Śladami Szałamowa

 

Warłam Szałamow to rosyjski pisarz, poeta i eseista, który osiemnaście lat spędził w kołymskich więzieniach i łagrach. Do końca swojego życia nie wyleczył się z łagrowego urazu niepochamowanego jedzenia na zapas czy gromadzenia i chowania żywności. To, co przeżył i widział, opisał w „Opowiadaniach kołymskich” – z tym tysiącstronicowym zbiorem, śladami Szałamowa, podążył Jacek Hugo-Bader.

 

dziennikikolymskie

 

Oligarchowie, błatniacy, szamani, łagiernicy, niedźwiedzie ludojady, poszukiwacze złota, wierne łajki – wszyscy żyjący w złotym sercu Rosji – są bohaterami „Dzienników kołymskich” Jacka Hugo-Badera. Złotym dosłownie, bo kołymska ziemia jest niezwykle bogata w ten szlachetny surowiec. Odkrywcą Kołymy był Polak Jak Czerski, zesłany na Sybir za udział w powstaniu styczniowym. W czterdzieści lat po jego śmierci, w 1932 r., powstają tam obozy i kopalnie złota. Wtedy też rozpoczyna się budowa Traktu Kołymskiego, czyli Trasy, mającej 2025 kilometrów drogi łączącej Magadan z miastem Jakuck w Jakucji. Mnóstwo ludzi straciło życie w trakcie budowy drogi, tysiące ciał leży kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnią Trasy.

 

Podróż tą położoną na kościach drogą opisuje w swojej książce Jacek Hugo-Bader. Czytelnik wraz z reporterem podąża w głąb tajgi, poznaje historię rejonu oraz jego mieszkańców. Mieszkańców tak różnorodnych i różnobarwnych jak cała Rosja (co również potwierdza w swojej książce „Nie ma jednej Rosji” Barbara Włodarczyk). Każda historia jest inna, każda niezwykła, intrygująca, ciekawa. Czytelnik poznaje między innymi losy córki Jeżowa (szefa NKWD w latach 1936-38, odpowiedzialnego za śmierć tysięcy ludzi), Aleksandra Basanskiego, złotego oligarchy Kołymy czy Mariji Jakowlewnej, która miała 18 lat, gdy trafiła do łagru za „gospodarczą kontrrewolucję”, inaczej sabotaż (spóźniła się jeden dzień do pracy).

 

Z każdą kolejną przeczytaną stroną „Dzienników kołymskich” miałam ochotę rzucić wszystko, spakować plecak, ruszyć śladami Hugo-Badera i osobiście poznać bohaterów jego książki i wysłuchać ich historii. Ludzie i miejsca są opisani w taki sposób, że – chcąc nie chcąc – zaczynałam czuć z nimi jakąś emocjonalną więź; przeżywałam wraz z nimi ich wzloty i upadki. Niezwykłym plusem reportażu jest wplatanie przez autora do narracji rosyjskich słów czy posługiwanie się fienią (przestępczą gwarą). Tekst zyskuje w ten sposób na autentyczności. Plastyczne opisy przyrody czy otoczenia sprawiają z kolei, że mogłam poczuć się, jakbym wraz z reporterem siedziała np. w dwudziestotrzyletniej ciężarówce i piła wódkę z paputczikiem (towarzyszem podróży), podczas gdy poza szoferką jest kilkadziesiąt stopni mrozu. A gdy przeczytałam już 2/3 książki i zaczęłam sobie uświadamiać, że każda kolejna strona przybliża mnie do zakończenia lektury, poczułam pewien smutek, chciałam, żeby ta moja wędrówka przez Kołymę trwała jak najdłużej, potwierdzając w ten sposób słowa Jacka Hugo-Badera, że „To podróż jest ważna, a nie jej cel.”.

 

Uważam, że dla każdego miłośnika kultury i historii rosyjskiej jest to pozycja obowiązkowa – pozwoli mu poszerzyć swoją wiedzę na temat tego kraju i ludzi go zamieszkujących. Natomiast osobom, które nie do końca ciekawi obyczajowość rosyjska, polecam ją dla samej przyjemności czytania. A kto wie? Może po lekturze „Dzienników kołymskich” zmienią swój sposób postrzegania Rosji i zainteresują się dziejami tego różnorodnego kraju.

 

 

„Dzienniki kołymskie”
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo: Czarne