/

Ciężko jest lekko żyć, czyli o „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery


Co jest pozytywne: lekkość czy ciężar? To pytanie zakiełkowało w głowie greckiego filozofa sprzed dwudziestu sześciu stuleci. Później powtórzyło się w głowie Milana Kundery, czeskiego pisarza w wieku XX. I do dziś zajmuje myśli czytelników „Nieznośnej lekkości bytu”, powieści określanej jako arcydzieło literatury światowej.


A szczególnie plącze myśli autorki tego tekstu, która początkowo recenzję miała poświęcić całkiem odmiennej pozycji. Na wszystko przychodzi jednak odpowiedni czas, a pobyt w zamkniętej pod kloszem epidemii Pradze i wynikająca z tego melancholia, dostatecznie, zdaje się, zbliżyły mnie do bohaterów „Nieznośnej lekkości bytu”.


Kundera swoją najsłynniejszą książkę napisał w 1982 roku, już jako obywatel Francji, do której kilka lat wcześniej wyemigrował z komunistycznej Czechosłowacji.  W kraju nad Wełtawa powieść oficjalnie wydana została dopiero w 2006 roku, kiedy jej autor już dawno pisał wyłącznie po francusku. Ale może nie wybiegajmy w przyszłość, akcja powieści rozgrywa się bowiem głównie w pierwszej ojczyźnie Kundery.


Czy tak musi być?

Z głównymi bohaterami zapoznajemy się niedługo przed doniosłym dla Czechosłowacji wydarzeniem, wybuchem wolności, który wymknął się na chwilę spod „bratniej opieki” Związku Radzieckiego – Praską Wiosną w roku 1968. Konsekwencje tego szybko i brutalnie stłumionego święta radości będą wyznaczały, w mniej lub bardziej oczywisty sposób, koleje losu czwórki bohaterów. Doskonale opisane realia życia zdegradowanej inteligencji, motyw emigracji, ale przede wszystkim ubrane w piękne słowa rozterki poszczególnych postaci splecione z historycznymi wydarzeniami… To wszystko sprawia, że naprawdę trudno jest mi otrząsnąć się z wrażenia, że nie śledziłam losów prawdziwych ludzi, ale charakterów wysnutych z natchnienia pisarza.


Może jednak zanim przejdę do bohaterów, powinnam jakoś gatunkowo nakreślić, czym jest „Nieznośna lekkość bytu”. I mam z tym trochę problem, najłatwiej byłoby chyba zakwalifikować ją do powieści obyczajowej, bo właściwie o niczym innych, jak o uchwyconym w perspektywie kilkunastu lat życiu czwórki głównych bohaterów nie mówi. Każde z nich po swojemu spełnia swój „Es muss sein” [z niem.: Tak musi być], raz po raz zastanawiając się, czy rzeczywiście dobrze postępują, czy może mogli podjąć zupełnie inne decyzje a ich życie wcale by przez to na wartości nie straciło. I właśnie te wszystkie rozmyślania bohaterów, ale i diagnozy, jakie stawia im ich stwórca, autor i wszechwiedzący narrator, ubrane w niezwykle piękne słowa każą mi delektować się każdą niemal stroną tej powieści. Te metafizyczne wstawki narratora, nie dotykają bowiem tylko życia śledzonych przez niego postaci, ale wspaniale wybiegają na poziom ogólnych rozważań o istocie życia, o człowieczeństwie, o miłości, o tym co, święte i piękne, i o definicji kiczu. Jest i fragment o moralnym i estetycznym postrzeganiu gówna połączony z historią o samobójstwie syna Stalina. I chociaż te kilka stron zahaczających o prawdziwą historię, jeden z moich przyjaciół nazwał „twórczością onanizującego się grafomana”, zgodzić się z tym nie mogę ani półsłówkiem.


Nic mnie bardziej chyba nie zachwyca w tej lekturze niż poszukiwanie w prostych rzeczywistych zdarzeniach, tych doniosłych i mniej znanych, sensów wyższych i komentarzy dogłębniejszych niż tylko te najbardziej pragmatyczne i prozaiczne. Dla mnie „Nieznośna lekkość bytu” to ucieleśnienie filozofii codzienności, nienachalnej autoanalizy własnego życia, która swym pięknem (przekład na język polski autorstwa Agnieszki Holland) zmusiła mnie samą do popełnienia kilku autorefleksyjnych wierszy, do czego już dawno zdolna nie byłam.

Kadr z filmu „Nieznośna lekkość bytu” (1988) w reżyserii Philipa Kaufmana na podstawie powieści Milana Kundery.
Źródło: Pinterest/IMBd


Brzemię życia

Jest to też opowieść o miłości. Ale nie z rodzaju tych prostodusznych Disneyowskich bajek, bo trudno tu o banalny happy-end, a bohaterom ich uczucia właściwie trudno zazdrościć. Małżeństwo byłej kelnerki, a później fotografki, Teresy z zapyziałego miasteczka i praskiego lekarza Tomasza, namiętnego dziwkarza, nie jest historią o biednej dziewczynce i księciu z bajki. Ich uczucie, które narodziło się dzięki sześciu przypadkom, jest trwałe i niekwestionowalne, ale też dla obojga niezwykle męczące. Mężczyzna nie potrafi zrezygnować z wybujałego życia erotycznego, kobieta wie, że tylko ją kocha, ale nie radzi sobie ze zdradami małżonka. Może to właściwie wcale nie jest historia miłości, ale współczucia.


Losy innej bohaterki, malarki Sabiny, dawnej kochanki Tomasza, choć pozornie wolne i swobodne, naznaczone są ciągłym imperatywem zdrady. I to nie tylko fizycznej, ale głównie tej duchowej. Artystka ciągle brnie na przekór cudzym oczekiwaniom i wartościom, ale nie wie, do czego miałby ją ten indywidualny bieg przez życie doprowadzić. I jest też Franz, szwajcarski profesor, szukający emocji i doświadczeń, które uzupełniłyby jego uporządkowane, mieszczańskie życie. Jego związek z Sabiną to doskonały przykład, jak bardzo mogą różnić się percepcje teoretycznie bliskich sobie ludzi i jak różne wartości może przynosić ta sama relacja.


Właściwie to nie możemy spojrzeć w twarz głównych bohaterów. Autor nie zdradził żadnego szczegółu, którym można by opisać oblicza tej czwórki. Nieokreśloność ich fizjonomii pozwala za to lepiej zagłębić się w ich charakterach i bez zbędnych przeszkód, w ich myślach i uczuciach. Jak już wspomniałam, Kundera po mistrzowsku wsuwa w głowy swoich postaci najpiękniejsze słowa opisujące ich niepewność, uczuciowe rozedrgania, szczęście, gniew i rozpacz. Ich prywatne rozważania, o ile można mówić o prywatnych rozważaniach wymyślonych postaci, miękko przeplata z własnymi metafizycznymi refleksami, tworząc niezwykle zgrabną opowieść o życiu. O jego trudnej ulotności, o tym, że skoro jest tylko jedno i niepowtarzalne, to nie możemy być nigdy pewni, że wybraliśmy najlepsze rozwiązanie. O tym, że zawsze jesteśmy skazani na nowe wybory, których konsekwencji nie możemy przewidzieć. I wreszcie o tym,  nasze życie to w gruncie rzeczy zbiór przypadków i mało ma wspólnego z ideą przeznaczenia.


Einmal ist keinmal pisze Kundera i mówi do siebie Tomasz: „Jeśli coś zdarza się raz, to jakby nie zdarzyło się nigdy. Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle”.


Tym cytatem żegnam się z tą recenzją, głęboko wierząc, że do Kundery nie zniechęciłam. Tego bym sobie chyba nie wybaczyła, wiedząc, że lektura „Nieznośnej lekkości bytu” była jednym z najbardziej estetycznych doznań moich ostatnich lat. Choć odpowiedzi na pierwsze zdanie tekstu nadal nie odnalazłam.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.