Chłopiec z Placu Broni

W mroźną listopadową noc węgierska ciężarówka zawiozła Olszańskich z tym, co mogli zabrać z sobą w ręku, na rampę kolejową w Stanisławowie. Tam zapakowano ich do wagonu transportu, który węgierski garnizon wysyłał na Węgry. Zasunięto drzwi ciężarowego wagonu, zamknięto na kłódkę.

 

 

Tadeusz Olszański miał wtedy 14 lat. Pamięta przykaz żołnierzy – nie otwierać nikomu, nim nie dotrzecie na Węgry. Razem z innymi Polakami siedział zawinięty w koce, wciśnięty w kąt. Mijały godziny, może doba. Wreszcie usłyszeli: „Itt vannak ezek a Lengyelek!”.

 

„Tu są ci Polacy!”

 

Dziś Tadeusz Olszański ma 85 lat. Mieszka w Warszawie. Za sobą ma długą historię podróży po Polsce i Węgrzech. Zapytany o swoich rodziców, zaprasza do obejrzenia pamiątek – zdjęć, dyplomu lekarskiego ojca, wycinków z gazet, książek… Do ręki podaje mi plakietkę z zarysowanym konturem Wielkich Węgier, tych sprzed traktatu w Trianon z 1918 roku. Na plakietce wypisane słowa po węgiersku: „Czy tak może być? Nie! Nie! Nigdy!”.

 

– Mój ojciec był Polakiem, matka – Węgierką. Ojciec brał udział w I wojnie światowej jako lekarz armii austriackiej. Dyplom zrobił we Lwowie. A po wojnie osiadł w Stanisławowie (dziś to Iwano-Frankiwsk – przyp. OS). Polscy legioniści internowani przez Austriaków przywozili z sobą piękne dziewczęta z Siedmiogrodu, które potem zostawały ich żonami. Mój ojciec jakoś nie miał szczęścia. Los się odmienił, dopiero gdy żona jego przyjaciela, doktora Erazma Niemczewskiego, zaprosiła kiedyś do siebie przyjaciółkę, Katalin Siménfalvy.

 

Nie mówiła po polsku. Z Tadeuszem – „duzim Tadziem”, jak go pieszczotliwie nazywała – rozmawiali początkowo po niemiecku i po francusku. Dzieliła ich znaczna różnica wieku i doświadczenia: Katalin miała 31 lat i skończone seminarium nauczycielskie. Tadeusz miał lat 51 oraz dyplomy magistra medycyny, filozofii, przerwane przez wojnę studia astronomiczne.

 

„Mali Tadzia” przyszedł na świat 28 sierpnia 1929 roku. Katarzyna Siménfalvy była dla niego „mamą Katinką”. Między sobą rozmawiali po węgiersku, choć w domu mówiło się po polsku. Matka nigdy nie opanowała języka polskiego do perfekcji. Może dlatego Tadeusz tak bardzo przywiązał się do Andzi Bulak, swojej niańki. Chodzili na spacery, rozmawiali. Katalin też czasem zabierała go na spotkania z koleżankami, żeby posłuchał trochę matczynego języka. Ale to słowa Andzi urzekały go, gdy wołała do niego „paniczu mileńki!”. Nie tak jak matka, tylko „Tadzia” i „Tadzia”…

 

Tak się kończy dzieciństwo

 

W wieku 7 lat Tadzio podjął naukę w „ćwiczeniówce” (Siedmioklasowa Szkoła Ćwiczeń przy Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim w Stanisławowie). Mieszkali wtedy na Sapieżyńskiej – głównej ulicy Stanisławowa. Dobrze im się wiodło, bo ojciec chodził na prywatne wizyty. Na zapleczu apteki miał własne laboratorium. Kilka razy w tygodniu przyjmował za darmo tych najbiedniejszych.

 

Tadzia, jak wielu jego rówieśników, pociągało wojsko. Jego chrzestnym był Romuald Dąbrowski, emerytowany generał Wojska Polskiego. Prawdziwy żołnierz! Gdy wybuchła wojna, Olszański godzinami przesiadywał w oknie mieszkania na ulicy Kamińskiego, obserwując stacjonujących w mieście żołnierzy I dywizji. Fascynowała go musztra, mundury, broń. Uczęszczał na zbiórki zastępu „Młodych Wilczków”. Rozpierała go duma. Był harcerzem!

 

Rok 1939, wrzesień. Najpierw w Stanisławowie pojawili się Sowieci. Sąsiedzi zaczęli znikać z mieszkań. Słyszał, że w bocznych uliczkach Stanisławowa morduje się ludzi. Po Sowietach weszło ukraińskie chłopstwo. Mordowali według trochę innego klucza. Nikt nie był bezpieczny. A potem znów wkroczyli Sowieci.

 

Czerwiec 1941. Mieszkańcy Stanisławowa tłoczyli się przed budynkiem Rejonowej Komendy Uzupełnień. Stali w kolejce, czekali. Tadeusz nie wiedział, na co. Ale przecież szli tam wszyscy, on też w końcu poszedł. W pomieszczeniu, do którego wszedł, paliły się świece. Na podłodze leżały zwłoki młodych poborowych, którzy próbowali uciekać z więzienia na Bilińskiego. Zamordowało ich NKWD. Sowieci byli zmuszeni do odwrotu. A przed ucieczką torturowali, zabijali, kogo popadnie. A zakatowanych na śmierć porzucali tutaj, w RKU. Tadeusz z wrażenia dostał wysokiej gorączki, leżał kilka dni majacząc. „Tak się kończyło moje dzieciństwo”, napisał potem we wspomnieniach.

 

Dziś Tadeusz Olszański ma 85 lat. Mieszka w Warszawie. Za sobą ma długą historię podróży po Polsce i Węgrzech. Zapytany o swoich rodziców, zaprasza do obejrzenia pamiątek – zdjęć, dyplomu lekarskiego ojca, wycinków z gazet, książek…(fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Ostatnia lekcja polskiego

 

Działania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów przerwał przyjazd ciężarówek z wojskami węgierskimi. Był 4 lipca 1941 roku. Węgrzy przez kilka tygodni stanowili garnizon Stanisławowa. Szybko jednak pojawiło się gestapo, z obersturmfüeherem Hansem Krügerem na czele. Węgrzy w porozumieniu z Niemcami uznali samorządy ukraińskie. Dowódcą garnizonu węgierskiego był przyjaciel Katinki z czasów młodości, świadek na jej ślubie – pułkownik Domokos Ayckler. Skończyła się samowola Ukraińców.

 

W Stanisławowie Węgrzy zostali dobrze przyjęci. Pomagali Polakom, rozdawali żywność i leki. Na mszach śpiewali: „Boże, coś Polskę…”. Dla nich to była zwykła pieśń religijna, dla Polaków znaczyło to dużo więcej. Węgierskie posterunki na granicach przestały niemal istnieć. Żołnierze pomagali uciekać ludności, zwłaszcza żydowskiej, na Węgry. Granice przekraczali sami Mickiewiczowie i Piłsudscy. Węgrzy znali tylko te dwa polskie nazwiska i wpisywali je w dokumenty na zmianę. Na szczęście ktoś szybko oprzytomniał: za chwilę fortel się wyda. Żołnierzom dostarczono listę typowych polskich nazwisk.

 

Względny spokój trwał aż do 12 października 1941 roku. W tym dniu Niemcy wymordowali 10 tysięcy stanisławowskich Żydów. Ocalałym nakazano nosić opaski z gwiazdą Dawida, utworzono dla nich getto. Tadeusz pamięta jeden wiosenny dzień, pół roku później. Rano służył u Ormian do mszy, a potem miał iść do ratusza odebrać kartki żywnościowe. Od strony getta rozległy się wybuchy i strzały. Urzędniczka pośpiesznie wydała mu kartki i przykazała: „wracaj do domu”. Zamiast tego z kolegami wszedł na wieżę kościelną i patrzył na to, co się działo – likwidowano getto. Pięć tysięcy Żydów załadowano do wagonów i wysłano do obozu w Bełżcu.

 

„Dalej, bryło, z posad świata! / Nowymi cię pchniemy tory, / Aż opleśniałej zbywszy się kory / Zielone przypomnisz lata” – w 1939 roku Tadeusz z kolegami pod pomnikiem Adama Mickiewicza słuchał recytowanej przez nauczyciela „Ody do młodości”. W tym samym miejscu cztery lata później obserwował egzekucję przeprowadzoną przez Niemców na Ukraińcach. W całym mieście wywieszono plakaty wieszczące to wydarzenie. Dzień wcześniej uprzedzała o tym szczekaczka. Katinka i ojciec powiedzieli mu: „nie idź”. Nie posłuchał. Żołnierze niemieccy stali z karabinami wycelowanymi w stłoczonych na środku placu Ukraińców. Wokół nich tłum. Tadeusz wspiął się na cokół pomnika Mickiewicza, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. Padły strzały. A potem pluton egzekucyjny zarepetował broń. Niemiecki karabin obrócił się w stronę tłumu…

 

Oliwia Siwińska