Centrum Kapuścińskiego

„Zanim tu przyjechałam to miałam w głowie obraz takiego stereotypowego warszawiaka – najlepiej studiujący prawo, hipster, vege, chodzący na crossfit, wszystkie sprzęty ma z jabłuszkiem, lekko wyniosły. Oczywiście część osób, które poznałam przełamały ten stereotyp, część potwierdziła. Tak to już jest, że mniejszość wyrabia opinię większości.”

 

 

Wyście sobie, a my sobie

Jeden z moich dziadków podobno był takim miejscowym Maciejem Boryną. Drugi urodził się w mieście, co prawda we Francji, ale w mieście. Jego żona urodziła się w Warszawie, tak jak jej mama, mama jej mamy i mama mamy jej mamy. Moja mama urodziła się w Warszawie i ja też urodziłam się w Warszawie. Żyję tu już ponad 20 lat. Z wsią miałam kontakt okazyjny, gdy z rodzicami przejazdem mijaliśmy je jadąc na wakacje czy odwiedzaliśmy prababcię. Ewentualnie oglądając jakieś programy telewizyjne. Wieś do tej pory kojarzyła mi się z krowami i kurami. I maciorą, która mnie kiedyś goniła.

 

Popytałam mieszkańców różnych miast, jak wyobrażają sobie mieszkańca wsi – rolnik na traktorze, pijaczek, gospodyni, gardzący życiem w mieście, prosty, skromny, bez wykształcenia. Stereotypy. Lepiej nie oceniać ludzi po stereotypach (jako warszawianka, wiem, że te dotyczące mieszkańców stolicy są dość krzywdzące), dlatego postanowiłam skonfrontować je z żywym człowiekiem. I zobaczyć życie w mieście jego oczami.

 

A tu pospolitość skrzeczy

Kamila rozpoczęła studia w Warszawie w październiku 2016 roku. Na pytanie skąd jest, odpowiada, że spod Otwocka, bo wie, że nazwa jej miejscowości nikomu nic nie mówi. Śniadków Dolny to nie jest stereotypowa wieś, nie ma gospodarstw, krów kurczaków. Są sady. Według Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z 2011 roku we wsi mieszkało 146 osób, z czego 52,1% stanowiły kobiety, a 47,9% mężczyźni. Większość mieszkańców dojeżdża do większych miejscowości do pracy. Warszawa nie była Kamili kompletnie obca, znała ją między innymi z wycieczek szkolnych, ale teraz poznaje ją dogłębniej, „od innej strony niż tylko okolice centrum”. Początkowo się trochę gubiła, na przykład przez kilkanaście minut szukała przystanku autobusowego pod akademikiem. „Ale to nic, bo nawet jak się spóźnię to za 5, 10 minut mam następny autobus. U siebie musiałabym czekać godzinę, dwie. Zimą czasami w ogóle nie przyjeżdżał. Zdarzało mi się przyjść do szkoły na 3, 4 lekcję, na szczęście nauczyciele byli wyrozumiali”. – mówi z uśmiechem. „Ja lubię ZTM i nie rozumiem czemu tylu ludzi narzeka na komunikację miejską” – jest pierwszą osobą, od której słyszę takie słowa, ja i wszyscy moi znajomi oczywiście narzekamy na komunikację miejską.  Podoba jej się, że wszystko w mieście jest blisko, że wystarczy wyjść z domu i już za chwilę jest się w supermarkecie. „Wyjście na zakupy nie jest kilkugodzinną wyprawą, u siebie musiałabym jechać po nie samochodem do najbliższej miejscowości”. Samochód jest bardzo istotny dla mieszkańców wsi. Jest symbolem niezależności, samodzielności. Bardzo ułatwia poruszanie się, używa się go praktycznie cały czas. „Jest bardzo duży nacisk ze strony społeczności, by jak najszybciej zrobić prawo jazdy. Mam wrażenie, że w Warszawie jest inaczej. Spotkałam wielu ludzi bez prawka, bo łatwiej jest dojechać gdzieś komunikacją miejską niż samochodem” – zauważa.

 

W Śniadkowie nie miała gdzie wyjść ze znajomymi, najbliższa knajpa była oddalona o 4km, a serwowana tam „pizza smakowała jak tektura”, dlatego najczęściej spotykali się u kogoś w domu, albo w remizie. Nieśmiało pytam, jak na takich spotkaniach wyglądała kwestia picia i jedzenia, przecież nie ma w pobliżu żadnego sklepu, co jak się skończą? „Jak była impreza robiliśmy takie zapasy, żeby się nie skończyły” – odpowiada, śmiejąc się. Nie było miejsca na spontaniczność, jeśli ktoś chciał jechać do klubu to musiał wcześniej znaleźć sobie kierowcę. Teraz Kamila nie ma takich problemów. Nie musi planować z wyprzedzeniem spotkania ze znajomymi. Wszędzie są kawiarnie, restauracje, większość, jak zauważa, z napisem „gluten free” na szybach. Wcześniej się z tym nie spotkała. Tak jak z kodami do łazienek – śmieszą ją i nie jest w stanie się do nich przyzwyczaić.

 

Dziewczyna wygląda na lekko zmęczoną. Zdradza, że odkąd jest w Warszawie nie może się wyspać. Jej akademik znajduje się koło szpitala i często nocą jeżdżą karetki na sygnale. Poza tym jest jasno, nawet gdy zasłoni rolety. Na wsi, gdy zapada zmrok jest ciemno, choć oko wykol. I widać gwiazdy.

 

 

Sami swoi

Kamila uważa, że wielkim plusem miasta jest anonimowość: idziesz ulicą i nikt cię nie zna, a „znajomego spotkasz raz na ruski rok”. Gdy szła ulicą w Śniadkowie każdy ją rozpoznawał. Doszło do tego, że wszystkim mówiła „dzień dobry”. „Kiedyś od rodziców usłyszałam, że jakaś tam ciotka, skarżyła się, że nie witam się z nią na ulicy, a ja jej nawet nie kojarzyłam” – opowiada. Wszyscy się znają i co ciekawe, wszystkich można połączyć więziami rodzinnymi. Pewna ciotka od strony babci robiła drzewo genealogiczne, doszła do początku XIX wieku. Okazało się, że Kamila jest spokrewniona ze swoim kolegą z klasy. Również z nauczycielami uczniowie mają bardzo dobry kontakt. Na Dzień Nauczyciela były organizowane konkursy o tym, co pedagodzy wiedzą o swoich uczniach i na odwrót (np. ilu jest jedynaków w szkole czy do którego nauczyciela należy dany samochód). Dziewczyna podkreśla, że miała bardzo dobre relacje z wychowawczynią, a z nauczycielem angielskiego dalej utrzymuje kontakt. Niestety nie może powiedzieć tego o historyku, na którego lekcjach pewnych kwestii nie należało poruszać. Tu objawia się kolejny pozytyw życia w mieście według Kamili – brak tematów tabu. „Warszawa jest bardziej otwarta pod względem światopoglądowym. Tu mogę powiedzieć, że jestem ateistką i nikomu to nie przeszkadza. Na wsi dla własnego dobra poszłam do bierzmowania, bo wiedziałam, że ludzie by zaczęli na mnie krzywo patrzeć”– stwierdza . W mieście nie boi się powiedzieć, że raczej nie poczuwa się do bycia wielką patriotką, na wsi już tak.

 

Z biegiem dni

Dużo czasu spędza w BUWie, bardzo lubi atmosferę panującą w bibliotece. To tam najczęściej się uczy. Mówi, że w akademiku czy w domu, jak wraca na weekend, nie potrafi, nie może się skupić. Sama przyzwyczajona do mieszkania w domu, pytam Kamili jak odnalazła się w akademiku. Mówi, że początkowo przeszkadzała jej ciasnota, jej pokój w Śniadkowie był paręnaście razy większy i nie musiała go dzielić z dwoma innymi osobami. Cieszy się, że omijają ją kolejki do pryszniców. Jest nocnym markiem, więc gdy idzie się kąpać, wszyscy już śpią. Gorzej z kuchnią, czasami zdarza jej się stać głodnej w kolejce do piekarnika. „Nasłuchałam się też historii o imprezach w akademikach, ale na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Oczywiście, nie ma całkowitej ciszy, słychać jak ktoś się kłóci czy gdy u kogoś gra muzyka, ale da się wytrzymać” – opowiada. Pytam, czy tęskni za czystym wiejskim powietrzem, zwłaszcza teraz, gdy nad Warszawą krąży widmo trującego smogu. Krzywi się. „Jakie czyste powietrze, sady śmierdzą opryskiem. (chodzi ozabieg ochrony w sadzie, drzewa opryskuje się różnymi substancjami). Kiedyś przyjechała do mnie koleżanka z miasta i zachwycała się świeżym powietrzem. Nie rozumiałam jej, dla mnie jest to okropny zapach, mieszanka siarki i zgniłych jaj. Nienawidzę go” – zdradza. Dzięki koleżance doceniła za to urok widoku ze swojego okna, na który kiedyś nie zwracała uwagi. Okno wychodzi na sad – „Najładniej wygląda na wiosnę, gdy drzewa są białe od kwiatów”.

 

Pamięta dziwne uczucie, które towarzyszyło jej, gdy pakowała się do Warszawy i rozglądała po pustoszejącym pokoju. Powoli traci poczucie, że wraca do siebie, bo wszystkie jej rzeczy są teraz w akademiku. „Czuje się trochę jak w pokoju gościnnym” – dodaje smutno. Chyba staje się coraz bardziej warszawska. Może nawet zacznie narzekać na ZTM.

 

Tekst: Karolina Chojnacka
Zdjęcia: Pixabay: Darmowe obrazy

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Przebieg produkcji filmowej na przykładzie dokumentu „15 stron świata”
Hanna Polak: Razem z bohaterami walczy o lepsze czasy

Hanna Polak: Razem z bohaterami walczy o lepsze czasy

Z reżyserką, producentką i autorką zdjęć Hanną Polak rozmawia Bartosz...

Name required

Website