Czyj kraj, tego wyznanie


Cuius regio, eius religio. Tak brzmi jedna z zasad przyjętych podczas Augsburskiego Pokoju Religii w 1555 roku. Czyj kraj, tego wyznanie. Reguła ta wydaje się prosta i przejrzysta, dopóki nie spróbujemy jej zastosować we współczesnym państwie. Bowiem w praktyce sytuacja wyznaniowa oraz wszystkie jej konteksty bywają znacznie bardziej skomplikowane, co doskonale widać obserwując obecne wydarzenia w Indiach.


Państwo kontrastów


Jeśli jakieś państwo można obecnie określić tyglem narodów, to Indie są zdecydowanie silnym pretendentem do tego miana. Republika Indii, jak brzmi oficjalna nazwa, jest siódmym krajem na świecie pod względem wielkości i drugim, pod kątem liczby ludności. Jest jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie, a jednocześnie wciąż nawiązującym do swojej wieloletniej historii oraz tradycji. Chociaż oficjalnym językiem jest hindi, to konstytucja dopuszcza także dwadzieścia innych, które są stosowane w niektórych regionach, jako języki wykładowe i urzędowe. Mimo szybkiego rozwoju gospodarki i ciągłego wzrostu PKB, w Indiach wciąż olbrzymimi problemami są bieda, skrajne ubóstwo, czy brak dostępu do profesjonalnej opieki lekarskiej. Ciągle istniejący system kastowy doprowadził do znacznego rozwarstwienia społecznego. Niestety w znacznej większości przypadków historia głównego bohatera filmu „Slumdog. Milioner z Ulicy” nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości i pozostaje nieosiągalnym marzeniem. Osobom urodzonym w biedzie jest niezwykle trudno się z niej wydostać, czego nie ułatwia także wszechobecna korupcja. A do osób ubogich zalicza się większość obywateli Indii. Państwa, które zamieszkuje ponad miliard trzysta czterdzieści milionów ludzi.“Po ogłoszeniu niepodległości Indii w 1947 roku system kastowy został oficjalnie zniesiony. W praktyce jednak podziały społeczne są wciąż widoczne. Przykładowo małżeństwa osób z różnych warn czy kast są tam wciąż bardzo źle widziane, zwłaszcza na wsi czy w małych miastach. Większość małżeństw nadal jest tam aranżowana, co znaczy, że decydują o nich w dużej mierze rodziny młodych. Małżeństwo to bardziej połączenie dwóch rodów niż poryw serca.” –wyjaśnia Maciej Wesołowski – reporter National Geographic oraz autor książki „Szpagat w pionie. W drodze przez Indie”.


Wielokulturowy charakter objawia się także w ilości wyznań panujących w Indiach.  Zdecydowana większość obywateli, bowiem ponad 80% to hinduiści. Jednak znaczna część osób, ponad 14% to wyznawcy Islamu, a liczba ta tylko rośnie. W niektórych regionach jak Bengal Zachodnim czy Asam liczba muzułmanów oscyluje wokół aż 30%. Oprócz tego w Indiach żyje wielu chrześcijan, buddystów, czy animistów, a także wyznawcy kilkunastu innych religii. Niestety ten fakt, w połączeniu z trudną sytuacją geograficzną i polityczną doprowadził w ostatnich tygodniach w Indiach do licznych protestów i manifestacji. A liczba ofiar z dnia na dzień rośnie. Nie jest to pierwszy taki przypadek w historii Indii, o czym mówi Maciej Wesołowski: „Antagonizowanie dwóch największych grup religijnych w Indiach może mieć tragiczne konsekwencje. W historii tego kraju dochodziło już do zamieszek na tle religijnych. Ja w swojej książce „Szpagat w pionie” z 2015 r. pisałem m.in. o Balu Thackerayu, hinduistycznym nacjonaliście z Maharasztry, który poprzez histeryczną agitację antymuzułmańską doprowadził do wielu krwawych zajść w całym kraju. Założona przez niego organizacja Shiv Sena (Armia Sziwy) postulowała między innymi zakaz konwersji wyznaniowej dla hinduistów, a także zakaz osiedlania się w Bombaju dla osób nieurodzonych w stanie Maharasztra. „Muzułmanin, niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodzi, jest przede wszystkim muzułmaninem. Naród ma dla niego znaczenie drugorzędne” – mawiał Bal Thackeray. I wielu ortodoksyjnych, radykalnych wyznawców hinduizmu, podzielało ten pogląd.  W efekcie zaczęło dochodzić do pogromów i aktów wandalizmu. W 1992 roku ekstremiści zdemolowali zabytkowy meczet Babri w mieście Ayodhya w stanie Uttar Pradesh. Był to jakoby rewanż za zburzenie świątyni Ramy, która stała w tym miejscu – tyle, że kilka wieków wcześniej. Po tym zdarzeniu muzułmanie wyszli na ulicę, polała się krew. W całych Indiach w walkach pomiędzy hinduistami a muzułmanami zginęło kilka tysięcy ludzi. Thackeray od paru lat nie żyje, ale są inni. Wydaje się, że premier Modi coraz bardziej im ulega.  Świeckie i raczej tolerancyjne Indie pod jego przewodnictwem coraz bardziej się kurczą. Coraz więcej do powiedzenia mają religijni fundamentaliści.” 


Ustawa – kość niezgody


Nerednra Modi to pierwszy premier Indii urodzony już po odzyskaniu niepodległości przez to państwo. Należy do Indyjskiej Partii Ludowej, jednego z dwóch największych ugrupowań politycznych. Sama BJP, jak brzmi oficjalny skrót partii, określa się, jako prawicowo-nacjonalistyczna, konserwatywna oraz socjoreligijna. Warto zaznaczyć, że partia ta w końcówce lat 80. zawiązała sojusz z innym ugrupowaniem, pod przywództwem właśnie Bala Thackeraya. Trudno jednoznacznie sklasyfikować jej elektorat. Swoje głosy na BJP oddaje zarówno cześć biedoty, jak i miejska klasa średnia, pełniąca bardzo różne zawody. W wyborach w 2014 partia ta, z Modim na czele, zdobyła ponad 315 głosów i objęła rządy. Sam Nerendra Modi wcześniej przez niemalże trzynaście lat sprawował funkcję premiera Gudźaratu, czyli jednego ze stanów w Indiach. Już wtedy był oskarżany o zachowywanie zbytniej bierności wobec antymuzułmańskich protestów oraz zbyt nacjonalistyczne poglądy. Nie przeszkodziło mu to jednak w uzyskiwaniu kolejnych reelekcji, a w reszcie w zostaniu premierem całych Indii.


Środa, 11 grudnia. Parlament indyjski decyduje się wprowadzić znaczącą poprawkę do ustawy o mniejszościach. Według założeń rządu, pod przywództwem Narendry Modiego ma ona na celu chronić mniejszości z Pakistanu, Afganistanu oraz Bangladeszu. Ustawa ta przyznaje indyjskie obywatelstwo niemuzułmanom, czy wyznawcom wszystkich inny wierzeń, którzy uciekli z kraju przed 2015 rokiem. Dzięki niej proces przyznawania obywatelstwa ma być znacznie sprawniejszy oraz chronić prześladowane mniejszości. Jednak zdaniem wielu będzie wręcz przeciwnie, szczególnie dla muzułmanów, których w Indiach jest przecież ponad 200 milionów.


Naród podzielony


Do pierwszych protestów doszło już dzień po ogłoszeniu poprawki do ustawy. Do największych zamieszek doszło w rejonie Asam, będącym od dziesięcioleci punktem zapalnym. To tutaj 31 sierpnia 2019 roku ponad dwóm milionom osób nagle odebrano obywatelstwo, co sprowadziło na nich realną groźbę deportacji.  Jak podają agencje prasowe tylko w pierwszym dniu doszło do licznych podpaleń, uszkodzeń mienia, paraliżu kilku miast oraz ataku na prywatne mieszkania członków rządzącej partii.  Na ulice natychmiast została wysłana armia, która wspólnie z policją zaczęła przepędzać demonstrantów.  Według raportów pierwszego dnia zatrzymano kilkadziesiąt osób, a jedna zmarła.


Trzy dni później oficjalnych ofiar protestów było już sześć. Manifestacje rozprzestrzeniły się na niemalże całe północno-wschodnie Indie, czyli rejon zamieszkiwany przez największą liczbę muzułmanów, a udział w nich wzięły dziesiątki tysięcy osób. W odpowiedzi w niektórych regionach władze ustanowiły godzinę policyjną oraz znacznie ograniczyły dostęp ludności do internetu.


„To, co robi teraz Modi, jest niewątpliwie zagrożeniem dla demokracji, sporym zagrożeniem. A przecież Hindusi uwielbiają mówić o swoim państwie, że to „największa demokracja świata” (Chin oczywiście do tego grona nie zaliczają). Chodzi o to, że hinduistyczna większość – a więc blisko miliard ludzi! – coraz silniej próbuje narzucić  swoją wolę mniejszościom, w tym tej największej, muzułmańskiej. I uważa, że ma do tego prawo, na zasadzie: Indie to hinduizm, a jak chcesz państwa islamskiego, to droga wolna, wynocha do Pakistanu. W jakimś sensie  geneza powstania współczesnych Indii na tym się opierała: gdy dawne brytyjskie Indie dzielono na Hindustan (Indie) oraz Pakistan wschodni (dziś Bangladesz) i zachodni, decydowało przede wszystkim kryterium religijne. Stąd kolejne fale migrantów z terytoriów mieszanych religijnie: muzułmanie masowo opuszczali Indie, hinduiści tam przyjeżdżali. Co nie zmienia faktu, że nadal w tym kraju żyje aż 200 milionów wyznawców islamu. To ogromna liczba, ogromna populacja, z którą należy się liczyć.” –informuje Maciej Wesołowski.


Mimo represji w kolejnych dniach protesty nie osłabły, a wręcz są obecnie jeszcze silniejsze i obejmują coraz większy region. Do protestów dołączyli także studenci, organizując solidarnościowe strajki na ponad czterdziestu uczelniach. Władze znacznie zwiększyły środki bezpieczeństwa w miastach, zakazano zgromadzeń publicznych, a armia brutalnie rozprawia się z protestującymi. Niestety ciągle rośnie także bilans ofiar, według danych na 27 grudnia śmierć poniosło już ponad dwadzieścia pięć osób. Ponadto władze deportowały dwie zagraniczne osoby, biorące udział w protestach. Zarówno ponad 70-letniej Norweżce, przebywającej w Indiach na wakacjach, jak i niemieckiemu studentowi z wymiany między uczelniami nakazano opuszczenie kraju. Powodem jest oczywiście udział w manifestacjach, uznawanych przez władze za nielegalne.


Patrzenie w szklaną kulę


 „Ustawa o obywatelstwie już sama w sobie – zdaniem wielu Hindusów – jest sprzeczna z indyjską konstytucją i stanowi złamanie zasady świeckości państwa. Myślę, że rząd Indii powinien jeszcze przemyśleć tę poprawkę. Ale Modi oczywiście wie, co robi. Jak się powszechnie uważa – chce w ten sposób zdobyć parę milionów nowych wyborców, tych z Pakistanu, Afganistanu czy Bangladeszu. Dla Modiego te protesty mogą stać się wygodnym pretekstem do zaostrzenia kursu. Powołując się na wyższe cele: dobro i bezpieczeństwo państwa, może on zacząć wprowadzać w życie – wzorem niedalekich przecież Chin – plany większej kontroli społeczeństwa. Infiltrowany i ograniczany może być internet. Być może zaostrzone zostaną przepisy o zakazie zgromadzeń. Ale, mówiąc kolokwialne, pan premier może się na tym wszystkim przejechać. Jeśli protesty przybiorą na sile, dojdzie, tak jak w latach 90. Do krwawych zamieszek, sytuacja może się wymknąć spod kontroli. Wtedy zapewne trzeba będzie się z tej ustawy wycofać.” – komentuje Maciej Wesołowski.


Sytuacja wydaje się więc skomplikowana i trudno przewidzieć, w jaką stronę się rozwinie w najbliższych dniach. Obie strony sporu mają za sobą licznych zwolenników, a racje wydają się trudne do pogodzenia. Jednak niezależnie od wyznania, czy poglądów każdej stronie powinno zależeć na powstrzymaniu rosnącej fali zniszczeń oraz liczby zabitych osób. Pytanie ile krwi będzie musiało się przelać, zanim topór wojenny zostanie zakopany.