/

Chile ogłasza liberum veto


Chile. Jedno z najlepiej rozwiniętych gospodarczo państw Ameryki Południowej. Poziom zadłużenia czy analfabetyzmu należą tutaj do najniższych na całym kontynencie. A jednak sytuacja większości obywateli Chile jest daleka od ideału. Główna przyczyna? Rozwarstwienie społeczne. A, jak pokazują ostatnie wydarzenia, w takiej sytuacji przelać czarę goryczy jest niezwykle łatwo.


Destabilizacja Chile stała się faktem. Na ulicach trwają największe protesty w historii kraju, w których życie straciło już dziewiętnaście osób. Rząd do walki z demonstrantami wysłał wojsko, prezydent wprowadził stan wyjątkowy, a poruszanie się po największych miastach jest praktycznie niemożliwe. Jak to się stało, że w tak krótkim czasie sytuacja w Chile, które jeszcze niedawno było nazywane „oazą spokoju”, zmieniła się niemal o 180 stopni? Bezpośrednia przyczyna wydaje się prozaiczna: podwyżki cen biletów w metrze. Jest to jednak pewien symbol nierówności, z jakimi muszą zmagać się przeciętni mieszkańcy Chile, a rząd przez długi czas pozostawał głuchy na ich żądania. Obecnej sytuacji władza zignorować już nie może.


Cristobal jest skrzypkiem. Chilijczykiem. Od kilku lat – również Europejczykiem. Studiował m.in. w Belgii i Niemczech. Teraz mieszka w Polsce, a jego rodzina została w Chile. Matka – zajmuje stanowisko seremi oraz jest nauczycielką muzyki. Razem z ojcem Cristobala prowadzą prywatną szkołę muzyczną. Siostra studiuje na uniwersytecie w Santiago.


„Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja”


To słowa zasłyszane przez Cristobala i, jego zdaniem, niezwykle ważne w kontekście protestów. Pierwsze symptomy pojawiły się 6 października. Wówczas władze Santiago zdecydowały się podnieść ceny biletów na metro o 30 peso (15 groszy). Pozornie niewiele, ale nie była to pierwsza tego typu podwyżka. W połączeniu z brakiem miesięcznych biletów koszty komunikacji stawały się coraz bardziej odczuwalne, szczególnie dla mniej zamożnych Chilijczyków. Nic więc dziwnego, że to właśnie młodzi zainicjowali protest – poprzez wspólne hasła w internecie. Uczniowie zaczęli masowo blokować oraz dewastować stacje metra w stolicy, nawet pomimo fizycznych interwencji policji. Doprowadzili do zamknięcia niektórych linii i częściowego paraliżu miasta.


– Protestujący są w dużej mierze z pokolenia, które w 2005 i 2006 roku kończyło liceum. Wtedy walczyli o prawa studentów, byli młodzi. Teraz są sporo starsi i przez ten czas nic się nie wydarzyło. To są ludzie, którzy mogą zrobić wszystko i nic przy tym nie stracić. Dlatego nie są pokojowo nastawieni. Przed protestem widziałem na Facebooku post o tym, że nikt nie zamierza płacić za metro, ponieważ podnieśli cenę biletu. Można sobie teraz wyobrazić szklankę po brzegi wypełnioną wodą i wpadającą do niej jeszcze jedną kroplę. Te 30 peso to była właśnie ta ostatnia kropla. – opowiada Cristobal.


Protesty szybko przeniosły się z internetu na ulice i przybrały bardziej drastyczne formy. Doszło do licznych podpaleń budynków i autobusów oraz rzucania kamieniami w policjantów. Służby odpowiedziały, używając gazu łzawiącego oraz armatek wodnych, aby rozprawić się z protestującymi.


– W środku protestu jest niezwykle niebezpiecznie. Moja siostra właśnie tam mieszkała – w centrum Santiago. Musiała w jednej chwili przeprowadzić się do innej dzielnicy i teraz mieszka u babci. Jesteśmy przerażeni. Ludzie, którzy pracowali w centrum Santiago, mogą teraz zobaczyć zniszczone budynki i powiedzieć „to BYŁO moje miejsce pracy”. Protestujący widzą te zniszczenia i mówią „fajnie, zniszczmy jeszcze coś”! Budynki, stacje metra, właściwie prawie wszystko posiada ubezpieczenie, dlatego wydaje się, że nic, poza dniami w pracy, nie mają do stracenia. Odbudowa zostanie pokryta z pieniędzy ubezpieczyciela. Problem w tym, że protestujący nie zauważają, iż tak naprawdę wszyscy coś tracą: pracownicy – miejsca pracy, studenci – cenne godziny na uczelni, rząd – pieniądze. To jest czysty wandalizm i istnieje on nie tylko z tej jednej strony, ale również w polityce. Nie rani on bezpośrednio, ale m.in. przez zapełnianie kieszeni włodarzy pieniędzmi obywateli.

Protesty w Chile, rozpoczęte po ogłoszeniu podwyżki cen biletów w metrze, osiągnęły niespotykaną wcześniej w tym państwie skalę, doprowadzając do paraliżu na ulicach największych miast.

Internet szybko obiegło nagranie pokazujące, co w czasie protestów robił prezydent Sebastián Piñera. Dla Chilijczyków jest to idealne zobrazowanie podejścia rządzących do obywateli w ostatnich latach. Prezydent Chile świętował urodziny wnuka w jednej z najdroższych restauracji w stolicy. Podejście rządu oddaje także wypowiedź ministra transportu, który stwierdził, że nie rozumie protestów i, jeżeli kogoś nie stać, to może wychodzić z domu wcześniej, aby zdążyć na tańszą taryfę.


– Chile jest bardzo drogim państwem do życia. W moim mieście ceny apartamentów są równe cenom w Miami. Miasto jest piękne, mieszkamy prawie na plaży. Ale jeśli porównasz to miejsce z miastami kilka kilometrów w głąb lądu, od razu zobaczysz, że to nie jest Miami. Ogromna różnica i ogromna bieda. Istnieją oczywiście pozytywne strony życia w Chile, jednak wszystko dostępne jest dla ludzi zamożnych: dobra opieka medyczna, edukacja na wysokim poziomie, pomoc państwa i miast, programy i stypendia.


Powracające widmo dyktatury


Prezydent Sebastián Piñera zdecydował się wprowadzić stan wyjątkowy w stolicy kraju oraz kilku innych regionach, gdzie protesty przybrały największą skalę. Na ulice miast wysłane zostało ciężko opancerzone wojsko w asyście helikopterów. Dla wielu Chilijczyków taki widok kojarzy się jednoznacznie z czasami wojskowej dyktatury generała Augusto Pinocheta w latach 1973-1989. Mimo użycia tak zdecydowanych środków, protesty nie ustały, a w ciągu kolejnych dni wielkość strat oraz liczba ofiar cały czas rosły. Nawet decyzja prezydenta o wycofaniu się z podwyżek cen biletów niewiele zmieniła. Powody takiej masowości protestu stały się bowiem znacznie głębsze. Zmieniły się w formę wyrażania przez zwykłych obywateli wieloletniego niezadowolenia z działań rządu i narastającego rozwarstwienia społecznego. Protestujący domagają się m.in. obniżenia kosztów opieki zdrowotnej i oświaty czy podwyższenia pensji.


– Protest jest też spowodowany wadami systemu emerytalnego. Emeryci nie dostają wcale dobrych pieniędzy, ale ten problem dotyczy wielu państw, w tym Polski. To nie powinno tak wyglądać. Jeśli zarabiasz dużo pieniędzy, kiedy jesteś młody, twoja emerytura będzie wysoka. Jednak co, jeśli zarabiasz mało? Protestujący będą kiedyś starzy, więc ich pokolenie naprawdę potrzebuje dużych zmian w tej kwestii. To nie jest oczywiście wina tego rządu. To nie jest też wina prezydenta – to bardzo mądry człowiek – ale dla tych ludzi to właśnie on jest na szczycie i powinien dbać o obywateli. Według nich nie robi tego wystarczająco dobrze.

Do pacyfikowania protestów wysłano wojsko, jednoznacznie kojarzące się w Chile z czasami dyktatury.

W społeczeństwie siła


Protesty w Chile przybrały niewyobrażalną skalę, mobilizując ludzi z całego kraju. 25 października w stolicy odbyła się największa manifestacja w historii państwa, w której udział wzięło ponad milion dwieście tysięcy obywateli. Tysiące ludzi protestowały także w innych miastach. Według informacji w protestach zginęło do tej pory dziewiętnaście osób  (w tym jeden Polak), setki osób zostało rannych, a ponad dwa i pół tysiąca protestujących – aresztowanych.  Według niepotwierdzonych informacji miało także dojść do użycia ostrej amunicji przez wojsko.


– To, co widzimy w internecie, nie jest pokazywane w telewizji. Telewizja jest kontrolowana przez rząd. Moja mama [matka Cristobala sprawuje stanowisko seremi w rządzie Chile – red.] sądzi, że krok po kroku będzie lepiej. Uważam, że jest bardzo mądrą kobietą i zrobiła wiele dla kultury Chile i dziedzictwa Santiago. Dlatego bardzo dotyka ją, kiedy coś zostaje zniszczone. Była w Iquique i płakała, stojąc na ulicy i patrząc, jak coś, co współtworzyła, zamienia się w kupę gruzu. Boję się o moją rodzinę. Tata pracuje w centrum Iquique, mama również. Siostra nie może normalnie studiować, bo w Santiago zamknięto uniwersytet.


Rekordowy protest w stolicy nie mógł pozostać niezauważony przez państwowe władze. Dzień później prezydent Piñera ogłosił wstrzymanie stanu wyjątkowego oraz godzin policyjnych. Ponadto, wezwał wszystkich ministrów do rezygnacji ze swoich stanowisk, aby móc powołać nowy rząd. Protest przyniósł także skutki na arenie międzynarodowej. Rząd Chile ze względu na niestabilną sytuację zdecydował się odwołać dwa szczyty klimatyczne, które miały odbyć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy w stolicy państwa. Pierwszy to szczyt Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku, który miał dojść do skutku już w połowie listopada. Drugi – COP25, czyli coroczne wydarzenie organizowane przez ONZ, którego poprzednia edycja odbyła się w Katowicach. Jest to, oczywiście, olbrzymi cios dla światowego wizerunku Chile i dowód na siłę oraz skalę protestów.

Protest w Santiago, w którym udział wzięło ponad milion dwieście tysięcy ludzi.

Amerykańska Wiosna Ludów


Na ten moment trudno przewidzieć, jak w najbliższych dniach rozwinie się sytuacja w Chile. Protestujący jasno mówią, że nie mają zamiaru się poddać, dopóki ich postulaty nie zostaną spełnione. Rząd oraz prezydent, którzy długo pozostawali bierni, zaczynają coraz dotkliwiej odczuwać skutki manifestacji i być może zostaną zmuszeni do ustępstw, by nie utracić władzy.


– Jeśli ludzie nie zaprotestują, władza nic nie zrobi. Rząd ma pewne plany i projekty do wdrożenia, które czekają w Senacie dwa, trzy lata i zamierza je za te dwa, trzy lata zrealizować. Teraz jest to niemożliwe. Nie istnieje system idealny. W Polsce mieliście wiele powstań, wojny, komunizm, a teraz macie swoje własne niepodległe państwo. To wymagało czasu i walki. Rano we Wszystkich Świętych widziałem na Facebooku zdjęcie przedstawiające pomnik Krzysztofa Kolumba. Kompletnie zniszczony. Ponad dwustuletni. To zwykły wandalizm, który nie powinien być częścią prawdziwego protestu. Problemem tutaj jest to, że jeśli czegoś nie zniszczysz, władza nie dowie się, jak bardzo jesteś wściekły. Moja mama uważa, że same założenia protestu są dobre, bo poprzednie rządy miały dużo czasu, by coś zrobić, a nie zrobiły. Protestujący mają nadzieję, że obecny rząd w 4 lata naprawi błędy, których nie naprawiła tamta władza. Jednak sposób, w jaki protest jest prowadzony, niesie za sobą zbyt duże szkody. Walczą o dobrą edukację, ale, patrząc na zniszczony pomnik Kolumba, nie można stwierdzić, czy to się powiedzie. Edukacja zaczyna się w domu. Moja siostra powiedziała mi bardzo ważną rzecz: rząd zareaguje wtedy, kiedy ludzie zrobią coś złego – to błędne koło. Bardzo złe błędne koło.


Sytuacja w Chile w ostatnich miesiącach nie jest wyjątkiem w Ameryce Południowej, a raczej kolejnym etapem zmian na kontynencie. W tym roku do masowych protestów dochodziło także w Wenezueli, Kolumbii czy Meksyku. Protesty te bardzo wiele łączy: oligarchiczne rządy, wyzysk społeczeństwa, słabe warunki ekonomiczne, ciągłe poczucie zagrożenia. 


– W Santiago ludzie żyją bardzo szybko i w ciągłym stresie. Zapominają zapytać siebie, co tak naprawdę sprawia im radość. Kiedy pojedziesz do Boliwii, do Peru czy do jeszcze innego kraju Południowej Ameryki, zobaczysz bardzo szczęśliwych ludzi cieszących się z małych rzeczy. Ale ci ludzie zawsze będą potrzebować właściwej opieki państwa, dobrej edukacji i perspektyw. Moja mentalność jest już trochę inna, bo zacząłem żyć jak Europejczyk. Mieszkałem w Belgii, w Niemczech, teraz mieszkam w Polsce, ale nie każdy ma taką możliwość. Ludzie walczą z jakiegoś powodu, który jest dla nich niezwykle ważny. W tamtym tygodniu orkiestra wykonała na ulicy Requiem Mozarta. Jestem bardzo wzruszony, bo to było nie dla ludzi, którzy zginęli, ale dla ludzi, którzy walczyli o coś, co było warte ich śmierci. Nawet jeśli nie protestuję teraz, to kiedy wrócę do Chile, zmiany, które się wydarzą, będą mnie dotyczyć. Dlatego jestem bardzo wdzięczny ludziom za ten protest.


Południowoamerykańska Wiosna Ludów przybiera więc coraz bardziej na sile, a powstrzymanie jej wydaje się już niemożliwe.


– Tak, to była szklanka pełna wody i teraz wszystko się z niej wylewa.

Wojtek Podgórski i Anna Snopkowska