Christine Camdessus i Serge Gordey: Amator z Palestyny

[spider_facebook id=”2″]

 

Z Christine Camdessus i Sergem Gordeyem, producentami „Pięciu rozbitych kamer”, o wpływie filmu na konflikt palestyńsko-izraelski oraz o sile dokumentu rozmawiają Klaudia Kryńska i Weronika Rzeżutka.

 

Christine Camdessus i Serge GordeyChristine Camdessus i Serge Gordey byli gośćmi IV Festiwalu Filmowego Hommage à Kieślowski w Sokołowsku. Pokazano tam film „Pięć rozbitych kamer”
(fot. Bartosz Wróblewski)

 

Ile kosztuje kamera w Palestynie?

Serge Gordey: Równowartość dwóch pensji. To żaden luksus, a mimo to Emad był jedynym filmowcem w wiosce Bil’in. Pierwszą kamerę kupił, by filmować swojego syna, a następne fundowali mu znajomi lub organizacje charytatywne. Po sukcesie filmu sytuacja trochę się zmieniła. Parę lat temu izraelska organizacja pokojowa B’Tselem kupiła wiele małych kamer i rozdała palestyńskiej ludności jako broń pokojową. Organizacje charytatywne zachęcają mieszkańców do portretowania rzeczywistości, bo wiedzą, że to może powstrzymać eskalację przemocy. Poza tym smartfony też umożliwiły ludziom dokumentowanie rzeczywistości.

 

Dzięki temu w Palestynie powstaje więcej filmów?

SG: Jest mnóstwo osób, które nagrywają różne wydarzenia z zamiarem zrobienia filmu. Nie każdy może jednak stworzyć film, bo to kosztuje. Dlatego ludzie szukają innych sposobów na opublikowanie zrealizowanych materiałów. Wiem o wielu filmach, które nie zostały wyprodukowane do końca. Nie było co z nimi zrobić, więc trafiły do internetu. Niewiele filmów udaje się skończyć.

 

Jakie były reakcje świata i sąsiadów Emada na „Pięć rozbitych kamer”?

Christine Camdessus: Film był pokazywany na ponad 40 festiwalach i na każdym wzbudził dyskusje, szczególnie jeśli uczestniczył w nich Emad. Po raz pierwszy wyświetlono go na festiwalu w Amsterdamie, gdzie zdobył nagrodę publiczności, w Sundance też przyznano mu nagrodę. Szybko zyskał rozgłos, był nominowany do Oscara. W Izraelu wywołał zaś wiele kontrowersji. Z jednej strony zastanawiano się, czy nie przestać go wyświetlać, m.in. ze względu na izraelskich żołnierzy, którzy nie chcieli być pokazywani na całym świecie. Bo sami wiedzą, że ich postępowanie nie jest w porządku. Z drugiej strony otworzył ludziom oczy. Zwłaszcza w Tel Awiwie, gdzie nie czuć, że konflikt jest tak blisko. Ten film przypomniał, że po drugiej stronie też są ludzie. Trzeba jednak podkreślić, że to kooprodukcja izraelsko-palestyńska. A reakcje Palestyńczyków można określić jednym słowem: duma. Mimo że nie zmienił on sytuacji politycznej.

 

Czy to porażka filmu?

SG: Kamera nie jest bronią, nie da się nią zablokować drogi ani całkowicie zmienić sytuacji politycznej. Filmowcy nie są mesjaszami, dokument nie zbawi całego świata.

CC: Z drugiej strony materiał nakręcony podczas manifestacji można pokazać na całym świecie, co zwiększa świadomość ludzi na temat miejsc, w których nie mogą się znaleźć. Przykładem jest Ukraina. Jeden z tamtejszych reżyserów powiedział mi: Jesteśmy filmowcami. Kręcimy wydarzenia ostatnich miesięcy, bo to najlepsze, co możemy zrobić. Musimy być częścią tych wydarzeń, brać w nich udział. Lubimy fikcję, lubimy tworzyć kino, ale teraz jesteśmy przede wszystkim obywatelami Ukrainy i wierzymy, że świat musi to zobaczyć.

 

 

Dlaczego Palestyńczycy zabierają swoje dzieci na barykady?

SG: Przygotowanie dzieci do mierzenia się z trudnymi warunkami to jedyne, co możesz dla nich zrobić, kiedy żyjesz w takim miejscu. W przeciwnym razie nie będą wystarczająco silne, żeby przetrwać. Poza tym ustawianie kobiet i dzieci w jednym rzędzie podczas manifestacji zmniejsza ryzyko przemocy ze strony izraelskich żołnierzy. Zależało nam na tej scenie, aby pokazać, że wojna jest częścią ich codzienności, ich dzieciństwa.

 

Dlaczego oś filmu stanowi dorastanie Dżibrila?

SG: Narodziny Dżibrila były pretekstem do kupienia kamery. Wybór najmłodszego syna Emada na głównego bohatera miał pokazać, jak trudne jest wychowywanie dziecka w czasie wojny. Z materiału Emada mogliśmy oczywiście zrobić historię trzech braci, ale zależało nam na pokazaniu, że ten konflikt ma twarz dziecka.

CC: Poza tym nie mieliśmy wglądu w cały 500-godzinny materiał. Emad stopniowo odkrywał przed nami kolejne sceny, z których większość idealnie nadawała się do filmu. Mieliśmy jednak do czynienia z bardzo twardym gościem, który wie, jaki film chce zrobić. W materiale było całe jego życie i nasza rola musiała ograniczać się do doradzania. Nasze doświadczenie i umiejętność budowania narracji sprawiły, że Emad pozwolił nam robić ten film razem z nim. To jest jednak przede wszystkim jego historia.

 

Dlaczego wprowadziliście inscenizacje, m.in. w scenie, w której Emad kłóci się z żoną?

SG: Emad był przede wszystkim na barykadach. Nagrywał protesty i aresztowania. Nie przyszło mu do głowy, aby dokumentować życie rodzinne. Doświadczenie podpowiadało nam, że w filmie brakuje materiału, który pokaże wpływ konfliktu na domową codzienność. To zresztą częsty problem przy kręceniu tego typu filmów. O rzeczach zwykłych i rutynowych, tak potrzebnych dla historii, się zapomina. Wspomniana scena rzeczywiście jest inscenizowana, pokazała jednak, co o pracy Emada myśli jego żona.

 

Podobny do „Pięciu rozbitych kamer” film, tyle że fabularny, nakręcił kiedyś Krzysztof Kieślowski. Opowiedział historię amatora, który kupił kamerę, by filmować dziecko, a wraz z upływem czasu zaczął uświadamiać sobie moc kina. Dostrzegają państwo podobieństwa między „Amatorem” a dokumentem Emada?

SG: Emad, tak samo jak bohater „Amatora”, kupuje kamerę, żeby filmować swoje dziecko. Obaj jednak zaczynają rejestrować kamerą więcej niż rodzinne uroczystości. Filmowanie szybko staje się ważną częścią ich życia, a w rezultacie ich zmienia. Bardzo ważny jest dla mnie koniec filmu, w którym Filip kieruje kamerę na siebie. Obejrzeliśmy „Amatora” dopiero po nakręceniu „Pięciu rozbitych kamer”. Chcemy go pokazać Guyowi oraz Emadowi.

 

Rozmowa odbyła się podczas festiwalu filmowego Hommage à Kieślowski 2014 w Sokołowsku.