Stanisław Zawiśliński o Krzysztofie Kieślowskim

 

Ze Stanisławem Zawiślińskim – dokumentalistą, biografem Krzysztofa Kieślowskiego rozmawia – Jakub Szczepański. 

 

Krzysztof Kieślowski i Stanisław Zawiśliński 1994

Krzysztof Kieślowski Stanisław Zawiśliński podczas wywiadu w 1994 roku podczas
(fot. archiwum prywatne Stanisława Zawiślińskiego)

 

W jaki sposób poznał pan Krzysztofa Kieślowskiego?

Stanisław Zawiśliński: W roku 1975  byłem na obozie dziennikarskim tygodnika studenckiego „Itd” w Soczewce. Pewnego dnia grupę chętnych zabrano na plan filmu kręconego w pobliskim Płocku. Statystowaliśmy w scenie pochodu pierwszomajowego. Jak się potem dowiedziałem, była to „Blizna” Krzysztofa Kieślowskiego. Tak go poznałem, potem zacząłem oglądać jego filmy i o nich pisać.

 

Kiedy poznał pan reżysera osobiście?

Po raz pierwszy zamieniłem z nim kilka zdań w roku 1979 po pokazie „Amatora” na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku. Potem rozmawialiśmy na MFF w Cannes w 1987 roku, a pierwszy dłuższy wywiad prasowy przeprowadziłem cztery lata później, po premierze „Podwójnego życia Weroniki”.

 

Wywiad do książki „Kieślowski bez końca” nagrywał  pan w roku 1994 , gdy twórca „Trzech kolorów” osiągał szczyt międzynarodowej sławy…

I jednocześnie deklarował, że nie będzie już kręcił filmów. Ta sytuacja dodatkowo motywowała mnie do przeprowadzenia rozmów z tym niezwykłym reżyserem.

 

 

Co było w nim niezwykłego?

Osobowość. Rzadko spotykany rodzaj empatii. Na potrzeby książkowego wywiadu spotkałem się z nim 12 razy w ciągu trzech tygodni. Rozmawialiśmy ze sobą po trzy-cztery godziny. Nie tylko o filmach, także o życiu, o sytuacji społecznej, o ludziach. Chociaż zwracaliśmy się do siebie per „pan”, to miałem poczucie, że rozmawiam z bliskim człowiekiem. Kieślowski odpowiadał na pytania konkretnie i rzeczowo, czasem lapidarnie, a niekiedy sarkastycznie i dowcipnie. Tak intensywnych i wszechstronnych rozmów nie przeprowadziłem potem już z żadnym artystą. Po spisaniu z taśmy miałem ponad trzysta stron maszynopisu. Myślałem, że trochę okroję i ze dwieście zostanie. Tymczasem Kieślowski poprosił, żebym zrobił z tego czterdzieści stron. Niech pan mi wierzy, tyle wystarczy na syntezę tego, co powiedziałem – stwierdził.

 

Selekcja tak dużego o materiału musiała być niełatwym zadaniem…

No, cóż – łatwe to nie było. Tym bardziej, że po raz pierwszy ktoś mi sugerował aż takie skracanie. Uległem i nie żałuję. Kieślowski uświadomił mi, czym tak naprawdę  jest montaż. Po tamtym wywiadzie przestałem nadmiernie przywiązywać się do swoich materiałów. Dzisiaj szukam esencji i bez bólu kastruję swoje teksty (śmiech).

 

Czy po latach Krzysztof Kieślowski nadal budzi w panu emocje?

Tak i to dobre emocje. Kiedy dokumentowałem i analizowałem jego życie i twórczość, to poniekąd zacząłem żyć jego życiem. Ale to nie znaczy, że do końca go poznałem. Jako dziennikarz miałem szczęście przeprowadzać duże wywiady z wieloma artystami światowego formatu – m.in. z Bohumilem Hrabalem, Ladislavem Fuksem, Sergio Leone, Agnieszką Holland, Jirim Menzlem, Miklósem Jancso – ale żaden nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak Kieślowski.

 

Co pana najbardziej w nim fascynuje?

Jego droga. Droga człowieka z miejscowości, gdzie diabeł mówi dobranoc do Hollywood i nominacji do Oscara. Droga kogoś, kto nie ma rodzinnego zaplecza artystycznego ani finansowego, nie ma tzw. układów, a niektórzy twierdzili, że także talentu – do sławy i uznania. A także najeżona rozmaitymi trudnościami droga reżysera do duszy widza. Kieślowski trzy razy próbował dostać się do szkoły średniej, trzy razy zdawał na studia. Wiele wskazywało na to, że mu kariera mu się nie uda. Tymczasem po studiach z filmu na film był coraz lepszy. To wspaniała historia samozaparcia i samorozwoju.

 

 

Dlaczego osiągnął sukces?

O, na to złożyło się wiele okoliczności. Uważam, że trafił do emocji widzów w wielu krajach dlatego, że w umiejętny sposób potrafił stawiać odwieczne pytanie: jak żyć? Ono unosi się nad całą jego twórczością. Kieślowski film traktował jako narzędzie poznania siebie i świata. Uprawiał kino, które  jest bliskie prawdziwych problemów człowieka. Na dodatek jego  życie było zgodne z twórczością. To zdarza się tylko wielkim artystom.

 

Sugeruje  pan, że przez filmy Kieślowskiego można poczuć więź z reżyserem. Myśli pan, że ci, którzy przyjeżdżają do Sokołowska, mogą to poczuć?

Ależ oczywiście! Myślę, że obcując z niektórymi jego filmami, można nawet zadawać te same pytania, które on zadawał . Jest taki film – „Urząd”. Pada w nim pytanie: co pani robiła na przestrzeni swojego życia? Niesamowite pytanie. Kieślowski drąży i odmienia je w kolejnych filmach: Kim jesteś? Co tu robisz i po co? W jakich rolach występujesz? Co naprawdę jest ważne w życiu? Te pytania cały czas go nurtowały. Wrażliwych widzów także.

 

Zadawał uniwersalne pytania, ale nie pokazywał wszystkiego.

Uważał, że nie wszystko jest na pokaz. Zapewne byłby przerażony dzisiejszą antykulturą medialną i przekazem, który rozszarpuje ludzi, nie szanuje momentów intymnych czy tragicznych. Mówił, że nie należy podpatrywać z kamerą jak ludzie płaczą. Wolał wynająć aktora. To kwestia postawy etycznej. Kiedyś powiedział coś, co tłumaczyłoby uniwersalność jego twórczości: Ból zęba dla czarnoskórego czy dla białego, dla anarchisty czy komunisty, dla człowieka w XVII czy XX wieku zawsze jest taki sam. Może dlatego szukał w twórczości tego egzystencjalnego bólu zęba, który łączy ludzi.