Czytamy Kapuścińskiego: „Cesarz”


Przepis na zimowy wieczór? Gorąca herbata, ogień w kominku i dobra książka. A co może być lepsze niż podróż do ciepłej Etiopii, gdy za oknem szaro, pada deszcz i wieje przeszywająco zimny wiatr? Zapewniam, że nic – sprawdziłam.


Ryszard Kapuściński, nota bene zwany „Cesarzem reportażu”, zabrał mnie w podróż po zakątkach pięknego pałacu, po którym codziennie przechadzał się Hajle Sellasje ze swoim ukochanym Lulu – pieskiem rasy japońskiej. Słuchał uważnie, jak próbujący mu się przypodobać urzędnicy zaczynali rutynową serię donosów. Ale nigdy nic nie mówił. Tylko słuchał. I mimo że był tak bardzo niedoskonały, to jego poddani przypisywali mu boskie cechy. Nawet po obaleniu cesarza wypowiadali się o nim z zachwytem. Gdy go krytykowali, robili to tak delikatnie, jakby nie chcieli przypadkiem urazić byłego władcy.

Gdy czytałam „Cesarza”, nie wiedząc, czy wypieki na policzkach pojawiły się przez płomienie tańczące w kominku czy z emocji, zdałam sobie sprawę, że ta książka wcale nie jest o Etiopii i Hajle Sellasje. Uświadomiłam sobie, że jest to uniwersalny obraz antyutopii. Na myśl od razu przyszedł mi George Orwell i jego „Rok 1984”. Bo przecież świat był, jest i będzie pełen tyranów, despotów, ludzi, którzy dla władzy zrobią wszystko. Boska cześć oddawana władcy. Głód, który dla wyższych sfer jest niewidzialny. Zakaz kształcenia się, bo powoduje myślenie. A na końcu rewolucja. Obalenie totalitarnej dyktatury. Brzmi znajomo, prawda? Oczywiście, że tak – już wiele razy to słyszeliśmy, bo historia lubi się powtarzać.