Czas na rewolucję?

 

Polski film dokumentalny zdobywa nagrody na międzynarodowych festiwalach, otrzymuje nominacje do Oscara, ma kilku znanych na świecie twórców, wiele młodych talentów, a czasem wywołuje nawet dyskusje. To sugeruje, że jest w świetnej kondycji. Ale czy rzeczywiście?

 

Kadr z filmu „Nadejdą lepsze czasy” w reżyserii Hanny Polak. Dokument otrzymał główną nagrodę na Docs Against Gravity Film Festival (fot. materiały prasowe)

 

Jeśli chodzi o nagrody festiwalowe – ich liczba nie zawsze idzie w parze z rangą. Coraz więcej jest bowiem festiwali i przyznawanych laurów, a nagradzane filmy to nie tylko perły. W „przemyśle festiwalowym” są różne piętra, na których zderzają się ze sobą mody, komercja, polityka i prawdziwa sztuka dokumentu. Istnieją lobbing, marketing i reklama, PR i fachowa ocena. Trzeba mieć w tym rozeznanie, odróżniać ziarna od plew i ciesząc się z nagród, mieć do nich dystans. Zwłaszcza wtedy, gdy w ślad za sukcesami festiwalowymi nie idą sukcesy dystrybucyjne. A polski dokument słabo się sprzedaje zarówno na krajowym, jak i międzynarodowym rynku. Sukcesy festiwalowe rzadko przekładają się na frekwencyjne w kinach i ekonomiczne dla twórców i producentów. Dlaczego tak się dzieje? „Pilnie poszukiwana“ jest odpowiedź na to pytanie. Jedno z wielu, które warto dzisiaj stawiać.

 

Świat nieopisany 

 

Nie da się ukryć – rozmaitych dokumentów powstaje obecnie w Polsce dużo więcej niż przed dziesięciu czy dwudziestu laty. Tyle że za dokumenty niejednokrotnie uchodzą telewizyjne reportaże, rozmaite dokumentalne formy i sformatowane na jedno kopyto obrazki z podróży. Filmów sensu stricto dokumentalnych, dopracowanych i pogłębionych, produkujemy mało. Tak mało (lub są tak słabo promowane ), że Polska lat 70. ubiegłego wieku wydaje się ciekawiej opisana niż nasz kolorowy kraj i jego obywatele po 1989 roku. A przecież nie ma dzisiaj cenzury politycznej (choć jest inna – korporacyjna, rynku, dystrybutorów, nadawców ), nie brakuje reżyserów, kamer ani taśmy.

 

Tymczasem z kopalnii tematów, jaką są polskie przemiany ustrojowe, jej losy i paradoksy – mało się wydobywa. Nie są ciekawie i nowocześnie zdokumentowane zderzenia starego i nowego ładu, światy celebrytów i wykluczonych, „lemingów“ i  „słoików“, konflikty obyczajowo-światopoglądowe, ważne postacie historyczne, ludzie wielkiej i małej polityki, głośne zjawiska artystyczne, osiągnięcia naukowe, sportowe, itp.

 

Rzadko udaje się realizować dokumenty epickie, wieloźrodłowe, przekrojowe, wymagające licznych podróży, zaangażowania wielu ludzi, korzystania z dekoracji, inscenizacji i bogactwa drogich dzisiaj, ale dostępnych przecież materiałów archiwalnych. Filmy o sztuce, eseje czy seriale dokumentalne są prawie nieobecne w kulturze (może zostaną z niej wyparte raz na zawsze przez kolejną wersję „pytania o gotowanie“?). Na dodatek nasi dokumentalisci coraz częściej poszukują tematów poza Polską. To nie jest zarzut, ale warto się zastanowić, dlaczego tak jest. Co sprawia, że bardziej interesuje ich busz afrykański aniżeli busz polski? Ciekawe też, z jakiego powodu polską specjalnością stały się dokumenty kameralne – z jednym lub najwyżej kilkoma bohaterami, realizowane przez bardzo małe i mobilne ekipy, w dość krótkim czasie i niewielu miejscach. Dlaczego brakuje polskiemu kinu dokumentalnemu rozmachu i rożnorodności, a także producentów z prawdziwego zdarzenia?

 

 

Klasa kasa i nisza

 

Najprostsza odpowiedź wydaje się trafna – to niedostatek pieniędzy sprawia, że polski dokument jest ubogi – realizacyjnie, tematycznie i gatunkowo. Przy produkcji dokumentów oszczędza się niemalże na wszystkim. Z powodu nędzy finansowej mamy… dobre dokumentalne kino autorskie i tzw. filmy festiwalowe, ale nie stać nas na szeroką promocję, edukację i konsekwentne upowszechnianie. Paradoksem jest, że nawet filmy nagradzane na prestiżowych imprezach pokazywane są w telewizyjnych niszach.

 

Żale, które od lat wylewane są przez środowisko dokumentalistów pod adresem TVP (nadawcy publicznego, z założenia niekomercyjnego, choć w praktyce – przeciwnie) są uzasadnione. Zapowiadany i oczekiwany kanał tematyczny TVP Dokument nie powstał. Czy znacząco ożywiłby on zainteresowanie wysokiej klasy dokumentem, wzmocnił jego społeczne znaczenie i oddziaływanie? Zapewne tak i dlatego o ten kanał nadal trzeba walczyć. Podobnie jak o większą obecność filmów dokumentalnych w kinach, szkołach, na uniwersytetach i w ośrodach kultury.

 

W dzisiejszym, pełnym medialnych kreacji świecie, prawda ucziwego dokumentu jest nieoceniona. Ale – nie ukrywajmy – jej produkcja, dystrybucja, promocja, upowszechnianie, są kosztowne. Dlatego środków na dokument trzeba szukać w wielu nowych miejscach (np. w ministerstwach i korporacjach). Tak robi się w wielu krajach. A u nas potrzebna jest rewolucja – w myśleniu i działaniu. Bo spektakularne sukcesy polskich filmów dokumentalnych mogą nas uśpić. I trafią one nie do widzów, lecz do „piwnicznej izby“. I tam dopiero będzie prawdziwy underground…

 

 

Stanisław Zawiśliński