Cierpienie w wielkim mieście

Cierp, według miastowej gwary, to określenie taksówkarza nielubiącego ani swojej pracy, ani klientów, ani zapewne Bogu ducha winnego samochodu. Zważając na te przymioty – jest to określenie wyjątkowo trafne, ale czy adekwatne do zawodowej postawy Bartosza Gardockiego, taksówkarza i reportera,  który wybrał się w kurs na ulicę Szczęśliwą?

W ostatnich latach zauważa się wśród młodych ludzi swego rodzaju trend, polegający na kwestionowaniu sensu studiów, pracy czy, perswadowanego im przez wielkich mędrców tego świata, modelu idealnej egzystencji. Faktem jest, że intuicja zaczyna zastępować kalkulację, a młode wilki z Domaniewskiej, coraz częściej porzucają nory Mordoru na rzecz wykonywania zawodu, który w klasie maturalnej, określilibyśmy jako ,,zbyt prosty”. Kilka lat temu cała Polska, słuchająca podcastów, miała okazję zapoznać się z historią Okuniewskiej, która w odcinku ,,Korpoewakuacja” opowiedziała o tym, dlaczego rzuciła pracę w agencji reklamowej i wyjechała na Islandię pracować w kuchni. Jak sama przyznała, nigdy nie była tak szczęśliwa, jak wtedy gdy od razu widziała efekty swojej pracy oraz zadowolenie klienta. Coś z tym  światem wielkich pieniędzy i biznesu faktycznie musi być nie tak, skoro coraz częściej słyszy się o osobach, które świadome konsekwencji, decydują się porzucić tę, jeszcze do niedawna tak zwaną, ,,pracę marzeń” każdego karierowicza. Tą drogą poszedł także Bartosz Gardocki, autor książki “Kurs na ulicę Szczęśliwą”, który zamienił wygodny fotel w warszawskiej korporacji na… fotel taksówkarza.

Niesamowite jest to, jak w tym reportażu została ukazana wielowymiarowość zawodu taksówkarza. Bo co my o tym zawodzie w ogóle wiemy? Z jednej strony oczy wyobraźni kreślą portret Roberta de Niro w filmie ,,Taksówkarz” Martina Scorsese, a z drugiej strony mamy wyobrażenie polskich kierowców, którzy tylko czytają gazetę, znudzeni czekając na kolejnego klienta. Jest to oczywiście przerysowana charakterystyka, ale jak bardzo oddziałująca na nasze postrzeganie tego zawodu. Bartosz Gardocki w swoim reportażu pokazuje, że kierowca taksówki to nie tylko zbawienie dla niezmotoryzowanych, ale przede wszystkim idealne połączenie umiejętności dobrego terapeuty/psychologa/ spowiednika/przyjaciela, dla każdego, kto ma ochotę na chwilę niezobowiązującej rozmowy. Czasem z nudów, czasem z potrzeby serca, ale zawsze z własnej woli, kolejni pasażerowie dzielą się z autorem swoimi codziennymi problemami czy życiowymi refleksjami.

Reportaż Gardockiego ma dwóch bohaterów. Pierwszy z nich jest zbiorowy: są to ludzie i ich historie. Autor wozi takie osobistości jak powstańca warszawskiego, Halinę Szpilman, żonę Władysława Szpilmana, Zbigniewa Wodeckiego, żonę Czesława Kiszczaka czy prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Ich historie przeplatają się z opowieściami osób zmagających się z problemami uzależnienia, braku pracy czy trudami szarej polskiej codzienności. Dla kierowcy wszystkie te historie są tak samo ważne, brak tutaj jakiejkolwiek gradacji ze względu na pozycję pasażera w zawodowej hierarchii. Według mnie, największa siła tej książki, to właśnie równość, prostota i bezpośredniość przytaczanych rozmów. Przyznam, że z książkami ,,o ludzkich historiach”, zawsze mam pewien problem, ponieważ uważam, że jest bardzo cienka granica pomiędzy niewymuszonym wnioskiem, a banałem. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi wybór ,,najlepszych” fragmentów refleksji rozmówców – chyba każdy się zgodzi, że często takie zbiory mają bardzo pretensjonalny charakter i zastanawiamy się, czy autor robi z nas bezmózgów, pozbawionych umiejętności dedukcji, celowo, czy nieszczęsnym przypadkiem. Takie rzeczy na pewno nie w tym reportażu.

Drugim bohaterem książki ,,Kurs na ulicę Szczęśliwą” jest zdecydowanie Warszawa. Opisy Warszawy znamy już z ,,Lalki” Bolesława Prusa, czy z ,,Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego a teraz mamy okazję, aby poznać ją z perspektywy taksówkarza-reportera, który z precyzją opisuje warszawskie trasy. Nawet tytuły każdej historii, to po prostu nazwy ulic początku kursu i jego końca. Dzięki temu czytelnik może wyobrazić sobie, jakimi trasami jechała osoba, opowiadająca historię i na co patrzyła przywołując swoje wspomnienia. Co widać, szczególnie bliski autorowi jest Muranów, z którym związane są metafizyczno-historyczne opowieści i mam wrażenie, że wszystkie najważniejsze historie w książce są poniekąd związane z tą okolicą.

Absolutnym plusem tego reportażu jest, tak jak wspomniałam wcześniej, brak pretensjonalnego tonu i szorowania po dnie banału. Każda rozmowa przedstawiona jest tak, aby czytelnik sam mógł wysnuć refleksję. Niewymuszone dialogi, naturalne odpowiedzi, brak zbędnych wyjaśnień. Nawet nazwiska niektórych pasażerów nie są podane, bo z łatwością każda osoba, która nie spędziła ostatnich dziesięciu lat w piwnicy, bez dostępu do telewizji czy Internetu, rozpozna z kim autor teraz rozpoczyna kurs. W tej książce widzę idealny potencjał na prezent. Wszyscy wiemy jak to jest z dawaniem książek jako podarunku. Zawsze łapią nas wątpliwości, czy dana książka spodoba się obdarowywanej osobie, i czy będzie ona zadowolona. Jeśli chodzi o ,,Kurs na ulicę Szczęśliwą”, to gwarantuję – będzie zadowolona.

Mariusz Szczygieł powiedział, podczas premiery książki online 9 listopada, że: ,,taksówkarz, który jest reporterem, szuka klientów z historiami, a reporter, który jest klientem, szuka taksówkarzy z historiami”. Coś w tym jest, ponieważ nawet Gloria Steinem, amerykańska dziennikarka i aktywistka, w swojej książce ,,Moje życie w drodze”, poświęciła cały rozdział na wyjaśnienie, dlaczego nie zrobiła prawa jazdy, z obawy, że będzie wtedy zmuszona zrezygnować z podróży taksówkami. Uważała ona taksówkarzy za najlepszych badaczy opinii publicznej i znakomitych przewodników w kwestiach dotyczących polityki państwa i spraw społecznych. Ja sama raczej stroniłam od podróży taksówkami, na rzecz o wiele tańszej alternatywy podróżowania komunikacją miejską, ale zmieniło się to, gdy dostałam nową pracę, a razem z nią przywilej korzystania z kuponów na darmowe przejazdy taryfą (tacy hojni pracodawcy oczywiście nie gdzie indziej, jak tylko w korporacji). I wtedy zrozumiałam, co miała na myśli Gloria Steinem, mówiąc, że rozmowa z taksówkarzem, to zupełnie inny poziom rozmowy, wynikający z charakteru tej krótkotrwałej relacji. Czasem oczywiście calle, zoomy i goniące deadline’y nie pozwalały mi na zacieśnienie więzi z kierowcą, ale zdarzały się sytuacje, kiedy faktycznie, wychodząc z taksówki po pół godzinnej trasie, czułam się jak po terapii, zdziwiona zarówno wszechstronną wiedzą kierowcy, jak i własną otwartością. Bo jest jakiś specyficzny klimat w tej małej, zamkniętej przestrzeni samochodu, którą wypełnia najczęściej zapach wszystkim dobrze znanej choinki. Gdy tylko kierowca ma ochotę słuchać, a pasażer opowiadać, mogą powstać z tego naprawdę niezwykłe rzeczy… takie, jak ,,Kurs na ulicę szczęśliwą”!

Czy cierp, to nazwa adekwatna do podejścia autora do swojego zawodu? Na pewno nie do tego aktualnego, ale być może to cierpienie związane z poprzednimi stanowiskami pracy doprowadziło Bartosza Gardockiego za kierownicę taksówki. A dzięki temu, wysłuchując życiowych przemyśleń i ,,cierpień’ swoich pasażerów, może zainspirować czytelników, aby w swojej codzienności, cierpieli jednak trochę mniej.

„Kurs na ulicę Szczęśliwą”

Autor: Bartosz Gardocki

Wydawnictwo: Dowody na Istnienie

Rok wydania: 2020

Źródło zdjęcia: Dowody na Istnienie

Wpisy

Na co dzień pracuje w biurze reklamy stacji telewizyjnej, a po godzinach realizuje reporterską pasję. Miłośniczka literatury faktu, muzyki z lat 80 (it’s my life, it’s now or never!) oraz kultury amerykańskiej. W dziennikarstwie najbardziej ceni możliwość odkrywania niezwykłych historii i prezentowanie ich światu.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.