/

Długość dźwięku miłości

 

Czy ta sama historia, opowiedziana po raz piąty, nadal może wzruszać, szokować i pozostawiać ciężar gdzieś w głębi serca? Bradley Cooper, czyli producent, reżyser i aktor wcielający się w główną rolę w swoim nowym filmie, „Narodzinach gwiazdy”, udowadnia, że tak.

 

 

Na życiowej mieliźnie

Motyw fabularny wykorzystany przez Coopera przewija się często w historii kina. I nie chodzi tu tylko o trzy poprzednie remake’i oryginału z 1937 roku. Dwie artystyczne dusze, z bagażem doświadczeń i własnymi problemami, które spotykają się przypadkiem i zakochują w sobie – brzmi znajomo, prawda?

 

Zgodnie ze starym porzekadłem nie należy jednak oceniać książki po okładce, gdyż schody zaczynają się później. Tym, co w „Narodzinach gwiazdy” (polska premiera: 30 listopada) zasługuje na wyróżnienie, jest złożoność historii: mnogość problemów, które napotykają zakochani, skomplikowane portrety psychologiczne postaci oraz niekonwencjonalne rozwiązania niektórych wątków. Nie należy więc nastawiać się na kolejną standardowo ckliwą i romantyczną historię. Film jest bowiem w stanie zaskoczyć niejednym zwrotem akcji.

 

Ich dwoje

„Narodziny gwiazdy” to nie musical. Można je jednak uznać za film muzyczny, z uwagi na ilość pojawiających się utworów. Nosi też znamiona dramatu – dylematy moralne, rodzinne konflikty czy płomienne kłótnie kochanków są tam bowiem na porządku dziennym. Takie połączenie dramaturgii i muzyki najbardziej porusza widzów, bo to właśnie w piosenkach odbijają się emocje, które dość wiernie na ekranie oddają Bradley Cooper i Lady Gaga. On jako sławny, znudzony i miewający problemy z alkoholem muzyk country Jackson Maine oraz ona – nieśmiała, ale powoli przeistaczająca się w gwiazdę Ally.

 

Popisy aktorskie i wokalne tej pary sprawiają, że to na nich skupia się uwaga oglądającego. A przecież na ekranie towarzyszą im tacy aktorzy jak Sam Elliott czy Dave Chapelle, którzy również wypadają przekonująco w odgrywanych przez siebie rolach. Aktorsko „Narodziny gwiazdy” wypadają więc dobrze. Choć czasami razi maniera, z którą gra Cooper. Najwyraźniej tak bardzo zależało mu na imitowaniu ochrypniętego głosu wokalisty, że zwyczajnie przesadził i przez to brzmi nienaturalnie, co bardzo łatwo wychwycić. A rzecz raz wychwycona, z czasem może stać się irytująca i zakłócić odbiór całokształtu gry aktorskiej.

 

 

Słodko, ale nie do końca

Niestety, tak jak miłosna historia Maine’a i Ally nie jest usłana różami, tak scenariusz i montaż filmu nieco kuleją. Niektóre sceny są zbyt rozwleczone, przez co niejednokrotnie akcja może się dłużyć. Z drugiej strony zdarzają się sekwencje, które przywodzą na myśl salwę oddaną z karabinu maszynowego. Te huśtawki tempa w pewnym momencie stają się męczące. A przy dość długim, bo ponad dwugodzinnym seansie jest to problemem. Na szczęście sama historia jest na tyle angażująca, że te drobne potknięcia można twórcom wybaczyć.

 

Zapamiętaj nas takimi…

Mimo kilku wad „Narodziny gwiazdy” to bez wątpienia film, który dostarcza wielu emocji i wzruszeń. Widać, że został stworzony z dużym zaangażowaniem i pasją, a do tego przekazuje niejedną, gorzką co prawda, ale ważną lekcję. Bradley Cooper i Lady Gaga wykreowali duet, który jest w stanie zapisać się na długo w pamięci widzów. Wydaje się też, że na nadchodzącej wielkimi krokami Gali Oskarowej mogą zostać docenieni przez Akademię.

 

 

„Narodziny Gwiazdy”
Reżyseria: Bradley Cooper
Produkcja: USA 2018