Cmentarz na skraju puszczy

 

Krótki spacer przez las. Zza drzew wyłaniają się stajnia, obora, kilka domków, kaplica. Wychodzimy na szeroką aleję, którą wytyczają wysokie drzewa. Wiedzie do małej, zardzewiałej, skrzypiącej furtki. Jesteśmy na miejscu. Cmentarz w Laskach.

 

Laski wejscie na cm2

Laski to miejsce pochówku osób duchownych, ale też ludzi świeckich związanych z tutejszym Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi (fot. archiwum)

 

Od wejścia uderza uporządkowanie i skromność tego miejsca: między drzewami stoją rzędy prostych drewnianych krzyży, opatrzonych jedynie tabliczkami. Tylko usypana ziemia otoczona kamieniami wyznacza miejsca pochówku Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Wszystkie tabliczki wyglądają tak samo: imię siostry, data urodzenia, data śmierci. Na końcu alejki góruje krzyż z trzema skromnymi, porośniętymi trawą mogiłami – to miejsce spoczynku Matki Czackiej, Ojca Korniłowicza oraz księdza Antoniego Marylskiego, najważniejszych osób dla historii Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Tu przyprowadzane są wszystkie młode adeptki zakonu, kiedy po raz pierwszy zjawiają się w Laskach.

 

Dalsza część cmentarza przeznaczona jest dla ludzi świeckich, najczęściej przyjaciół Lasek lub postaci w jakiś sposób związanych z Zakładem. Często to osoby znane i szanowane, m.in. poeci Antoni Słonimski i Jan Lechoń, pisarz Marian Brandys, polityk i społecznik Aleksander Małachowski czy premier Tadeusz Mazowiecki.

 

Dwieście procent

 

Pianista Maciej Paderewski zmarł nagle. – Wracał po zajęciach na uczelni i na Sadybie poprosił, abym wyjechała po niego – wspomina żona, Róża Paderewska. – Obejrzeliśmy jeszcze koncert w telewizji, zrobił mi wykład przy herbacie. Zmarł jakby w biegu… – jej głos załamuje się na dłuższą chwilę. – Minęło już sześć lat, a ja dalej nie mogę się z tym pogodzić – dodaje po pewnym czasie. – To był człowiek naładowany pomysłami, z inwencją, zaangażowany. Jak już coś robił, to na 200 procent. Maciej był wykładowcą, profesorem klasy kameralistyki fortepianowej. Nigdy nie mówił, że to praca – każdy dzień od rana do wieczora to była jego twórczość, jego powołanie. I zawsze tłumaczył studentom, że jak chcą zagrać na 80 procent, to muszą umieć na 200.

 

Jaki był ich kontakt, związek z Laskami? – Zanim jeszcze byliśmy razem, Maciej dorabiał, opracowując nuty dla niewidomych dzieci. Wiedzieliśmy, że one też chcą grać, a choroba nie jest przeszkodą w byciu muzykiem – tłumaczy pani Róża. – Pojechaliśmy do Lasek raz, drugi i ten las, cmentarz, krajobraz nas zaczarowały w jakiś sposób. I zawsze, gdy chcieliśmy odreagować stres, przyjeżdżaliśmy na kilka dni do Lasek.

 

Wtedy też zaczęli rozmawiać o tym, jak ludzie muzyki mogą się włączyć w Dzieło Lasek. – Wspólnie z uczniami z naszego liceum dawaliśmy tu koncerty dla dzieci z Zakładu. Zawieźliśmy też tam Jerzego Waldorffa, aby opowiedział im o muzyce. A one pytały, same też grały to, co potrafiły. Tak się tworzyła więź z Laskami, które dalej są mi bliskie. Dobrze, że Maciej tu spoczywa – mówi.

 

Laski cm2

– Laski są, w dużo większym stopniu niż inne miejsca pochówku, miejscem modlitwy –
mówi siostra Elżbieta (fot. archiwum)

 

Zawsze redaktor

 

Przez 36 lat Józef Szczurek był redaktorem naczelnym pisma „Pochodnia”. Nawet kiedy przeszedł na emeryturę i miał problem z poruszaniem się, był na bieżąco ze sprawami redakcji, nadal też pisał teksty. – Redakcja to było jego życie. Kiedy już tu nie pracował, był naszym doradcą – wspomina Ewa Fraszka-Groszkowska, jego wieloletnia współpracownica i przyjaciółka. – A jak był w domu, to systematycznie dzwonił, pytał, czy czegoś potrzeba i radził. Do końca życia

 

Wzrok stracił w wieku 10 lat i od tego momentu był związany z Zakładem dla Ociemniałych w Laskach. Tu ukończył szkołę i kurs masażu, który nie raz pozwolił mu zarobić na życie. – Był bardzo popularnym masażystą, ustawiały się do niego kolejki. Nam też czasem robił masaże, naprawdę fantastycznie – wspomina córka z pierwszego małżeństwa, Anna Szczurek. – Pamiętam, że tata miał „dobre ręce”. Kiedy nimi dotykał, człowiek naprawdę czuł ulgę.

 

Ale to nie „dobre dłonie” sprawiły, że został zapamiętany przez rodzinę i przez swoje środowisko. Utrata wzroku naznaczyła całe jego życie, lecz dzięki determinacji i sile charakteru nigdy nie stała się ciężarem. – Tata był pierwszym niewidomym, który skończył dziennikarstwo na UW – opowiada jego córka historię często słyszaną w dzieciństwie – To był szok: w tamtych czasach trzeba było mieć zaświadczenie od lekarza, że można studiować. A tacie lekarz zaświadczenia nie dał. „To tak, jakby kobieta bez nóg chciała tańczyć” powiedział do taty, ale on się uparł i zdał na studia. Po pierwszym semestrze dziekan powiedział, że chce go przeprosić, bo myślał, że mu się nie uda. Na koniec studiów tata miał najlepsze wyniki.

 

Jako dziennikarz nie stronił od trudnych tematów: – Niedawno dotarło do mnie, że każdy artykuł taty to wsadzanie kija w mrowisko – kontynuuje swą opowieść Anna Szczurek. – Jego teksty dotyczyły trudnych spraw społecznych i zawsze musiały się komuś nie spodobać. To było takie rozjątrzanie problemu. Żeby go rozwiązać.

 

Podobnie uważa Ewa Fraszka-Groszkowska: – Redaktor był bardzo skromny. Myślę, że najważniejsze dla niego było wychodzenie naprzeciw drugiemu człowiekowi, podawanie mu ręki. Jemu na wszystkich zależało. Jak widział, że ktoś potrzebuje pomocy, to starał się za wszelką cenę coś zrobić, nawet nieproszony. Ja od zawsze wszystkim powtarzam: kocham mojego Szczureczka!

 

Ale równie ważne były też domowe chwile, z rodziną: – Nadal widzę go w domu, przy komputerze, z kawą, na kanapie, gdy rozmawiamy. Tata uwielbiał kawę. Najbardziej brakuje mi właśnie tych chwil. To był dla mnie taki azyl… Tata był moim najbliższym przyjacielem – wspomina Anna Szczurek. Na grobie Józefa Szczurka rośnie mnóstwo kolorowych kwiatów. Tak kolorowych jak jego postać.

 

W warszawskim salonie

 

Tadeusz i Anna Walendowscy byli niezwykłą parą. On – dziennikarz, socjolog, filmowiec o charakterystycznej pociągłej twarzy. Przyjaciele mówili o nim Tadzio. Wszyscy wspominają go z sentymentem. – Miał smykałkę do organizowania wszelkich rzeczy. Człowiek bardzo spokojny, stateczny. Świetny kolega, przemiły kompan po prostu – mówi z uśmiechem Janusz Weiss, wieloletni przyjaciel rodziny.

 

Ona – lekarka, obywatelka amerykańska, wnuczka Melchiora Wańkowicza. Janusz Weiss z rozbawieniem wspomina jej metody wychowawcze: – Ania wychowywała dzieci bezstresowo. Kiedyś np. widziałem, jak obaj chłopcy z zapałem wbijali gwoździe w parkiet i ona na to pozwalała. W domu biegali bez majteczek, nosili tylko koszulki. Chcieli zrobić siusiu, to robili. Ale ta metoda wychowania się sprawdziła – chłopcy wyrośli na bardzo mądrych i zdyscyplinowanych mężczyzn.

 

Tadeusz i Anna dziś kojarzeni są przede wszystkim ze słynnym „salonem Walendowskich”, znajdującym się w ich warszawskim mieszkaniu przy ulicy Puławskiej. W latach 70. był on ośrodkiem kultury niezależnej, opozycyjnym wobec władz PRL. – Odbywały się tam spotkania z poetami, ale nie tylko – wspomina Janusz Weiss, wtedy członek kabaretu Salon Niezależnych. – Pojawiał się Stanisław Barańczak, Adam Zagajewski, Ryszard Krynicki. Czesio Bielecki zaprezentował projekt swoich plakatów politycznych. Pamiętam też spotkanie z Aleksandrem Hallem i jego gorącą polityczną dyskusję, polemikę z Jankiem Lipnickim. Pamiętam występ Wojtka Bellona z Wolnej Grupy Bukowina.

 

Jednak wszyscy podkreślają, że u Walendowskich niepowtarzalna była przede wszystkim atmosfera ciepła i przyjaźni, którą tworzyli gospodarze.

 

Niestety pod koniec lat 70. salon Walendowskich przestał istnieć. Anna, jako obywatelka USA, została wydalona z kraju za działalność opozycyjną. Tadzio zdecydował się wyjechać razem z nią. – Ania i Tadzio to byli piękni, wspaniali ludzie – wspomina Agnieszka Kowarska, ich wieloletnia przyjaciółka i sąsiadka z Puławskiej, mieszkająca piętro wyżej. – Niezwykli rodzice. Dawid i Eliasz, ich synowie, doskonale znają historię Polski, a wszystko to dzięki Tadziowi, który po wyjeździe bardzo za ojczyzną tęsknił.

 

Walendowscy odeszli w odstępie kilkunastu dni. Dziś spoczywają na cmentarzu w podwarszawskich Laskach. Razem. Czyli tak, jak żyli.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
On – dziennikarz, socjolog, filmowiec. Ona – lekarka, obywatelka amerykańska, wnuczka Melchiora Wańkowicza. Stanowili niezwykłą parę (fot. archiwum)

 

Dereniowa konfitura

 

Krystyna Małachowska mieszka w spokojnej warszawskiej dzielnicy. Każda wolna przestrzeń trzypokojowego mieszkania jest wykorzystana do granic możliwości: jedne książki przysłaniają inne, a te chowają się za stojącymi wszędzie fotografiami. Meble pochodzą jeszcze z czasów lwowskich, czasów młodości. Na ścianach prócz ikon i fotografii wiszą obrazy, bardzo stare portrety rodzinne. A na parapecie stoją weki. – Poczęstuję tym, o co zawsze prosił Aleksander. Bo on był z Kresów, tam do herbaty podawało się konfiturę. Ta jest dereniowa – zaczyna opowieść. – Mąż był bardzo mądrym człowiekiem, zawsze wiedział, co z czego wynika, potrafił wszystko wytłumaczyć, szczególnie historię. To właśnie jego mądrości brakuje mi najbardziej. Często czytał Pismo Święte, choć sakramentów nie przyjmował. Dla mnie było bardzo ważne, że przed śmiercią jednak się z Panem Bogiem pogodził. I to, że umierał w moich ramionach.

 

Mąż pani Krystyny, Aleksander Małachowski, działacz opozycji w czasach PRL, poseł i wicemarszałek sejmu w III RP, jest pochowany w rodzinnym grobie na cmentarzu w Laskach. – Atmosfera Lasek zawsze wywoływała w nim nastrój zadumy. Często tam bywał, bo jego matka tam spoczywa, i brat. Wspominał w swoich wierszach i prozie o tym cichym, spokojnym miejscu, nazywając je „cmentarzem na skraju wielkiej puszczy”. Nie jestem nawet pewna, czy wszystkie z tych utworów ujrzały światło dzienne – zastanawia się. – Odwiedzam tam Aleksandra. Ale nie tylko jego: na cmentarz chodzę jak na spotkanie z rodziną. Sporo kuzynów Aleksandra tam leży i osób nam bardzo bliskich. Teraz można im już tylko świeczki zapalić… – kończy.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Mąż był bardzo mądrym człowiekiem, zawsze wiedział, co z czego wynika, potrafił wszystko wytłumaczyć, szczególnie historię – mówi żona Aleksandra Małachowskiego, Krystyna
(fot. archiwum)

 

Rekolekcje w drodze

 

Krystyna Małachowska dobrze znała też księdza Tadeusza Fedorowicza. Pokazuje pożółkłą fotografię: – Tu siedzę ja, tu ksiądz. Mamy przerwę w wędrówce – uśmiecha się. – Zaczęło się od tego, że Wyszyński prosił, by pomyśleć nad czymś, co zjednoczy młodzież, bo oficjalnie Polska była wtedy przeciwko Kościołowi. I wymyślili obóz rekolekcyjny. W pierwszym roku był stacjonarny, ale już w kolejnym wszyscy wzięli plecaki i poszli. Szło się wtedy od stodoły do stodoły, myło się w jeziorze, gotowało na ognisku… Ja dalej tam jeżdżę, już nie jako uczestniczka, raczej jako taka ciocia. Co roku dołączają do nas kolejni i już któreś pokolenie z nami idzie.

 

– Pamiętam, że księdza Fedorowicza nazywało się wujem. Albo mówiło się „panie profesorze” – opowiada siostra Elżbieta od Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. – Te pielgrzymki stanowiły element pracy duszpasterskiej, było się z młodzieżą w kontakcie całą dobę. I przy okazji uczyło się ich dobrych obyczajów. A rodziła się też głębsza więź, bo był przekaz wartości, który miał duży wpływ na dalsze życie.

 

grób ks2

Ksiądz Tadeusz Fedorowicz pracę z zakładzie dla ociemniałych w Laskach podjął na zaproszenie ks. Władysława Korniłowicza (fot. archiwum)

 

Niewidomi na duszy

 

– Laski są, w dużo większym stopniu niż inne miejsca pochówku, miejscem modlitwy. To tu wielu ludzi pogłębiło swoją wiarę, albo wręcz odnalazło Boga – mówi siostra Elżbieta. – W pismach Matki Czackiej jest powiedziane „Służymy niewidomym na duszy i niewidomym na ciele”.

 

Współautorka tekstu: Patrycja Pawlik