Czesław Czapliński: Więcej niż finał

[spider_facebook id=”2″]

 

Zajmujemy miejsce w kawiarni przy placu Konstytucji. Po chwili wchodzi Czesław Czapliński i proponuje, żebyśmy się przesiedli do innego stolika. Chce mieć dobry widok na plac i Marszałkowską, bo – jak twierdzi – właśnie one najbardziej w Warszawie przypominają mu Park Avenue w Nowym Jorku. Pytania zadają Agnieszka Wilkos i Bartosz Wróblewski.

 

Alicja Kapuścińska, Artyści w Łazienkach_04

Czesław Czapliński jest organizatorem spotkań „Artyści w Łazienkach”. W październiku ubiegłego roku gościem specjalnym wydarzenia była Alicja Kapuścińska (fot. Aleksandra Kopeć)

 

Czesław Czapliński: Niedawno kupiłem synowi zegarek na rękę z aparatem i kamerą. Kosztował kilkaset dolarów, ale to już się robi norma. Trzeba mieć taki sprzęt, jeśli się chce dokumentować rzeczywistość.

 

Jeszcze tylko brakuje, żeby był w nim telefon. A może i komputer.

Akurat dzisiaj jestem bez komputera i to jest dramat – nie wiem, co ze sobą zrobić. Chyba książkę napiszę. To poważna sprawa, jak elektronika nas zdominowała. Banki, energetyka, światła drogowe – wszystko jest sterowane elektronicznie, ewentualnie za pomocą internetu. Jakby tego na dłużej zabrakło, to mamy koniec świata. Lepiej z tym coś zróbcie, bo to poważna sprawa. Ja jestem mało interesujący.

 

A my chcemy właśnie z panem i właśnie o fotografii porozmawiać. Bo codziennie i zewsząd zalewają nas zdjęcia. Dobre są te zdjęcia?

W szkole podstawowej uczymy się literek, potem piszemy słowa, a później potrafimy już napisać list. Wyobraźmy sobie, że nie umiemy pisać, ubiegamy się o pracę i wysyłamy list, który w każdym wyrazie zawiera błąd, jest okropny stylistycznie i jeszcze napisany jak kura pazurem. Co robi z nim adresat? Do kosza, nieprawdaż? A dzisiaj w dużej mierze komunikujemy się obrazem. Ktoś bierze telefon, cyk, a potem wysyła te śmieci. Nieskadrowane, nieprzemyślane, bez szacunku dla odbiorcy. I żeby się bardziej pogrążyć, wysyła je na Facebooka czy Twittera, gdzie są nie do usunięcia, więc zostaje z tym bałaganem na zawsze. I jeszcze się dziwi, że nikt nie reaguje na jego obrazy. Ale ludzie często nawet nie wiedzą, że ich zdjęcia nie są dobre.

 

Co z tym zrobić?

Uczyć komunikacji wizualnej w szkołach, od najmłodszych lat, tak jak pisania i czytania. To jak walka z analfabetyzmem.

 

0403-32 Kantor Tadeusz 1982 fot.Cz.Czaplinski

Tadeusz Kantor (fot. Czesław Czapliński)

 

Jaką fotolekcję najlepiej pan zapamiętał?

W 1979 roku robiłem zdjęcia podczas pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce. Dwa tygodnie później poleciałem do Nowego Jorku i od razu poszedłem do „New York Times’a”. Myślałem, że mam świetny materiał, sprzedam go i będę milionerem. A tam mnie zapytali, dlaczego nie przyszedłem z tym dwa miesiące temu. – No jak to? – pytam – przecież wizyta była dwa tygodnie temu! – Ale my na ten materiał lepiej byśmy się przygotowali. Wtedy zrozumiałem, że reportaż to nie droga dla mnie; że zamiast gonić rzeczywistość, wolę tworzyć świat, do którego inni będą chcieli wejść. Chciałem robić coś, co będzie tylko moje, a nie ścigać się z czasem i gonić z aparatem za wydarzeniami razem z masą innych fotografów. Nie chcę się z nikim mierzyć, bo to nie jest mi do niczego potrzebne.

 

Nie porzucił pan jednak fotoreportażu. W 1989 roku zrobił pan przecież głośny materiał o „Solidarności”. Opowie pan, jak powstał?

Zaczęło się od wystawy „Twarzą w twarz” w „Zachęcie”, gdzie pokazywałem swoje portrety wybitnych. Jednym z nich był Bronisław Geremek, który zaprosił mnie wtedy do Gdańska. Podał mi datę i adres, kupiłem bilet i pojechałem. Już w przedziale siedziałem z prof. Henrykiem Samsonowiczem, później ministrem edukacji narodowej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Ale to jeszcze nie wzbudziło moich podejrzeń, że jadę na tak ważne wydarzenie. Dopiero kiedy dotarłem pod plebanię kościoła św. Brygidy i zobaczyłem, że są tam chyba wszystkie telewizje świata, to pomyślałem: – po co ja tu przyjechałem? Wszyscy stali pod plebanią, o wejściu do środka nie było mowy. Nagle pojawił się Geremek i zaczęliśmy rozmawiać. Patrzę, jedzie volkswagen, a za kierownicą Wałęsa. Robię zdjęcie, a on się zatrzymuje obok nas, wychodzi i podaje nam rękę. Poczułem się ważny.

 

A to dopiero początek.

Tak, wzięli mnie w środek i idziemy. A ci wszyscy fotoreporterzy robią zdjęcia i tylko słyszę, jak klną: – Kim jest ten ch… w środku, jak my to podpiszemy? Doszliśmy do wejścia na plebanię, gdzie w drzwiach stał monumentalny ksiądz Jankowski. I wpuścił nas trzech. W środku był wielki stół ze śniadaniem. Siadam do niego razem ze wszystkimi i widzę, jak Geremek podaje Wałęsie kiełbasę – to zdjęcie trzeba było zrobić, bo to było niepowtarzalne. I zacząłem robić więcej zdjęć, a byli tam też Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Marek Edelman, Adam Michnik, w ogóle wszyscy najważniejsi doradcy Wałęsy.

 

1755-35 020489 Kosciol Sw.Brygidy Gdansk Okragly Stol Walesa Geremek fot.Cz.Czaplinski

Lech Wałęsa i Bronisław Geremek na plebanii kościoła św. Brygidy podczas ustalania strategii Okrągłego Stołu (fot. Czesław Czapliński)

 

I nikt nie zwracał na pana uwagi?

Po śniadaniu, jak przeszliśmy do sali głównej, tuż przed rozpoczęciem ustalania strategii Okrągłego Stołu, który miał się rozpocząć za dwa dni, Edelman wskazał na mnie palcem i głośno zapytał: – Kto to jest? A Geremek spokojnie odpowiedział: – Ktoś musi to fotografować. To facet z Nowego Jorku, nie jest tu w nic uwikłany. – Ale jak to? – zapytał Edelman – Przecież my tu omawiamy najważniejsze sprawy, a jego nikt nie zna. – Ja go znam – odpowiedział Geremek. – Panie Czapliński, czy może pan podnieść rękę do góry i przyrzec, że to, co pan tu usłyszy, zostawi pan dla siebie? – Tak – odpowiedziałem. I zatrzymałem to dla siebie. Taki fotoreportaż ma dla mnie sens, bo byłem jedynym, który to pokazał.

 

Lubi pan być jedyny. Najgorsza w fotoreportażu jest wtórność?

Jest wiele rzeczy, które można zepsuć w fotoreportażu. Jak się gdzieś jedzie, trzeba się przygotować i wiedzieć, co możemy tam spotkać. Powinno się jechać z pomysłem, ale i tak się zazwyczaj okaże, że rzeczywistość nas zaskoczy, bo jest ciekawsza, niż się spodziewaliśmy. Czasem udaje się zrobić coś wartościowego bez planu, ale o tym decyduje przypadek. Żeby regularnie robić wartościowe rzeczy, trzeba być przygotowanym.

 

Samo przygotowanie się jednak nie wystarczy. Co wyróżnia dobrego reportera?

Jesteście z Fundacji, bierzcie przykład z Kapuścińskiego. To był facet o niewyobrażalnej precyzji przygotowania, zbierania materiału i pracy. Potrafił czytać całą książkę, żeby napisać jedno zdanie, podczas gdy inni gdzieś jadą, robią kilka zdjęć, szybko piszą tekst, biorą pieniążki i dalej. Dobry reporter traktuje ludzi z szacunkiem, a nie sobie z nich kpi. Jeżeli ktoś mi pokazuje niechlujny materiał albo nudy na pudy, na które nikt nie chce patrzeć, to uważam, że sobie ze mnie żartuje, że nie ma do mnie szacunku. I dotyczy to nie tylko fotoreportażu, ale życia w ogóle. Dobry reportaż to harówka, często obserwuje się coś latami, żeby wreszcie wydobyć z tematu syntezę i jeszcze odcisnąć na nim swoje kreatywne piętno. Ludzie często zatrzymują się na efekcie jakiegoś procesu, zamiast pokazać go głębiej. Idą, powiedzmy, ulicą Nowego Jorku, widzą biedaka pod murem i robią mu zdjęcie. Mnie to nie interesuje. Wolałbym pokazać, dlaczego on jest biedny, zobaczyć gdzie mieszka i jak żyje, zamiast epatować biedą i rejestrować sam finał jego niepowodzeń. Puste półki i zdjęcie czołgu na tle kina „Moskwa” to za mało, żeby powiedzieć coś o PRL. Fotografia sprawia mi radość, ale jest życiem, a nie zabawą. Trzeba traktować siebie i widza poważnie.

 

1801-24 072489 Kapuscinski Ryszard Warszawa fot.Cz.Czaplinski

Ryszard Kapuściński w swojej pracowni (fot. Czesław Czapliński)

 

Jest pan znany z portretowania sław. Najtrudniej jest do nich dotrzeć?

Też kiedyś myślałem, że jak się przebiję przez ochronę, otoczenie, przez te wszystkie sekretarki, to wystarczy. Zrobię zdjęcia i będę świecił światłem odbitym gwiazd. Ale dopiero jak się przebiłem, zobaczyłem, co mnie czeka. Te osoby mają portfolia, całe książki swoich zdjęć. Mają już ulubione strony, pozy, stroje, np. tylko z wysokim kołnierzykiem, bo szyja jest zbyt pomarszczona. Najtrudniejsze jest więc to, że trzeba się przebić przez te wszystkie zdjęcia, pokazać coś swojego. Ale wszedłem w to i brnę do dzisiaj. A jak mam dość ludzi, to robię egzotyczne kwiaty w studio.

 

W czym tkwi sekret dobrego portretu?

W tym, co powstaje między ludźmi w czasie sesji, a czego nie da się opisać. Zaczyna się od zaufania, które wynika z tego, że coś o sobie wiemy i nie musimy sobie od początku opowiadać świata. Nie rozmawiamy o banałach. Dobre zdjęcie wyłania się z wzajemnego stosunku, z łączności, którą nawiązaliśmy. W 1995 roku robiłem cykl o znanych Polakach – „Ojcowie i córki” – dla „Twojego Stylu”. Jedną z takich par byli Wojciech i Monika Jaruzelscy. Wymyśliłem sobie wtedy, że zrobię Jaruzelskiego bez ciemnych okularów. Siedzimy, rozmawiamy i myślę sobie: jak to zrobić? W końcu towarzyszący Jaruzelskiemu ochroniarz mówi, że zaraz muszą pojechać w inne miejsce, więc powiedziałem nieśmiało, że mam pewien pomysł. – No niech pan już mówi! – odpowiedział Jaruzelski. Mówię mu o tych okularach. Myślałem, że będzie z tego awantura, a on: – Naprawdę by pan tak chciał? – Spróbowałbym. I on podniósł okulary, a ja zobaczyłem te jego chore oczy, czerwone spojówki. I powiedziałem: – Niech pan zostanie w okularach. To właśnie było wzajemne zaufanie, historia ważniejsza od samego zdjęcia.

 

Zdarzyło się panu fotografować kogoś bez przygotowania?

Chciałem kiedyś fotografować Picassa. Niestety, zmarł, więc pomyślałem, że zrobię zdjęcia wszystkim, którzy byli wokół niego. Rozsiałem wieści po Nowym Jorku i jako pierwszą miałem okazję fotografować Françoise Gilot. Dostaję telefon, że mam jechać do jej studia na piątą aleję, a wiedziałem wtedy o niej niewiele – że była jego żoną i mieli razem córkę Palomę. Przyjęła mnie, a już podczas oprowadzania koniecznie chciałem się popisać swoją rozległą wiedzą o jej byłym mężu, którym byłem zafascynowany. Odnosiłem jednak wrażenie, że im więcej mówię, tym mniej jest miło. Mija pół godziny, a ona mówi, że narobiłem już tych zdjęć i mogę iść. Atmosfera była nieciekawa. Wracam do domu, dzwonię do osoby, która mnie z nią umówiła, i wszystko opowiadam. A ona pyta: – O czym z nią rozmawiałeś? – Jak to o czym, o jej mężu. – Co ty narobiłeś? Powinieneś był przeczytać jej książkę „My life with Picasso”, bo to był wyjątkowo toksyczny związek, a ty go jej przypominałeś…

Dlatego fotografowanie kogoś, o kim się nic nie wie, uważam za niebezpieczne. Ale żeby nie było tak dramatycznie, to właśnie moja niewiedza w tym wypadku mi pomogła. Gilot fotografowałem na tle jej obrazów. Kiedy mówiłem o Picasso, robiła się posępna. Wysłałem jej kilka zdjęć z sesji. Otrzymałem piękny list, że jestem pierwszy, który nie fotografował jej jako słodkiej idiotki, i będzie używała moich fotografii. To otworzyło mi drogę do Palomy i dalej.

 

0419-13 1982 Gilot Francoise fot.Cz.Czaplinski

Françoise Gilot (fot. Czesław Czapliński)

 

Dużo pan robi zdjęć podczas jednej sesji?

Zdjęcie powinno powstać po pierwszych pięciu czy dziesięciu naciśnięciach na spust migawki. Albo jest współpraca, albo jej nie ma. Pstrykam kilka razy i dziękuję. Mam materiał – to się wie. Ludzie często się dziwią, że tak szybko, a mnie dziwią te bajki o fotografowaniu godzinami, aż gość się zmęczy.

 

Metoda ze zmęczeniem jest chyba dość popularna. W kinie stosował ją m.in. Robert Bresson. Podobno dzięki zmęczeniu ludzie przestają pozować i łatwiej jest uzyskać autentyczność. Może w dzisiejszych czasach to dobra metoda, zwłaszcza w przypadku tych osób, które ciągle pozują.

A może takich osób w ogóle nie warto fotografować? Bo jeżeli ktoś ciągle kogoś udaje, to niech się buja sam ze sobą. Tacy ludzie zawracają tylko głowę. Albo ktoś jest szczery, autentyczny i chce tego zdjęcia, albo nic wartościowego nie powstanie. Bo jak? Chyba jedynie przez przypadek. Ale to żaden powód do dumy, bo każdemu może się udać.

 

W „Śniadaniu mistrzów” Kurt Vonnegut pisze, że w Luwrze turysta zatrzymuje się przed Mona Lisą średnio na 30 sekund. A pan tak szybko robi zdjęcia. A jak długo się pan w nie wpatruje?

Wpatrywania się w zdjęcia uczył mnie właśnie Ryszard Kapuściński. Jak on opisał te fotografie w „Szachinszachu”, a przede wszystkim – jak się do tego przygotował, co w nich wypatrzył! Wiele zależy nie tylko od zdjęcia, lecz także od tego, kto się w nie wpatruje.

 

Czesław Czapliński

Czesław Czapliński (fot. Aleksandra Kopeć) – polski fotograf, autor kilkudziesięciu wystaw na całym świecie, m.in. w: Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta” w Warszawie, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Narodowym w Warszawie, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, a także w Nowym Jorku, Chicago, Nicei, Moskwie, Londynie, Monachium i Brukseli.

Specjalizuje się w portretach, do których pozowali m.in.: Muhammad Ali, Maurice Béjart, Leonard Bernstein, Bernardo Bertolucci, Cindy Crawford, Oscar de la Renta, Umberto Eco, Michael Jackson, Calvin Klein, Jerzy Kosiński, Luciano Pavarotti, Paloma Picasso, Roman Polański, Isabella Rossellini, Andy Warhol oraz wiele innych sław.

Dokumentował ważne wydarzenia, m.in. wizytę Jana Pawła II w Polsce, przygotowania „Solidarności” do Okrągłego Stołu, Zgromadzenia Ogólne ONZ w Nowym Jorku czy wizytę Goerge’a Busha w Polsce. Wieloletni przyjaciel Ryszarda Kapuścińskiego, którego ceni i wspomina z największym uznaniem.

 

C0423-04 050589 Glowacki Janusz NY East Village fot.Cz.Czaplinski

Janusz Głowacki (fot. Czesław Czapliński)

 

1374-09 032387 Deneuve Catherine NY fot.Cz.Czaplinski

Catherine Deneuve (fot. Czesław Czapliński)

 

1755-27 020489 Kosciol Sw.Brygidy Gdansk Okragly Stol Walesa fot.Cz.Czaplinski

Lech Wałęsa (fot. Czesław Czapliński)

 

GEREMEK B. 1694-05 091988 fot.Cz.Czaplinski

Bronisław Geremek (fot. Czesław Czapliński)