Człowiek z trójkąta

 

Jedną nogą na Węgrzech, drugą – w Polsce. Pisarz Krzysztof Varga mógł narobić sobie wielu wrogów, publikując „Gulasz z turula”: na poły historyczny esej, na poły gorzką rozprawę ze stereotypem Madziara. Mógł – i narobił. Jednocześnie zdobył też wielu fanów i niejednemu pomógł zrozumieć węgierską naturę. Fragment reportażu z książki „Bratanki? 11 niezwykłych portretów”. 

 

Krzysztof Varga jest pisarzem, krytykiem literackim, dziennikarzem. Jest autorem m.in.: „Tequili”, „Nagrobku z lastryko” i „Gulaszu z turula”, za który został wyróżniony przez czytelników Nagrodą Nike (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Jego ojciec – Węgier, Béla Varga – przyjechał do Polski w 1966 roku. Był przedstawicielem firmy medycznej. Matka – lekarzem radiologiem. – Ojciec podróżował po dziwnych krajach, takich jak Albania, Mongolia, Kazachstan, Uzbekistan. W końcu wysłali go do Polski.

 

Ojciec miał za sobą już jedno małżeństwo, z którego Varga ma starszego o 15 lat przyrodniego brata. Béla związał się z matką Krzysztofa, Jadwigą Staniszewską, wzięli ślub. Wtedy zadecydowali, że zostają w Polsce. – Ojciec na Węgrzech miał swoje byłe życie, od którego usiłował się jakoś odciąć. Matka z kolei postawiła sprawę jasno: ona stąd nie wyjeżdża. Poza tym związali się z sobą w 1966 roku, który nie był w Polsce taki najgorszy. Na Węgrzech to było 10 lat po rewolucji. Nie było takiego rozziewu ekonomicznego, jak w latach osiemdziesiątych. Dało się żyć.

 

Skazany

 

Dwa lata później na świat przyszedł Krzysztof. Urodził się 21 marca 1968 roku w Szpitalu MSW w Warszawie. Dziś mówi, że od początku był skazany na życie w stolicy. – Żyło nam się dobrze. W czasach, gdy w Polsce na półkach był ocet i musztarda, my robiliśmy zaopatrzenie w sklepach ambasady węgierskiej. Mnóstwo rzeczy przywoziliśmy z Węgier. A przecież tamtejsza słynna ulica Vaci była dla Polaków niemal Zachodem.

 

Trudno mu odnaleźć w pamięci pierwszą podróż na Węgry. – Pamiętam ciąg tych wypraw, bez przerwy wyjazdy.

 

Razem z rodzicami jeździli do Budapesztu z noclegiem w Cieszynie. Spędzali tam wakacje. Małego Krzysztofa ganiano po znajomych, wujkach i ciotkach. Z jednej strony to go fascynowało: dostawał wszystko, o czym w Polsce mógłby jedynie marzyć: komiksy, zabawki, kolorowe gadżety. W końcu przestało go to bawić, a zaczęło nudzić. – Wszyscy znajomi ojca mieli starsze ode mnie dzieci. Nie było żadnego porozumienia. Im stawałem się starszy, tym bardziej te Węgry zaczęły kojarzyć mi się z przymusem. Obiad u jednych znajomych, kolacja u drugich. Stawało się to nie do zniesienia.

 

Wyjazdy najważniejsze były dla ojca. Ani Krzysztof, ani jego matka nie czuli takiej bliskiej więzi z krajem świętego Stefana. W domu językiem urzędowym był polski, którego ojciec nauczył się w wieku 40 lat. Matka nawet nie próbowała nauczyć się węgierskiego.

 

Mimo wszystko Krzysztof dużo bliższą więź odczuwał właśnie z ojcem. Jest do niego podobny fizycznie, ma w sobie wiele jego cech charakteru – melancholię, ludyczność, skłonność do samotnictwa.

 

Jako nastolatek Krzysztof przestał jeździć na Węgry. Wolał Mazury lub polskie morze.

 

Swoboda nie trwała jednak długo. Jego ojciec miał 47 lat, gdy urodził mu się drugi syn. Szybko więc to Krzysztof musiał zaopiekować się nim i – chcąc, nie chcąc – znów rozpoczął sentymentalne podróże. Tym razem jako kierowca.

 

Węgierskie korzenie dopadły go również w zawodzie. Pracował wówczas w „Gazecie Wyborczej”, gdzie postanowiono wykorzystać jego znajomość kraju, kultury i języka. – Zacząłem tam coraz częściej jeździć, potem pomieszkiwać. W końcu zrozumiałem, że muszę jakoś odrobić tę swoją węgierskość.

 

Absolutnym przełomem była dla niego śmierć ojca, która miała miejsce w 2005 roku. Wtedy wyjechał do Budapesztu. Wtedy też napisał słynny „Gulasz z turula”. – Wyjechałem na rok pozmagać się ze swoją węgierskością, z dziedzictwem ojca.

 

Wrócił i trafił prosto w oko cyklonu – rozpoczął się gigantyczny kryzys polityczny. Jesienią 2006 roku redakcja wsadziła go do samolotu i kazała wrócić do kraju, z którym dopiero co postanowił się rozstać. – Jeździłem tam, opisywałem wszystko, co działo się w węgierskiej polityce. Było mi od tego niedobrze.

 

 – Kiedy „Gulasz z turula”  ukazywał się na Węgrzech, czułem dwie emocje. Po pierwsze: bałem się, jak to wszystko zostanie przyjęte. Mogło zostać zlekceważone – wydawało mi się, że wszystko, co tam napisałem, jest oczywiste dla w miarę wyedukowanego Węgra. A z drugiej strony, nie wiem… Bałem się, że dadzą mi w zęby  – mówi Varga (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Tu i tam

 

Dziś Krzysztof Varga przyznaje, że w Budapeszcie jest zakochany. – To piękne miasto. Nieporównywalnie piękniejsze niż Warszawa, choć trochę się teraz osypuje. Czasem czuję, że jestem w trójkącie. Ja-Warszawa-Budapeszt. W stolicy Węgier kocham niezmienność. Tam mało co się dzieje. Knajpy istnieją od kilkudziesięciu lat. Są ci sami kelnerzy, te same kelnerki. Poznają mnie, mówią: „Dobrze, że znowu tu jesteś”. W Warszawie non stop coś się zmienia. Są knajpy – znikają knajpy. Coś jest modne – staje się niemodne. Podoba mi się ta energia i chaos.

 

Kiedy jest w Warszawie, tęskni jednak do Budapesztu. Gdy dłużej przebywa w Budapeszcie – chce znów wracać do Warszawy. W obu miastach czuje, że jest u siebie. Szczęśliwie trafiła mu się narodowość dobrze przyjmowana przez Polaków. Nigdy nie był wykluczany. Dwunarodowość pozwoliła mu spojrzeć na świat z obu perspektyw. – Jestem jednocześnie insiderem i outsiderem.

 

Efektem tego spojrzenia stał się „Gulasz z turula” – zbiór esejów, które opisują Węgry i Węgrów z perspektywy Krzysztofa Vargi. – Kiedy ta książka ukazywała się na Węgrzech, czułem dwie emocje. Po pierwsze: bałem się, jak to wszystko zostanie przyjęte. Mogło zostać zlekceważone – wydawało mi się, że wszystko, co tam napisałem, jest oczywiste dla w miarę wyedukowanego Węgra. A z drugiej strony, nie wiem… Bałem się, że dadzą mi w zęby.

 

Tymczasem książka okazała się sukcesem. Dlaczego? Varga twierdzi, że Węgrzy docenili fakt, że ktoś w ogóle o nich napisał. Zagraniczny pisarz, który przedstawił znane im do tej pory rzeczy z zupełnie innej perspektywy. Odkrywali coś nowego.

 

Cała afera z książką zaczęła się od tytułu. Turul, mitologiczny ptak-symbol Węgier, został przez Vargę zrzucony z piedestału. „Turul, dziwne skrzyżowanie orła z gęsią, jest połączoną personifikacją węgierskich marzeń i kompleksów” – pisał. Podobnie stało się z niektórymi ideałami, które pisarz wciąż naruszał: „Historia węgierskiej kultury to historia samobójstwa. Odbieranie sobie życia jest nieodłącznym składnikiem, a właściwie konsekwencją węgierskiej nostalgii; nie da się wytrzymać tęsknoty nie wiadomo za czym – zamienia się ona w bezdenną depresję, prowadzącą do pozbawienia się życia”.

 

Dla wielu Węgrów „Gulasz…” był obrazą, dla Polaków – alternatywnym przewodnikiem po Węgrzech. Dla Krzysztofa stał się nagrodą Nike czytelników.

 

Jedna droga

 

A wszystko zaczęło się już w dzieciństwie. Varga od najmłodszych lat uwielbiał czytać. – Dorastałem w latach, gdy nie było nic innego. Fajne filmy wchodziły do kin raz na kwartał. Alternatywą było podwórko albo książki. Czytałem, bo widziałem tam odmienne światy. Inne niż peerelowska, czarno-biała rzeczywistość, syf i nuda.

 

Pierwsze opowiadanie napisał w szóstej klasie szkoły podstawowej. Potem w liceum starał się tworzyć coś poważniejszego. Zdecydował się na studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, które dziś określa jednym słowem: „zgroza”. – Katowano nas z gramatyki opisowej, gramatyki historycznej, historii języka. Szkolono nas na nauczycieli. Poszedłem na studia polonistyczne, bo kochałem literaturę. A one zabiły we mnie pasję.

 

Przez pierwsze dwa, trzy lata studiów nic nie napisał. Oddawał się życiu rozrywkowemu. W pewnym momencie zrozumiał, że pisanie to jest to, co w życiu chce robić. Chce – albo musi. Jeszcze w czasie studiów zaczął pisać dla „Gazety Wyborczej”, gdzie przez wiele lat pracował jako redaktor. Potem został kierownikiem dwóch działów. I znów oddalił się od swojej pasji. – Pracowałem przez całe lata jako redaktor, czyli ktoś, kto pracuje nad cudzymi tekstami, poprawia je, skraca, wymyśla tematy. Przez cztery lata nie napisałem żadnego zdania. Całe dnie spędzałem w redakcji. Po pracy marzyłem, żeby wrócić do domu, oderwać się od tego wszystkiego. Wypić piwo i posłuchać muzyki. Żadnego pisania.  (…)

 

 

Oliwia Siwińska

 

 

Cały reportaż oraz inne teksty w książce:

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów”

Autorzy: Agnieszka Czapla,  Alicja Karasińska,  Anna Kiedrzynek, Oliwia Siwińska,  Bartosz Wróblewski,
pod red. Stanisława Zawiślińskiego
Wydawnictwo: Fundacja Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego

 


 

 

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów” to efekt  współpracy warszawskiego  Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Instytutu Polskiego w Budapeszcie. Stanowi zbiór reportaży i sylwetek, przygotowywanych przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego przez dwa lata.  Autorom książki, z nieocenionym wsparciem dziennikarza i dokumentalisty Stanisława Zawiślińskiego i Małgorzaty Takacs z Instytutu Polskiego, udało się znaleźć  11 wyjątkowych osób, które zgodziły się opowiedzieć o sobie i swoim życiu w dwóch światach – polskim i węgierskim. Wśród nich znaleźli się m.in. Krzysztof Varga, Tadeusz Olszański, Gabor Zsille, Erzsébet Szenyán.

 

 

„Bratanki?…” to opowieści 11 różnych ludzi: tłumaczy, pisarzy, wykładowców akademickich, uchodźców, studentów…  To historie ich życia: radosne i smutne perypetie, momenty w którym skrzyżowały się losy dwóch narodów. Każdego z bohaterów w inny sposób urzekła Polska lub zaczarowały Węgry. I każdy przyznaje, że dziś już ciężko wybrać, który kraj jest im bliższy. Ta książka coś więcej niż hasło: „Polak, Węgier – dwa bratanki”… To nawiązywana przez młodych dziennikarzy nić porozumienia między dwoma nacjami, tak bliskimi, a tak nieznanymi sobie jednocześnie.