Drogie „Listy do M.”, całym sercem Was przepraszam! W porównaniu z „Miłością do kwadratu” jesteście dziełem wybitnym!

W poprzedniej pseudorecezji przyglądaliśmy się „Listom do M. 4” i rozważaliśmy, gdzie leży granica naiwności i tandetności komedii romantycznej. Dziś muszę jednak przyznać, że autorom tamtego filmu należy się kilka szczerych słów przeprosin. Bowiem przy zestawieniu z „Miłością do kwadratu”, czwarta część „Listów do M.” jawi się jako komedia godna przynajmniej kilku oscarowych nominacji.

Kuźwa, jaki ten film jest kiepski. Nie mierny, nie nijaki, nawet nie słaby, ale po prostu tragicznie kiepski. Nawet jak na niezbyt wygórowane standardy swojego gatunku, czyli komedii romantycznej, „Miłość do kwadratu” przekracza wszelkie granice komediowej przyzwoitości i szacunku do jakiejkolwiek inteligencji swojego odbiorcy. Nie jest to nawet film z kategorii „po trzech lampkach wina w sumie ujdzie” czy „jakby wyłączyć, to da się to w sumie oglądać”. W pseudorecenzji „Listów do M. 4” wspominałem, że czasami lepiej jest stworzyć komedię wybitnie słabą, niż zwyczajnie przeciętną. „Miłość do kwadratu” zadaje jednak kłam także tej zasadzie – tego „dzieła” nie można bowiem zakwalifikować nawet do filmów „tak złych, że aż chce się je dla żartu obejrzeć”. Oglądając tę komedię w świetnym towarzystwie i/lub będąc po spożyciu znacznej ilości napojów różnej treści, wciąż trudno czerpać z seansu jakąkolwiek przyjemność. Oglądanie „Miłości do kwadratu” momentami podchodzi już nie tyle pod masochizm, co pod celowy i masowy mord na własnych komórkach mózgowych.

Oddając jednak cesarzowi, co cesarskie, trzeba wspomnieć, że „Miłość do kwadratu” to pierwsza polska komedia romantyczna wyprodukowana przez znaną i lubianą platformę Netflix (choć obawiam się, że jak ktoś z zarządu zobaczy, co stworzono pod ich szyldem, to drugiej możemy już nie ujrzeć). Oczywiście data premiery została wyznaczona w okolicach walentynek, aby, nieświadoma tego, co ich czeka, zakochana para włączyła tę komedię romantyczną, spodziewając się czegoś lekkiego i zabawnego, idealnego na wspólny wieczór. W końcu użycie słowa „miłość” w tytule, sugeruje właśnie tego rodzaju rozrywkę. A tu niespodzianka – zamiast komedii, otrzymujemy prawdziwą tragedię. Choć nie wykluczam także, że ktoś z działu promocji „Miłości do kwadratu” mógł cierpieć po bolesnym zawodzie miłosnym i uznał, że wypuszczenie komedii romantycznej tej jakości w okolicach walentynek będzie świetnym sposobem, aby zrujnować także wiele innych związków, a przynajmniej ich wyjątkowy dzień. Oczywiście to tylko moja teoria spiskowa, ale sami przyznacie (jeśli także popełnicie mój błąd i obejrzycie jednak ten paździerz), że wcale nie jest tak bezpodstawna, jak pozornie mogłoby się wydawać.

Choć Netflixowi udało się namówić do zagrania w „Miłości do kwadratu” kilku znanych polskich aktorów (tak, dobrze zgadliście, nawet tutaj udało się wcisnąć Tomasza Karolaka), to niestety zapomniano o scenarzyście. W efekcie otrzymaliśmy zlepek najbardziej tandetnych i stereotypowych motywów z komedii romantycznych, złączonych może i w jakąś całość, ale po drodze zapomniano o jakiejkolwiek logice, o własnej tożsamości nie wspominając.  Kojarzycie te wszystkie Cleverboty i inne sztuczne inteligencje, z którymi niby można porozmawiać, ale już po kilku zdaniach wychodzą na wierzch ich liczne niedoskonałości, ze sztucznością i schematycznością na czele? To mniej więcej tak wyglądają dialogi w „Miłości do kwadratu”. Choć muszę przyznać, że film do którego fabułę napisałyby roboty byłby może i ciekawym eksperymentem, to niestety w tym przypadku o żadnej inteligencji nie ma mowy (i nie mam na myśli tylko tej sztucznej).Te wszystkie „kiedyś znajdziesz tego jedynego”, „miłość wszystko przezwycięży”, „warto być dobrym”, pseudo korpomowa i moralizatorsko-banalne wnioski… Drogi rządzie, zakazałeś w ostatnim czasie tylu rzeczy. Czy tego typu błyskotliwych dialogów też nie można podciągnąć pod jakiś paragraf?

 

 

Jedyne, co w „Miłości do kwadratu” może się podobać, to przeuroczy dog niemiecki, którego jedna z bohaterek trzyma w łóżku. Wstawiam tutaj zdjęcie przedstawiciela tej cudownej rasy, abyście nie mieli już absolutnie ŻADNEGO argumentu za obejrzeniem tego filmu. Źródło: Pixabay.com

Oczywiście w „Miłości do kwadratu”, jak to w komediach romantycznych bywa, widzimy dwoje głównych bohaterów. On i Ona. On jest typowym przystojnym i pewnym siebie flirciarzem, co to rzuca żarcikami z wiadomym podtekstem na lewo i prawo, romansuje z niemalże każdą przedstawicielką płci przeciwnej, uwielbia szybkie i kolorowe samochody (które, swoją drogą, wyglądają dość sztucznie na tle pustej Warszawy) i każe nazywać siebie Enzo, a nie Stefanem. Oczywiście z czasem okazuje się, że pod płaszczem celebryty, kryje się uczuciowy i lekko nieporadny mężczyzna, który… bla bla bla. Ona z kolei jest swojego rodzaju warszawską superbohaterką o dwóch tożsamościach. W dzień jest skromną i cichą nauczycielką, natomiast po godzinach zamienia się w seksowną gwiazdę z plakatów z bielizną. I uwaga, uwaga: absolutnie nikt nie jest w stanie jej rozpoznać! Nawet główny bohater, który poznaje naszą superbohaterkę w obu wcieleniach, nie potrafi połączyć kropek i jest przekonany, że romansuje z dwoma różnymi kobietami. Co więcej, wspólnie spędzona noc także nie sprawia, że Enzo zaczyna chociażby podejrzewać prawdę o swojej wybrance… A okoliczności, w których ostatecznie prawda wychodzi na jaw są tak naiwne i nielogiczne, że do tej pory nie mogę uwierzyć, iż ktoś naprawdę to zaakceptował, a aktorzy zgodzili się zagrać w takiej scenie. Podkreślę jeszcze raz, aby należycie to wybrzmiało – „Miłość do kwadratu” to komedia wybitnie nielogiczna, niezamierzenie obrażająca inteligencję swojego widza, niemalże wprost nazywając go debilem.

Właściwie wszystko w tym filmie jest przerysowane do granic absurdu, nie tylko główni bohaterowie. Zazdrosna kobieta okazuje swoją zazdrość każdą wypowiedzią, bo przecież inaczej widz na pewno przeoczyłby jej motywację. Dziewczynka uczulona na ryby musi dostać alergicznego ataku z trzy razy, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli o jej wyjątkowym uczuleniu. Poszkodowany przez życie ojciec-mechanik (Mirosławie Bako, dlaczego dałeś się tak skrzywdzić, przyjmując taką rolę?) nie byłby sobą, gdyby nie wspomniał o tęsknocie za swoją zmarłą żoną w średnio co drugim zdaniu. Konserwatywny dyrektor szkoły, który każdym gestem musi podkreślać, jak wielki ma kij w dupie i jak bardzo nie wierzy w nowoczesne metody nauczania (i kto wpadł na pomysł, żeby w takiej roli obsadzić zazwyczaj uroczo nieporadnego Tomasza Karolaka, alias świętego mikołaja???). Właściwie każdy wątek tego filmu zasługuje na osobne wyśmianie, ale chyba zdajecie już sobie sprawę, jakiego kalibru dziełem jest „Miłość do kwadratu”. Dlatego mam prośbę. Nie oglądajcie tego filmu. Nawet pod pretekstem „a włączę sobie na 5 minut, zobaczę, jak to w ogóle wygląda”. Nie nabijajmy autorom cyferek i wyświetleń, bo wtedy widmo drugiej części „Miłości do kwadratu” może stać się niepokojąco realne. A tego byśmy zdecydowanie nie chcieli. Dla dobra komedii romantycznych. I naszych komórek mózgowych.

„Miłość do kwadratu”

Reżyseria: Filip Zylber

Produkcja: Polska, 2021

Dystrybucja: Netflix

Czas trwania: 102 min

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.