Dionisios Sturis: Chcieliśmy opowiedzieć więcej na podstawie jednostkowej historii

Przychodziliśmy do ludzi z dyktafonami jako reporterzy, a niektórzy z nich bardziej potrzebowali przyjaciela, czy może nawet psychologa – wspomina Dionisios Sturis w rozmowie z Joanną Dreczką o swojej najnowszej książce, którą napisał wspólnie z Ewą Winnicką. Kilka dni temu reportaż „Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey” trafił do księgarń. Dostępny jest też nowatorski audioserial, który powstał na podstawie książki

W najnowszej książce opisują państwo głośną sprawę Damiana Rzeszowskiego – polskiego imigranta mieszkającego na wyspie Jersey, który w 2011 roku zabił swoją żonę, dzieci, teścia, przyjaciółkę żony i jej córkę. Skąd pomysł na zajęcie się akurat tym tematem?

Pomysł wyszedł od Ewy. Kilka lat temu pracowała nad książką „Angole”, w której opisywała losy Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Sprawdzała, jak sobie radzą w nowej sytuacji. Gdy usłyszała o sprawie Rzeszowskiego, pomyślała, że to, co zaszło na Jersey, jest ekstremalnym przypadkiem nieudanej emigracji. Kilka miesięcy później wyszła moja książka, którą pisałem po własnych emigracyjnych doświadczeniach na Wyspie Man i poprosiłem Ewę, żeby napisała blurba na okładkę. Przeczytała książkę. Mając już w głowie wyspę Jersey i wiedząc, że Wyspa Man jest w pewien sposób do niej podobna, zaproponowała mi współpracę. Od razu się zgodziłem, bo bardzo cenię teksty Ewy. Spotkaliśmy się przy kawie i uznaliśmy, że warto przyjrzeć się sprawie Rzeszowskiego dokładniej, dotrzeć do tych faktów, o których 8 lat temu nie wspominały brytyjskie czy polskie tabloidy i zobaczyć, co jeszcze z tej historii wyczytamy.

Wydaje się, że sprawa Rzeszowskiego jest tylko pretekstem do szerszego przyjrzenia się losom Polaków na emigracji. Czy taki był pierwotny pomysł na reportaż, czy wyszło to w trakcie pisania?

W trakcie zbierania materiałów okazało się, że historia Damiana Rzeszowskiego nie będzie głównym wątkiem, że jest tylko punktem wyjścia. Spodziewaliśmy się tego, bo ani ja ani Ewa nie jesteśmy wielkimi fanami kryminałów – przynajmniej tych non-fiction – i to tło społeczne jest dla nas szczególnie ważne. Daje możliwość opowiedzenia czegoś więcej na podstawie jednostkowej historii. Jeśli da się je ekstrapolować, wtedy jest to temat na reportaż. Jednak dopóki nie pojechaliśmy na wyspę, nie porozmawialiśmy z ludźmi, z krewnymi i znajomymi ofiar, nie poznaliśmy akt policyjnych i sądowych, mieliśmy w głowach inny obraz tej książki. Myśleliśmy, że owszem, historia będzie o Rzeszowskim i emigracji, ale nie braliśmy pod uwagę kilku wątków, które finalnie się w niej pojawiły – przebieg procesu, spór biegłych psychiatrów, kwestia depresji, poczytalności, tytułowych głosów.  Myślę więc, że udało nam się w książce opowiedzieć o kilku ważnych sprawach z kluczowych perspektyw i możliwie szeroko opisać kontekst – a ten szczególnie ważny może się okazać dla przyszłych emigrantów. Historie, które opowiadamy, zachęcają do tego, by do emigracji dobrze się przygotować – poznać warunki, jakie panują w nowym miejscu,  system polityczny i społeczny, tradycje, historię, kody kulturowe, język, itd.  


Rozmawialiście państwo z Polakami na Jersey, przytaczacie w książce ich historie. Czy było wiele takich rozmów? Czy chętnie opowiadali o swojej sytuacji?

Tak. To jest moje i myślę, że również Ewy spostrzeżenie z czasów pracy nad naszymi poprzednimi książkami. Ludzie chętnie i szczerze opowiadają o próbach okiełznania nowej rzeczywistości, mimo że to ich doświadczenie jest często bardzo trudne. Pewnie chętniej pogadaliby z rodziną albo przyjaciółmi, ale oni zostali daleko. Zamiast nich dostają nas, obcych reporterów z włączonym dyktafonem. Musimy im wystarczyć. To, że imigranci, nie mają się komu wygadać, to także część ceny, jaką płacą za wyjazd. Ewa ma takie powiedzenie: emigracja = amputacja.


Co to oznacza?

Jesteśmy przekonani, że emigracja to przede wszystkim zysk: lepsza praca, europejskie zarobki, przygoda, lepsze perspektywy. Ale wyjazd to także straty i koszty, których często nie umiemy przewidzieć. I ten bilans nie zawsze jest na plus: zrywamy lub rozluźniamy więzi z bliskimi, przez co tracimy naturalny system wsparcia, czujemy wyobcowanie, z trudem zapuszczamy korzenie, bo przeszkodą jest na przykład ksenofobia gospodarzy, żyjemy w rozkroku między dwoma krajami.


To dość krytyczna ocena.

Raczej realistyczna. Kiedy zaczęła się wielka fala emigracyjna, zaraz po wejściu do UE, a w przypadku Jersey jeszcze wcześniej, sytuacja gospodarcza Polski była naprawdę fatalna. Mieliśmy bezrobocie zbliżające się do 20%. Dominująca postawa była taka: wyjeżdżajmy, bo wreszcie na Zachodzie możemy dostać dobrą pracę i zarabiać godne pieniądze. Teraz sytuacja w Polsce nieco się zmieniła. Bezrobocie nie jest już tak wielkim problemem. Funt brytyjski stracił na wartości, więc dzisiaj decyzja o emigracji być może wynika z innych przesłanek. Ale rozmowy, które prowadziłem z ludźmi podczas pisania książek o wyspach Man i Jersey były o tym, że wyjeżdżało się za chlebem.


Czy o sprawie Rzeszowskiego Polacy opowiadają równie chętnie?

Historia Damiana Rzeszowskiego wstrząsnęła ludźmi na wyspie. Szczególnie miejscową Polonią. Wszyscy znali albo kojarzyli tę rodzinę, bardzo dobrze ich pamiętają i nadal nie mogą pojąć, że ich znajomy, ten świetny pracownik, kochający, troskliwy ojciec i mąż mógł popełnić tak straszną zbrodnię. Ten dysonans nadal jest obecny, a rozmowa o wydarzeniach z 2011 roku być może pomaga jakoś sobie z nim poradzić. .


A inni mieszkańcy wyspy? Byli równie rozmowni, czy jest to raczej temat tabu?

Dżerzejczycy nie lubią wspominać Rzeszowskiego. Ta historia jest dla nich niewygodna, bo w ich ocenie rzuca złe światło na ich wspaniałą, bezpieczną, zamożną wyspę.  Uważają, że światowe media wyrządziły Jersey krzywdę relacjami na temat potwornej zbrodni. Oni sami zaś poradzili sobie z dysonansem lepiej niż polscy imigranci – po pierwsze to zrobił nie nasz, tylko obcy, a po drugie i być może ważniejsze, to zrobił człowiek chory psychicznie. Wariat. Tak sobie to tłumaczą i dzięki temu mogli szybko znów poczuć się bezpiecznie. I nieważne, że nawet biegli psychiatrzy nie byli zgodni, czy Damian Rzeszowski faktycznie cierpiał na jakąkolwiek chorobę psychiczną, czy nie. Ludzie wolą myśleć, że oszalał. Oczywiście jest to myślenie uproszczone i zwodnicze, dlatego, że większość zbrodni, morderstw i przestępstw popełniają ludzie zdrowi.


Czy napotykali państwo trudności w czasie zbierania materiałów do książki?

Trudne były rozmowy z rodziną mordercy, bo jej członkowie byli niechętni. Oczywiście rozumiemy to i szanujemy. Trudne były także rozmowy z rodzinami ofiar. Kilka osób nam odmówiło. Na przykład krewni Marty de la Haye. Jeśli chodzi o dostęp do akt policyjnych i nagrań z procesu, to też musieliśmy się nagimnastykować. Wysłaliśmy pewnie kilkaset maili, odbyliśmy kilkadziesiąt rozmów telefonicznych namawiając ludzi, domagając się, cytując przepisy prawa prasowego. W końcu się udało, ale faktycznie nie było to łatwe.


Czy praca nad książką była obciążająca psychicznie?

To było trudne doświadczenie. Już sama lektura raportu prokuratury czy akt z policyjnych śledztw była wyzwaniem. Bo zbrodnia w tych dokumentach opisana jest bardzo szczegółowo i obrazowo. Później, przynajmniej w moim przypadku, włączył się taki autopilot. Wydawało mi się, że umiem odsunąć od siebie przykre emocje na czas pisania. Minęło kilka miesięcy odkąd oddaliśmy tekst do redakcji i kiedy teraz wracam do niektórych rozdziałów znów mam ciarki. Lektura jest naprawdę ciężka.


Czy nie uważa pan, że pisanie książek o mordercach może powodować, że znajdą się ludzie, którzy w poszukiwaniu rozgłosu będą chcieli pójść za ich przykładem? W końcu zdarzają się zbrodnie popełniane dla sławy.

Nie wiem, czy to był ten przypadek. Wydaje mi się, że Damian Rzeszowski nie miał takich ambicji.


Też tak uważam, ale chodzi mi o nagłaśnianie morderstw w ogóle.

Na zbrodniarza możemy spuścić zasłonę milczenia i spróbować wyrugować go z pamięci, ale myślę, że warto pamiętać o ofiarach. My ofiarom poświęciliśmy sporo uwagi w naszej książce. Poza tym wydaje nam się, że książka wcale nie jest głównie o morderstwie. Reporterska wartość jest w czym innym.

Ewa Winnicka i Dionisios Sturis
(fot. Mikołaj Starzyński)


Jak wyglądał podział obowiązków między panem a Ewą Winnicką?

Na etapie researchu oboje zajmowaliśmy się możliwie najszerszym gromadzeniem materiału. Zbieraliśmy to, co nam wpadało do sieci, a później robiliśmy odsiew. Później podzieliliśmy się wątkami i rozdziałami. Pisaliśmy osobno, ale na końcu i tak nad każdym fragmentem pracowaliśmy wspólnie. Ucieraliśmy kompromisy, co okazało się łatwiejsze niż przypuszczałem.


Czyli jest pan chętny do pisania następnych książek wspólnie z innym dziennikarzem.

Z Ewą pracujemy wspólnie już nad kolejną książką – na temat natrafiliśmy również na Jersey, gdy zbieraliśmy materiały do „Głosów”. Punktem wyjścia jest pedofilski skandal, jaki kilkanaście lat temu wstrząsnął wyspą.


Planuje pan napisać jakąś samodzielną książkę?

Miałem pomysł na książkę amerykańską, ale niedługo wyjeżdżam ze Stanów i przenoszę się do Brukseli, więc już nie zdążę jej napisać. To miał być zbiór reportaży. Szkoda mi tego projektu, ale kto wie, może jeszcze kiedyś się uda. Natomiast wczesnym latem ponownie ukaże się moja debiutancka książka „Grecja. Gorzkie pomarańcze” – uzupełnione wznowienie przygotowuje Wydawnictwo Poznańskie. . Chcę przypomnieć o tej książce, bo wydaje mi się, że od jej wydania nie powstały nowe reportaże o Grecji. Powoli gromadzę już też kolejne – do „Gorzkich pomarańczy 2”.


Ukazał się również audioserial na podstawie „Głosów”. Skąd pomysł na taką formę?

Od roku mieszkam w Stanach Zjednoczonych, a od dwóch namiętnie słucham amerykańskich podcastów. Jestem ich wielkim fanem. Takie „nauszne” doświadczenie storytellingu to coś fenomenalnego. Gdy chodzę biegać czy gdzieś jadę, zawsze mam ze sobą podcast. W Polsce ta forma wciąż dopiero raczkuje. Owszem, jest długa tradycja reportaży radiowych i słuchowisk, ale to co najwyżej dalecy kuzyni nowoczesnego podcastu. W USA  reporterskich audioseriali podobnych do naszego powstaje bardzo wiele i są niezwykle popularne. Więc jednego wieczora, gdy akurat byliśmy z Ewą na Jersey i rozmawialiśmy o książce, pomyśleliśmy, że fajnie byłoby sprawdzić, czy po polsku także da się w tak nowatorski sposób opowiadać historie. Czy będą odbiorcy? Czy zaufają tej formie? To się jeszcze okaże. Napisaliśmy osobny scenariusz i dzięki Audiotece nagraliśmy 11 odcinków. Premiera już była [27.02.19 – przyp. red.]. Na razie odbiór jest bardzo pozytywny.


A propos Grecji. Czy fakt, że jest pan pół Grekiem pół Polakiem wpływa na to, że dziennikarsko zajmuje się pan głównie emigracją?

Długo nie wiedziałem, dlaczego pracując w radiu, czy pisząc różne teksty dla gazet, zajmuję się tematem emigracyjnym i jeżdżę po świecie za uchodźcami. Dopiero kilka lat temu, gdy  pisałem „Nowe życie”, zrozumiałem, że mam w sobie uchodźczy gen. Emigracja to fundamentalne doświadczenie mojej rodziny. Nie mogę o tym nie pisać.