Herbata w cesarskim domu

 

Miska z czereśniami na niskim stoliku, na ścianach brązowe ramki z poprzyklejanymi w środku kamykami. Po drugiej stronie drewnianej werandy stoją sztalugi i farby. Ich właścicielka siedzi na kanapie i nalewa herbatę do małych, białych filiżanek. Jesteśmy w Izabelinie na Kościuszki 30. Tu kiedyś mieszkał sam cesarz.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW tym domu Kapuścińscy mieszkali w czasie wojny (fot. Michał Dąbrowski)

 

Alejka za niską furtką biegnie przez ogród i prowadzi do domku, który w 1932 r. wybudował Stanisław Warchol, właściciel składu młyńskich kół. Dom niewielki – tylko weranda, dwa pokoje w amfiladzie, kuchnia – ale gdy wybuchła wojna musiał go opuścić. Szukał nowych lokatorów, bo pusty budynek kusi złodziei. W 1940 r. wprowadził się tu nauczyciel Józef Kapuściński z rodziną: żoną, córką i synem. Nikt nie podejrzewał, że kiedyś o małym Rysiu będą mówić „cesarz reportażu”.

 

– Poczęstuje się pani. Nie mam za wiele informacji, to chociaż ciastko pani dam – namawia obecna właścicielka domu, Krystyna Siarkiewicz. – Kapuścińscy mieszkali tu krótko. Ze względów konspiracyjnych musieli przenieść się do Sierakowa. Dom został pusty, właściciel rozpaczliwie kogoś szukał, a my mieszkaliśmy na letnisku w drugim Izabelinie. Miałam może trzy lata, gdy wprowadziliśmy się do domu po nauczycielu. Pamiętam, że był zaniedbany, jak to na wojnie.

 

Pani Krystyna nie zdążyła poznać starszego od niej o kilka lat Rysia, jednak wciąż spotykała ludzi, którzy się z nim bawili. – Mówili, że grali z nim w piłkę i że był równy – wspomina. – Nie wywyższał się, choć był nauczycielskim dzieckiem. Nic dziwnego, sam poznał, co to znaczy wojna i bieda.

 

Mieszkańcy Izabelina nie zapomnieli o koledze z podwórka i on też pamiętał, gdzie kiedyś kopał piłkę. Pierwszy raz przyjechał do domu przy Kościuszki w latach 80. XX w., gdy żyła jeszcze mama pani Krystyny, Marianna. Jej pasją było czytanie, oczywiście rozpoznała przybysza. Wiedziała, że rodzina mieszkająca tu przed nią miała to samo nazwisko, które widnieje na znanych jej książkach. – Te same pokoje, kuchnia, zapamiętany z dzieciństwa ogród. Niewiele się tu zmieniło – wspominał tę wizytę Kapuściński.

 

img_2511

Tak dzisiaj wygląda wnętrze domu przy ulicy Kościuszki 30 w Izabelinie (fot. Karolina Bugajniak)

 

Powracał do izabelińskich korzeni także w innych sytuacjach. W pracy jednej ze swoich słuchaczek przeczytał, że bawili się na tym samym izabelińskim podwórku. Siostrzenica pani Siarkiewicz Agnieszka Kosowicz, kiedyś studentka Wyższej Szkoły, obecnie prezeska Fundacji Polskie Forum Migracyjne Komunikowania i Mediów Społecznych, wspomina: – Moim mentorem był Wojciech Giełżyński, świetny reportażysta. Na jego prośbę Kapuściński miał z nami kilka spotkań. Przed pierwszym zostaliśmy poproszeni o napisanie refleksji na temat jego twórczości. Napisałam, że mieszkał w domu, który później należał do mojej babci, że spędziliśmy część dzieciństwa w tym samym miejscu. To zwróciło jego uwagę. Przez 2–3 lata byliśmy w regularnym kontakcie. Później spotkaliśmy się jeszcze kilka razy.

 

Zafascynowana podróżami studentka, która właśnie wróciła z trzymiesięcznej wyprawy po Azji, pochłaniająca książki i słowa, jakie padały z ust mistrza, nie rozumiała, jaką wartość dla niego mogą mieć spotkania z młodymi ludźmi. Później pojęła, że fascynowały go ich świeżość, entuzjazm, czasami naiwność. Nie rozumiała też do końca, gdy usłyszała, że lekkie pióro jest zmorą dobrego dziennikarstwa. – Kapuściński mówił, że ślęczy czasami cały dzień, by napisać jedno zdanie – wspomina spotkania z nim. – Przykładał bardzo dużą wagę do słów, do brzmienia melodii tekstu. Pracował nad tym – i tego się od niego nauczyłam. Jak jest się młodym dziennikarzem i ma się łatwość opisywania tego, co się widzi, dobrze jest usłyszeć od kogoś, że nie to jest najważniejsze. Kapuściński powtarzał, że pisać trzeba po to, by to coś zmieniło, pozwoliło zrozumieć.

 

Agnieszka zawód reportera uprawiała siedem lat. Przemierzyła Bałkany, odwiedziła Irak, pisała o konfliktach, o świecie, jaki tam dostrzegła. W tym, co czytała u Kapuścińskiego, widziała swoje doświadczenia: w chwilach zagrożenia nie odczuwała głodu i wyostrzały jej się zmysły. Miał rację, że człowiek widzi wtedy inaczej i więcej.

 

Dzisiaj pisze rzadko, więcej czasu poświęca Fundacji Polskie Forum Migracyjne – organizacji pozarządowej udzielającej pomocy cudzoziemcom w Polsce, którą założyła. Choć zmieniła zawód, Kapuściński nadal w pewien sposób jest obecny w jej życiu. – Najbardziej wyjątkowa jest dla mnie malutka książeczka „Inny”. Zajmuję się kontaktem z cudzoziemcami, integracją między ludźmi, którzy pochodzą z różnych kultur. Książka pokazuje uniwersalny model relacji między ludźmi, w jaki sposób siebie postrzegają, jak szukają płaszczyzn porozumienia, chociaż różnią się pod względem kultury czy wyznania – opowiada.

 

dom

Podczas I Festiwalu „Natura – Kultura – Media” dom Kapuścińskiego można było odwiedzić dom Kapuścińskiego. Wspomnienia z nim związane żywo zainteresowały m.in. córkę reportera – Rene Maisner (fot. Karolina Bugajniak)

 

Na drewnianej werandzie kiedyś bawił się Józef Kapuściński z synem. Kilkadziesiąt lat później pasjonatka literatury, Marianna, pochłaniała kolejne tomy i podawała je swojej wnuczce, która już wtedy zaczęła marzyć o poznawaniu innego, wielkiego świata. Dzisiaj Agnieszka wpada tam na herbatę do cioci Krystyny, która z werandy zrobiła pracownię malarską. Te trzy panie łączą nie tylko więzy krwi i miłość do literatury. Czytając „Cesarza” czy „Szachinszacha”, uśmiechają się, bo autora tych książek los wplótł w ich życie.

 

 

Weronika Rzeżutka