Człowiek instytucja


– „Klapa, on umrze”, lekarze machnęli na mnie ręką. Astma, tłumaczyli po latach rodzice – opowiada Wojciech Łazowski. Nie umarł, a dziś jest zapalonym propagatorem siatkówki na piasku w Gorzowie Wielkopolskim. Chociaż plażówka nie była jego pierwszą miłością, stała się miłością jego życia.

Gorzów Wielkopolski – miasto rozsławione dzięki żużlowi. Bądź co bądź, ten sport stadionowych zjadaczy słonecznika, nie jest jedyną dyscypliną w tej stolicy lubuskiego. W 1956 roku na świat przyszedł tu Wojciech Łazowski – działacz sportowy, propagujący siatkówkę plażową nad Wartą.

Wykluczenie

Pierwsze wspomnienie, jakie zachował w pamięci, to pożar budynku po drugiej stronie ulicy Armii Polskiej. – Ludzie wyrzucali przez okna pierzyny, wszystko, co chcieli uratować – wspomina. Z rodzicami, bratem i siostrą mieszkali wtedy blisko centrum miasta. W domu palili węglem. Dopiero drugie lokum wyposażone było w centralne ogrzewanie. – Chodziłem do „siedemnastki”, moim wychowawcą był wuefista, ale do szóstej klasy nie mogłem chodzić na jego zajęcia, bo jak byłem mały, to chorowałem na astmę, tak mówili rodzice. Lekarze w szpitalu mówili „klapa, on umrze”. Rodzice postarali się o prywatne leczenie – opowiada. Po powrocie do zdrowia, w  siódmej klasie, zaczął chodzić na zajęcia. Po szkole oglądał, jak jego nauczyciele grają w siatkówkę i wtedy się nią zainteresował. Jeździł na halę sportową i z balkonu obserwował grę.

Obrona, atak

Po podstawówce uczył się w Zespole Szkół Elektrycznych w Gorzowie. Nawiązał tam wiele znajomości. Po lekcjach często chodził na zabawy. – Miałem kolegów z Zawarcia (dzielnica Gorzowa). Dobrze było ich znać, bo jak się szło na zabawę, to żeby w papę nie dostać… Inaczej człowiek by nie wszedł. Zatem razem z nimi wchodziłem i wychodziłem. A klub nazywali Teksas. Zabawa, bijatyka, zamykali na miesiąc. Po miesiącu znowu otwierali i zaraz znów musieli zamykać. Tak to tam funkcjonowało.

W trzeciej klasie, dzięki uprzejmości siatkarza Jurka Walczaka, zainteresowany sportem Wojciech Łazowski zaczął chodzić na treningi siatkówki. Chciał się rozwijać. Później kolega zaproponował mu judo. Zdobył pomarańczowy pas. – Nieraz się przydał. Kiedyś wracaliśmy z treningu i jakieś chłopaki nas dopadły. A tu TRACH przez łokieć na bruk i JEB! Nadjeżdżał tramwaj, wskoczyliśmy szybko, a ich już chmara leciała – opowiada Łazowski.

Po skończeniu zawodówki, podjął naukę w technikum. Jak jednak mówi, wytrzymał kilka miesięcy – „już mu się nie chciało”.

Dezerter?

Pieniędzy nie miał, a z dziewczynami spotykać się chciał. Zaczął pracować w Stilonie, potężnej gorzowskiej fabryce, która w latach świetności zatrudniała ponad dziesięć tysięcy pracowników. Niedługo potem dostał wezwanie od Wojskowej Komendy Uzupełnień z poleceniem zrobienia prawa jazdy. – Wykładowca się na nas wyżywał. Zrzucił książki z blatu i do mnie „podnieś”. Ja „nie, nie podniosę”. Kazał mi wstać i wyjść. Później nie żałowałem, że nie zdałem kursu, bo trafiłem do łączności – opowiada Wojciech Łazowski. Powołanie otrzymał w 1975 roku. Przydział – Skwierzyna – trzydzieści kilometrów od Gorzowa. – Koledzy strasznie pili. Jak przyjechaliśmy, zaprowadzili nas na halę sportową, a tam z maszynkami elektrycznymi stanowiska. Kolega pierwszy usiadł. Wszyscy takie pióra, „iiijąąą”, mu przejechał przez środek, podali lusterko, a ten taki wypity rozpłakał się – opowiada. Początkowo Wojciech Łazowski w wojsku nie czuł się źle. Później przez rok nie dostał urlopu, więc uciekł na kilka dni. Został złapany i trafił do aresztu. Po trzech dniach wrócił do jednostki, gdzie w międzyczasie zmienił się dowódca. – Zajechaliśmy do Skwierzyny, idziemy do jednostki, przed nami te zlewy [podoficer zawodowy – przyp. aut.] idą, te poruczniki, kapitany i naraz jeden z nich się ogląda, taka twarz o Jezus Maria! „A to kurwa on? To on? To on spier…?”. I do mnie „Ja ci kurwa dam” – wspomina Wojciech Łazowski. Gdy w jednostce „nowy” wezwał go do siebie, przyznał, że tęsknił za dziewczyną, że po paru dniach by wrócił. Dowódca przestał krzyczeć, ale Łazowski dostał czternaście dni aresztu w zawieszeniu na siedem miesięcy. Po jakimś czasie jego karę odwieszono, miał czyste konto. Od tamtej pory dostawał urlopy za oddawanie krwi, czy wygrane zawody strzeleckie.

RKM i w nogi!

W wojsku najbardziej lubił wyjazdy na poligon. Tam z kolegami z łączności, na wzgórzu przy lesie, wyciągali długie anteny i nadawali w alfabecie morsa. Dobrze wspomina również grę w piłkę. Było też niestety dużo „chamstwa”. Po trzymiesięcznym okresie przygotowawczym trafił do pododdziałów. Z kolegami, jako nowi, musieli biegać po długim korytarzu wyłożonym płytkami. Gdy te robiły się brudne, musieli je myć. – Mieliśmy szczotki ryżowe, kijki, mydło. Przejechaliśmy korytarz, potem trociny się sypało, żeby wyschło. Później pastowało się fugi. Używaliśmy takich szczoteczek i robiliśmy nimi kółeczka. Jak to się lśniło! Zrobiliśmy to i znów kazali biegać. Tak całą noc – opowiada Łazowski. Wspomina dzień, w którym podczas czyszczenia korytarza, dowódca pod wpływem alkoholu wystawił ręczny karabin maszynowy. – Normalnie broń wystawił, postawił na nóżkach, to co, czekałabyś? Przez okno i każdy spierdzielał.

„Przytulanie”

Z wojska wyszedł w 1977 roku i od razu wrócił do pracy w Stilonie. Tam poznał swoją przyszłą żonę – Elżbietę. Po raz pierwszy zobaczył ją, gdy grała w meczu piłki nożnej. Zachwycił się wtedy jej kondycją fizyczną, którą później, jak mówi, zniszczyły papierosy. Chodzili razem na zabawy. – Była zima 1978, poszliśmy na sylwestra do koleżanki, no i tam się bawiliśmy. Było tak zimno, żeśmy się przytulali i się musieliśmy za mocno przytulać – żartuje Wojciech Łazowski. Dokładnie dziewięć miesięcy później urodził się ich pierwszy syn – Jacek. Wcześniej, w kwietniu wzięli ślub. Pod kościół podjechali ówczesnym „szczytem techniki”– Fiatem 125p. – Wesele trwało trzy dni, dwie noce. Jedni wychodzili, drudzy wchodzili – wspomina. – Nawet listonosz się napił z teściem.

W 1980 r. Łazowscy dostali przydział na mieszkanie w wieżowcu wybudowanym dla młodych małżeństw. – Boże, do czego tam dochodziło! Koleżanka wraca z drugiej zmiany, a mąż siedzi przy stole z inną kobieta na kolanach, popijają wino, bo dzieci uśpione, wszystko gra i buczy. My na szczęście dostaliśmy osobne mieszkanie. Wytrzymaliśmy pięć lat. Gdy moja siostra wychodziła za mąż, jej mieszkanie zostało puste i właśnie tam się wprowadziliśmy. Nasz młodszy syn, Krzysztof, miał wtedy roczek.

Plaża na Czereśniowej

W Stilonie Łazowscy z chęcią brali udział w zakładowych spartakiadach. Z roli uczestników, stali się organizatorami. W działalność wkładali całe serce. Pod koniec lat osiemdziesiątych, po przemianach systemowych, żona Łazowskiego pracowała w spółdzielni mieszkaniowej jako sprzątaczka. W 1990 roku Łazowscy otworzyli warzywniak. Kilka lat później ZTKKF Stilon (Zakładowe Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej) dostało od miasta w użyczenie kompleks, wtedy zrujnowanych, boisk przy ulicy Czereśniowej. Nosił on już nazwę „Kukuła”, którą wymyślił Antoni Galiński, prezes TKKF-u Górczyn. Łazowscy postanowili rozbudować boiska. Na plac wjechał ciężki sprzęt, koszty pokrył Stilon. Powstały boiska głównie do piłki nożnej, na których urządzano festyny dla tysięcy osób. – Dziewiętnaście lat temu wpadliśmy na pomysł. Jeździłem z Elą nad Nierzym [jezioro na północny-wschód od Gorzowa – przyp. aut.] na rybki. Patrzymy, że grają tam w siatkówkę plażową – mówi Wojciech Łazowski o początkach. To wtedy zrodził się pomysł zorganizowania siatkówki plażowej również na Czereśniowej. Stilon pomysł przyjął i powstały dwa boiska. W 2001 roku odbyło się tam pierwsze „Grand Prix Lata” (później „Grand Prix Gorzowa o Puchar Prezydenta Miasta”). – Cały czas byliśmy razem, od samego początku. My i nasi synowie – opowiada żona Wojciecha Łazowskiego, Elżbieta. – Wycinaliśmy krzaki, sprzątaliśmy, ja sędziowałam. „Kukuła” jest moim i Wojtka dzieckiem. Córeczką, o!

Wolontariat

Niestety, niedługo po otwarciu boisk, osoby zaangażowane zaczęły się wykruszać. Na polu bitwy Łazowski został więc z żoną Elżbietą i kumplem z pracy – Mirkiem Mozolewskim, który do dziś wspiera „Kukułę”. TKKF wpadł w długi. Pana Wojtka (ówczesnego wiceprezesa i członka zarządu), nie zawiadomiono, że konto przejął komornik, pieniądze od sponsorów przepadły. W 2017 roku, jako odłam TKKF-u, powstał Międzyszkolny Uczniowski Klub Sportowy (MUKS) „Stilon” Gorzów, któremu miasto przepisało teren przy ulicy Czereśniowej. Od tamtego momentu, Wojciech Łazowski jest kierownikiem obiektu sportowego. Dziś mija dwadzieścia lat, jak dba o kompleks boisk, co godzi z pracą jako konserwator w I Liceum Ogólnokształcącym w Gorzowie (od piętnastu lat). – To jest oszołom w dobrym sensie. Rano wstaje i na „Kukułę”. Po pracy „Kukuła”. Ciągle „Kukuła” – mówi Elżbieta Łazowska. Jej mężowi za pracę nikt nie płaci. Od miasta uzyskał dwadzieścia tysięcy, zdecydowanie za mało na zrealizowanie marzeń. Pomimo wieku (w 2020 roku skończy 64 lata), jest gotowy stawiać przed sobą nowe wyzwania. Plany są bardzo ambitne, brakuje tylko pieniędzy. Pan Wojtek polega więc na sponsorach, dochodach z licytacji i wpisowych podczas wakacyjnych turniejów. Pomagają mu również sportowcy (głównie siatkarze), którzy często za darmo przychodzą i pomagają dbać o boiska oraz upiększać teren. Wojciech Łazowski nieraz korzysta z własnych pieniędzy. – Zawsze jestem pełna podziwu i niedowierzania, jak bardzo angażuje się w organizacje turniejów – mówi jedna z bywalczyń „Kukuły”, Ola Leśnicka. – Stworzył tu dom, rodzinę, małą społeczność. Nie ma drugiego takiego miejsca.

Fundusze, jakie udało się pozyskać, Łazowski do tej pory chował w sejfie. Po złych doświadczeniach z TKKF-em nie ufał innym. W styczniu 2020 roku pojawiło się światełko w tunelu. Z prezesem MUKS „Stilon” założył oficjalne konto bankowe przeznaczone tylko na „Kukułę”. – Mógłbym utworzyć jakieś stowarzyszenie, ale to wiąże się z formalnościami. Na to trzeba mieć czas i się znać – mówi Łazowski. – Jakby ktoś młody tu był… ale ja właściwie jestem sam – załamuje ręce.

Nadzieja umiera ostatnia

Nikt nie wie, jaka będzie przyszłość „Kukuły”. Wojciech Łazowski jest pewien jednego – los kompleksu zależy od stanu jego zdrowia oraz od osób, które przyjdą z łopatą i mu pomogą. – Kiedy pan Wojtek coś robi, to wkłada w to całe swoje ogromne serducho. Nieważne, czy jest to Grand Prix Gorzowa w plażówce, czy napisanie piosenki o „Kukule” w rytmy zagranicznych i polskich hitów, zawsze musi być z przytupem – mówi Ola. Co roku na turnieje Grand Prix Gorzowa przyjeżdżają drużyny z miasta i okolic. Grają, bawią się, jedzą kiełbaski z grilla i słuchają disco polo, które jest nieodłączną częścią turniejów. – Gdy poznałem pana Wojtka, nie wiedziałem kim jest i że między innymi za jego sprawą będę wracać na „Kukułę” każdego lata – mówi Marcin Pitek, jeden z zawodników, który na turnieje dojeżdża z Kostrzyna nad Odrą. – Starszy pan z siwym wąsem, gitarą w ręce i żoną u boku, to znany obrazek dla wszystkich stąd. Turnieje to nie tylko rywalizacja sportowa i akcje charytatywne. Tu spotykają się zawodnicy, rodziny, przyjaciele i ludzie, którzy kochają plażówkę.

– Wojtek dla ludzi zrobi wszystko. Wszyściutko – mówi Elżbieta Łazowska. Siatkarze z Gorzowa stoją murem za „panem Wojtkiem”. Dzięki niemu „Kukuła” nie umrze, ponieważ z głośników wciąż płynie disco polo, a na ruszcie smażą się kiełbaski.

Dzieło pana Wojtka potrzebuje wsparcia – zarówno finansowego, jak i promocyjnego.

MUKS „Stilon”

Konto:

GBS Bank 62 8355 0009 0073 4253 2000 0003

Wszystkie wpłaty przeznaczone zostaną na budowę boisk oraz organizację Grand Prix Gorzowa w siatkówce plażowej.

Wojsko było ważny etapem w życiu Wojciecha Łazowskiego. Stracił długie włosy, zyskał nowe doświadczenia. Teraz patrzy na przeszłość z uśmiechem, co widać na zdjęciu.

Łazowscy wzięli ślub w kwietniu 1979 roku. Impreza trwała trzy dni, dwie noce.

Wojciech Łazowski może liczyć na osoby, które za darmo pomagają w pracy nad kompleksem boisk. Na zdjęciu Maciek Łuczyk wykonuje Graffiti przy strefie gastronomicznej.

Kukuła to miejsce rodzinne. Grono siatkarzy powiększa się z roku na rok, a chętnych do opieki nigdy na turniejach nie brakuje. To raj dla dzieci.

Plany rozbudowy są bardzo ambitne. Na zdjęciu makieta przygotowana przez jednego z wieloletniego przyjaciela „Kukuły” – Piotra Gacego

Wpisy

Studentka dziennikarstwa i medioznawstwa, pochodząca z zachodniej Polski. Do kręgu jej zainteresowań należy fotografia – na zdjęciach uwiecznia naturę oraz ludzi w codziennych sytuacjach. Lubi przyglądać się społeczeństwu, a w kwestiach politycznych i światopoglądowych stara się szukać złotego środka. Żyje w przekonaniu, że to siatkówka jest sportem narodowym.