Czy wojna jest kobietą?


Ostatnio interesują mnie rzeczy dotyczące kobiet – mówi Renata Dymna, reżyserka spektaklu „Wojna nie jest kobietą” na podstawie reportażu Swietłany Aleksijewicz. Będzie można go zobaczyć w następny piątek w Faktycznym Domu Kultury.  

Głos pochodzący jakby ze studia telewizyjnego zapowiada, że za chwilę spektakl się zacznie. Wreszcie wojskowym krokiem wchodzi na scenę pięć młodych kobiet i jeden mężczyzna. To ten ostatni zaczyna przedstawienie od sparafrazowanych słów z książki Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”: W wojsku te kobiety były sanitariuszkami, strzelcami wyborowymi, kaemistkami, dowodziły nawet obsługą dział przeciwlotniczych. Dzisiaj?… Są aktorkami, nauczycielkami, księgowymi. Niezgodność ról. Tam i tutaj. Dzisiaj same sobie się dziwią.

Teatr faktu

„Wojna nie jest kobietą” to teatr faktu, ale zrealizowany w formie pewnej przenośni, nieczystego realizmu. Można domniemywać, że bohaterowie początkowo pojawiają się w studiu telewizyjnym, gdzie opowiadają o sobie jakby mówili o kimś innym, czy też raczej – o kimś, kim kiedyś byli. Każda z kobiet wspomina kilka wydarzeń z wojennej przeszłości, z kolei mężczyzna jest pewnym symbolem żołnierza, czasem prowadzi również okrojoną narrację. W swoje role z niezwykłą naturalnością wcielają się aktorzy Teatru Temat, którzy dzięki przekonującej kreacji postaci, w pełni przyciągają uwagę widza. Mimo prostej formy przekazu „Wojna nie jest kobietą” jest spektaklem opartym na bliskim kontakcie z widownią, który dynamicznie rozwija się z każdą opowiedzianą historią.

W moim przekonaniu jest to „teatr prawdy”, trudny i angażujący. Wzruszający tym bardziej, że traktuje o prawdziwych wydarzeniach i opowiada historie, które kiedyś miały miejsce. Oddaje głos tym, których dotąd nikt nie chciał wysłuchać, i których pewnie już niewielu usłyszy. Spektakl przedstawia zupełnie inny obraz wojny, niż ten dobrze znany z męskich opowieści o najlepszych dowódcach i wygranych walkach. Wojny, o której mówi się emocjonalnie. Takiej, która ma swój kolor i zapach, swoje gorsze i lepsze dni.

Dwie kobiety

Dziesiątki podróży po całym kraju, setki nagranych kaset, tysiące metrów taśmy magnetofonowej. Pięćset spotkań… Potem już przestałam liczyć, twarze zacierały się w pamięci, zostawały tylko głosy – pisze Aleksijewicz w swoim reportażu. Po dwuletnich próbach Białorusinki książka została wydana w okrojonej wersji w 1985 r. w ZSRR, sprzedając się w dwóch milionach egzemplarzy. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” otrzymała m.in. Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki w 2011 r., a w 2015 r. sama Aleksiejewicz została noblistką w dziedzinie literatury.


Aleksijewicz poznałam we Wrzeniu Świata jeszcze zanim dostała Nobla –  opowiada Renata Dymna. – Zrobiła na mnie wrażenie, kupiłam więc jej książkę ˶Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. I po raz pierwszy życiu okazało się, że mogę coś czytać w tak niewielkich dawkach. To zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. Reżyserce spektaklu, jako teatrolożce i wykładowcy, udało się zebrać grupę młodych aktorów, w tym dawnych uczniów Szkoły Aktorskiej Machulskich. – Pomyślałam sobie, że to jest temat dla teatru. Oczywiście teatru relacji, teatru faktu – mówi. – Reportaż pozostanie najważniejszą formą literatury po naszych czasach, więc według mnie jest też materiałem dla teatru.

Z pewnością we współczesnej sztuce nie powinno zabraknąć miejsca dla takich spektakli. Jest on jednak zaledwie „esencją”, czy raczej dobrym przygotowaniem do przeczytania reportażu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Według mnie wspólnym mianownikiem dla spektaklu Dymnej i książki Aleksijewicz jest to, że inspirują do przekwalifikowania swoich stereotypów o wojnie widzianej wyłącznie z męskiej perspektywy i skłaniają do refleksji nad kobiecym obrazem historii.



fot. Łukasz Kruczko



CZYTAJ TAKŻE: recenzję reportażu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”!