Ciemna strona Miasta Świateł


Delikatny trzask pod stopą. Z brudnej wody po pas wyciągam ludzką czaszkę. Rzucam szybkie „pardon”, odkładam ją na miejsce i idę dalej zwiedzać enigmatyczną plątaninę korytarzy, kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

Look down, look down

Don’t look ’em in the eye

Look down, look down,

You’re here until you die

Fragment utworu, który rozpoczyna musical Les Misérables.


Paryskie metro.

Tłumy turystów na ulicach Paryża w pośpiechu przeciskają się, by zobaczyć wieżę Eiffla, zjeść croissanta, znieczulić się lekko francuskim winem czy dopchać się wśród innych smrodliwych „smakoszy” kultury do słynnej Mona Lisy w Luwrze. Wielu z nich nie ma pojęcia, że pod ich stopami znajduje się plątanina korytarzy, którymi nawet światło boi się poruszać. W ich sieci na pewnej głębokości panuje temperatura niczym w tropikach. Jej układ tworzy lustrzane odbicie Paryża, podobne do tego z serialu Stranger Things. Jednak ta mroczna metropolia poza rozkładem dróg ma niewiele wspólnego z Miastem Zakochanych, pełnym zabytków, cukierni z makaronikami o wszystkich barwach, błyszczących dachów i zielonych skwerów. W reportażu nie podaję prawdziwych imion i lokalizacji, aby nie zaszkodzić moim przewodnikom oraz innym katafilom – osobom, które z pasji nielegalnie schodzą pod ziemię, czasami nawet na parę dni.

W podziemiach starego metra.

Paryskie Muzeum Kanalizacji jest zamknięte. Otworzą je dopiero po remoncie w 2021 roku. Wstęp do słynnych, udostępnionych zwiedzającym katakumb kosztuje 14 euro i nie ma jak obejść tej zapłaty na ładne oczy, z tą czy inną legitymacją. Jest jak obowiązkowa opłata za podróż rzeką Styks. Dwa kilometry korytarzy, z kośćmi, czaszkami po obydwu stronach pozostają poza zasięgiem. Trzeba poradzić sobie jakoś inaczej, żeby zobaczyć podziemną metropolię, o której pisał Victor Hugo.


Wejście do starej części paryskiej kanalizacji.

Alternatywne użycie Tindera

Po całym dniu zwiedzania, rozczarowana wspomnianymi powyżej ograniczeniami ściągam aplikację. W opisie piszę, że szukam kogoś, kto pokaże mi nielegalną część paryskich katakumb – kogoś kogo pasją jest urbex, czyli zwiedzanie opuszczonych miejsc. Przesuwam trochę na oślep i od niechcenia wszystkich w prawo, aż w końcu pisze Jean. Podaje mi swojego Instagrama i Facebooka, na których pełno zdjęć z wypadów z jego przyjacielem Javertem; nie tylko pod ziemię ale także nad. Razem bardzo często wspinają się na dachy budynków.

Dzień później z Fantine, moją przyjaciółką, u której nocuję w Paryżu, palę papierosy w kawiarni i czekam na naszych przewodników, obok lokalu o zabawnej nazwie „Hippopotamus”. Poprosiłam moją siostrę, aby w przypadku gdybyśmy nie odezwały się po dwóch godzinach zwiedzania katakumb zadzwoniła po pomoc. Podchodziła bardzo sceptycznie do całej wyprawy. Czekając, czuję jak dym Gauloises’ów bez filtra palonych na początku XX wieku przez paryską, dekadencką bohemę wypełnia moje płuca. Pachną zupełnie inaczej, jakby kawą, być może przez klimat miejsca. Kiedyś były najtańsze. Kiedyś.

Przychodzi Jean z Javertem. Rozmawiamy przez chwilę z naszymi francuskimi compagnone. Ich angielski niestety nie jest najlepszy, przez co Fantine pomaga mi jako tłumaczka. Obaj pracują jako dekarze. Po kurtuazyjnej, zapoznawczej konwersacji wychodzimy na ulicę. Przechodzimy parę przecznic, aż w końcu Jean uprzedza nas, że teraz musimy działać szybko i wbiec niepostrzeżenie do studzienki kanalizacyjnej. Pokazuje nasz cel – oddalony o mniej więcej 50 metrów właz na środku ruchliwego chodnika w centrum miasta. Jean i Javert szarmancko puścili nas pierwsze. Udało się bez większych przeszkód. Zanim moja głowa zniknęła w studzience spojrzeniem skrzyżowałam się z zainteresowanymi ślepiami małej dziewczynki. Zatrzymała się na chwilę trzymając mamę za rękę i z jej oczu zdawało mi się, że mogę wyczytać słowa: Hej tchórze, na bulwary Paryża! Jak gdyby krytykowała pomysł chowania się pod ziemię. 


Grunt to spokój, grunt to własne tempo, w studzience kanalizacyjnej.

Grób uprzejmych

W trakcie zwiedzania opuszczonych miejsc powinno się kierować zasadą „Zabierz tylko zdjęcia, zostaw odciski stóp”. Jednak w przypadku paryskich katakumb nie jest to takie proste. W wąskich korytarzach nieraz można natknąć się na ludzkie szczątki. Katafili jednak uważają, że podziemni, paryscy denaci są wyrozumiali i nie mają za złe, że narusza się ich spokój. Wystarczy szybko rzucić pardon lub désolé.  W tych podziemiach spoczywa 6 mln osób, podczas gdy tych odrobinę głośniejszych, żywych mieszańców miasta jest na powierzchni nieco ponad 2 mln.

Chodzimy już jakiś czas po nowoczesnej części kanalizacji, gdy za zakrętem Jean woła, abyśmy podeszli. Wskazuje na wykuty w dole ściany otwór, a następnie wczołguje się pierwszy do ukrytego pomieszczenia. Przeciskam się za nim i podaję mu plecak. Od razu widać, że jesteśmy u celu – gipsowe ściany pełne różnego rodzaju rur, kabli i innych technologicznych kłączy zniknęły. Korytarze starych katakumb, do których weszliśmy zbudowane są z kamieni podobnych do piaskowca. Czasami zdobią je graffiti, podpisy katafili lub widnieją nazwy miejsc, aby ułatwić i tak trudną orientację w terenie przy pomocy mapy. Niektóre nazwy zostały nadane jeszcze przed Rewolucją Francuską. Lepiej nie wybierać się na takie wyprawy bez przewodników. Nawet z mapą bardzo łatwo się zgubić, bywa tak, że korytarze znajdują się na paru kondygnacjach.

W nielegalnej części katakumb zginęło 18 osób, a zaginęło 40. O jednej z nich opowiada Jean. Była nią dziewczyna, która prawdopodobnie pod wpływem narkotyków  oddaliła się od znajomych bawiących się w jednej z sal. Po tym słuch o niej zaginął. Ciała nigdy nie odnaleziono. Być może wpadła do jednej z kilkudziesięciometrowych studni, których nie widać w zalanych wodą korytarzach. Utopiła się, albo dotarła do bram dantejskiego piekła jak w horrorze Catacombs (2007) i błąka się gdzieś teraz patrząc na cierpiące dusze na którymś z kręgów piekielnych. Temperatura na pewno jest podobna. Przeprowadziła się na stałe do paradoksalnie niezwykle żywego, paryskiego podziemia. Może straszy w salach pełnych kości, często specjalnie wykutych przez katafilów i tańczy w rytm jazzowej muzyki w trakcie urządzanych w nich imprez. Czasami odbywają się w tych salach czarne msze lub spotkania narkomanów. Życie przeplata się ze śmiercią.


Jazzowa impreza w katakumbach .

Wszędzie panuje ciemność, kierując światło czołówki przed siebie lub za siebie nie widać końca korytarzy. W mieście ślepców jednooki jest królem, przychodzi mi na myśl, cytując José Saramago.

Nagle widzimy światło z naprzeciwka. Powoduje to lekki strach u naszej czwórki, nigdy nie wiadomo, kto stoi po drugiej stronie. Tajemniczy ludzie krzyczą coś po francusku. Moi przewodnicy lekko się uspokajają, światła latarek zaczynają się do nas zbliżać. Po chwili widzimy właścicieli. Było nimi dwóch mężczyzn, jeden około trzydziestki, drugi trochę starszy, około pięćdziesiątki. Ubrani w długie kalosze, widać było, że to ich nie pierwsza wyprawa. Ponoć znali się z pracy. Razem stróżują na jednym parkingu i często we dwóch nocują w katakumbach. Przewodnicy spytali się ich o drogę, ponieważ szukaliśmy konkretnej sali. Społeczność katafilii jest niezwykle rodzinna. Zawsze pomocni, zachęcają często, aby się przysiąść nawet jeśli ktoś nie zna francuskiego. Rok temu organizowali  wspólnie wielkie sprzątanie katakumb (catacleaning) i faktycznie, po drodze nie natknęliśmy się na ani jednego śmiecia, jest tam bardzo schludnie. Oczywiście poza naturalnym brudem, pyłem i błotem. Katafile dbają i zabezpieczają na tyle ile mogą nieoficjalną część katakumb. Bardzo lubią natomiast jeśli ktoś wchodzi na ich teren z kamerą. Pożegaliśmy się serdecznie i poszliśmy dalej. Musieliśmy się czołgać, ponieważ władze francuskie zawężają korytarze, aby coraz mniej śmiałków nimi chodziło. Nad nami słychać jeżdżące metro. Niedługo przy większości wejść zamontowane zostaną kamery i za wejście do katakumb będą groziły wysokie mandaty.


Korytarz, jeden z najszerszych.

Szczypta historii

Wszystko zaczęło się od budowania kamieniołomów przez Imperium Rzymskie na terenie obecnego Paryża, jednak z czasem postępował proces urbanizacji i miasto stawało się zbyt ciężkie – zaczęło się zapadać. W 1774 roku naraz zawaliło się kilkanaście domów stojących przy tej samej ulicy. Śmierć poniosło kilkadziesiąt osób. Po tych wydarzeniach katakumby zostały zabezpieczone, a ich tunele wzmocnione. Parę lat później cmentarze były przepełnione, ludzkie szczątki rozkładały się na ulicach, miasto przepełnione było smrodem. Sprzyjało to epidemiom. W 1780 roku koło Cmentarza Niewiniątek zawaliła się jedna ze ścian kamienicy i na ulicę wysypała się sterta ciał. 6 lat po tym zaczęto przenosić szczątki do niewykorzystywanych wtedy wybudowanych pod ziemią pomieszczeń. Ciał było na tyle dużo, że trwało to kilkadziesiąt lat. Najwięcej znajduje się obecnie pod cmentarzem Montparnasse. 


Na szynach metra.

Choinka z kości

Docieramy do naszego celu. Jean wyciąga światełka, zasilane bateriami. Owija nimi zbudowaną wcześniej wieżę z kości i zapala blanta. Wieża przypomina choinkę, pachnie Świętami. Jest wiele takich pomieszczeń m.in. Bar szczurów – sala, która została wybudowana przez katafilii w latach 80, w której faktycznie działał bar i spotykały się punki, skinheadzi i inni. W niektórych można znaleźć obrazy, w jednej na środku stoi duża budowla, a wokół inne rzeźby, a także konstrukcje domów z gliny. W jeszcze innej funkcjonowało kiedyś kino, na ścianach widnieją graffiti z filmów, np. z Pulp fiction. Jest także pokój z przerażającym tronem z kości oraz kontrastując – znajdująca się kawałek dalej sala pełna kwiatów, prawdziwy podziemny ogród. Po drodze znajdują się graffiti, które informują na jakiej głębokości się znajduje.

Joint się wypala a wraz z nim powoli nasz eskapizm. Orientujemy się, że minęło znacznie więcej niż dwie godziny. Jak najszybciej wychodzimy z katakumb, od razu dzwonię do mojej siostry. Zbierało się na deszcz, jakby zbierało się na skandal. Jednak gadała z chłopakiem, więc nawet nie zauważyła, że nie było nas dłużej, niż się umawiałyśmy. Cóż. Podekscytowana, cała mokra i uwalona błotem z Fantine dziękuję i żegnam się z naszymi przewodnikami nucąc pod nosem za pochowanym na Montparnasse Jimem Morrisonem Well, I’ve been  down so Goddamn long that it looks like up to me.


Graffiti.

Wpisy

Studentka finansów i dziennikarstwa na UW. Szefowa działu Książka w NMS Magiel. Beatnik, wagabunda i dekadentka w jednym. W życiu chce jak Blaise Cendrars "Podróżować przez książki, ludzi, kraje". Kocha stary rock, jazz, kino nieme i tańce latino.