’iem albo „Forgetting Sarah Marshall” z Milą i znanym z „Jak poznałem waszą matkę” Jasonem Segelem.


Drodzy Panowie czytelnicy, jeżeli macie jakieś propozycje, które pominęliśmy, dajcie nam znać! Nam też przyda się poszerzenie repertuaru, bo w końcu ile można z uśmiechem na ustach śpiewać Abbę z gwiazdami „Mamma Mia” albo płakać z Bridget przy pudełku lodów?

Wpisy

Liberalny pozytywista stale walczący z tkwiącymi w nim pokładami romantyzmu. Feminista. Miłośnik polityki, muzyki i NBA (od lat wierny fan Boston Celtics). Entuzjasta badań medioznawczych i socjologicznych. Redaktor naczelny magazynu Nowy Folder i autor rubryki felietonowej #BananowaNiedziela. Laureat Nagrody "Nadzieja mediów" 2019.

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.