Ela Chrzanowska: Kapuściński wraca z Meksyku

 

W Meksyku większość osób uważa Ryszarda Kapuścińskiego za pisarza i mało kto wie, że był też dziennikarzem. Najbardziej popularne są jednak te książki, w których opowiada o warsztacie dziennikarskim, jak „To nie jest zawód dla cyników”. O tym, kim jest Kapuściński dla Meksykanów, a także o tym, jak zdobyć pieniądze i nakręcić film oraz o tym, że czasem warto ciągnąć wiele srok za ogon z Elą Chrzanowską, autorką dokumentu „Rzeki. Podróż do Meksyku z Maestro Kapuścińskim”, rozmawiali Weronika Rzeżutka i Bartosz Wróblewski.

 

rzeki-dokument-fotos-1Z Meksykiem Ela Chrzanowska jest związana od 2007 roku. Asystuje tam u Petry Fischer, koordynatorki niemieckich i austriackich produkcji filmowych i telewizyjnych
(fot. materiały prasowe / Ella Films)

 

O Ryszardzie Kapuścińskim powiedziano i napisano już wiele. Dlaczego chciałaś nakręcić jeszcze film dokumentalny na jego temat?

Na początku 2015 roku rozmawiałam z dziennikarzem meksykańskiego tygodnika „Proseco”. Opowiedział mi, że Ryszard Kapuściński jest w tym kraju sławny, a mimo to nikt jeszcze nie opisał jego pobytu tam, kiedy prowadził warsztaty czy był korespondentem. Pomyślałam, że warto napisać reportaż, który uzupełni jego biografię o ten rozdział. A że wcześniej nakręciłam już film i dobrze się czuję w tej formie wyrazu, uznałam, że przy okazji pracy nad reportażem spróbuję nakręcić też dokument.

O swoim pomyśle opowiedziałem córce Kapuścińskiego, Rene Maisner. Nie zareagowała jednak zbyt przychylnie i na pewien czas zrezygnowałam z tego pomysłu.

 

Co się jej nie podobało?

Trafiłam na bardzo zły moment, bo odbywały się wtedy pierwsze rozprawy sądowe spadkobierców Kapuścińskiego z Arturem Domosławskim. Rodzina obawiała się kolejnych przykrości. Poza tym nie jestem znana, moje filmy nie miały dystrybucji kinowej. A wiele osób pewnie by chciało, żeby o takiej postaci opowiadał ktoś z bogatszym dorobkiem.

Mimo to zaryzykowałam i zaczęłam pracować nad tematem. Zrobiłam research, nawiązałam kontakty z ludźmi z Meksyku i upewniłam się, że wywiady z nimi będą możliwe. Znalazłam też stypendium meksykańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych dla cudzoziemców w Meksyku, dzięki któremu zdobyłam część środków na film. Pojawił się jednak pewien warunek – miałam pół roku, by go skończyć.

 

Co musiałaś zrobić, by otrzymać pieniądze?

Mój debiut dokumentalny sprzed czterech lat, „Dom: Warszawa-Meksyk” powstał dzięki temu samemu stypendium. A skoro już raz wywiązałam się ze swoich zobowiązań, to łatwiej było mi zaufać po raz kolejny. Poza tym musiałam przedstawić konkretną koncepcję filmu, cele oraz harmonogram prac. Musiałam też znaleźć instytucję, która pomoże mi w realizacji. Zgłosiłam się więc do meksykańskiej szkoły filmowej, Centro de Capacitación Cinematográfica, która wspierała mnie przy poprzednim filmie. Potrzebowałam też rekomendacji polskiego twórcy. Wybrałam Piotra Piwowarczyka – producenta i scenarzystę filmu o polskich uchodźcach w Meksyku: „Santa Rosa. Odyseja w rytmie mariachi” oraz współscenarzystę dokumentu Jerzego Śladkowskiego „Amnezja”.

 

A samo nazwisko Kapuścińskiego jakoś pomaga w pozyskaniu pieniędzy?

Oczywiście. Każdy Meksykanin po studiach humanistycznych wie, kim był Kapuściński. Ale pomagały też inne znane postaci, jak Elena Poniatowska, która wypowiada się w filmie na jego temat.

 

Jak dużą część kosztów pokryłaś ze stypendium?

Przelot w dwie strony oraz życie w Meksyku przez pół roku. Wszystkie pozostałe kwestie związane z filmem musiałam finansować z własnej kieszeni. Ale wiele osób pomagało mi za darmo, bo po prostu wierzyli w ten projekt.

 

Film powstał w pół roku?

Takie złożyłam zobowiązanie i musiałam się z niego wywiązać. Dodatkowo zobowiązałam się do pokazu kinowego w meksykańskiej szkole filmowej oraz zaplanowałam podobny pokaz w Polsce, w kinie Iluzjon.

Media w Meksyku zainteresowały się tematem. Na pokazie było kilkudziesięciu dziennikarzy, dwie stacje telewizyjne, agencja prasowa. Ale tak naprawdę większym stresem był dla mnie pokaz dla rodziny Ryszarda Kapuścińskiego. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie zyskała jej akceptacji. To był dla mnie warunek, by pokazywać ten film. Na szczęście rodzina wyraziła zgodę, ale miała jedną sugestię. I tę samą radę usłyszałam w Filmotece Narodowej – żebym to nie ja była lektorką, a profesjonalista. Wymarzyłam sobie Dariusza Bugalskiego, którego głos poznałam podczas gali wręczenia Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. A on się zgodził.

 

rzeki-dokument-fotos-5

– Każdy Meksykanin po studiach humanistycznych wie, kim był Kapuściński – mówi Ela Chrzanowska (fot. materiały prasowe, Ella Films)

 

Realizowałaś film w dwóch odległych krajach, w pośpiechu, bez pełnego finansowania. To było ryzykowne. A co, jeśli wszystko skończy się klapą?

Studiowałam produkcję filmową w Łodzi i tam podczas zajęć jeden z profesorów powiedział, że osiągnięciem celu dla producenta czy realizatora filmowego jest zamknięcie dzieła. Będzie lepsze lub gorsze, ale ważne, żeby było zamkniętą całością, żeby pojawiło się na ekranie. Dla mnie już pierwszy przedpremierowy pokaz będzie miał znaczenie symboliczne. Bo to się stanie – Kapuściński przyjechał tu z tego Meksyku, ileś tam osób go zobaczyło, rodzina jest zadowolona, a część ludzi wyjdzie z nową wiedzą. Już to dla mnie będzie sukcesem.

 

Z kimś się konsultowałaś podczas produkcji filmu?

Jestem trochę taka Zosia-samosia, co się kończy czasem porażkami. Miałam doradcę, opiekuna artystycznego, bo taki był wymóg stypendium. Była to Lucjana Kaplan, meksykańska dokumentalistka o korzeniach białoruskich, której rodzina zawędrowała do Argentyny. Ona koordynuje dział dokumentu w tej szkole filmowej. Pokazałam jej pierwszą wersję filmu i zgłosiła parę bardzo cennych uwag. Najcenniejsza chyba była ta, żebym była jedną z bohaterek filmu, taką przewodniczką. Wstęp, w którym mówię o historii, powstał na końcu filmu, po jej uwagach.

 

W scenariuszu tego nie było?

Było, ale prawie się z tego wycofałam. Bałam się dać siebie do filmu. Ale te ujęcia z Pola Mokotowskiego powstały dwa dni przed moim wyjazdem do Meksyku. Mój montażysta to sfilmował, bo powiedział, że jego zdaniem powinnam wystąpić w tym filmie. Myślałam, że wykorzystam ścieżkę Kapuścińskiego beze mnie, ale on mnie sfilmował i później zrozumiałam, że to ma sens, bo pokazuje, że to moja podróż. Bo to totalnie moja opowieść. Dotarłam do takich, a nie innych osób – i to jest efekt mojego dochodzenia, niekoniecznie dziennikarskiej poprawności. Dobrałam wywiady do filmu, bo tak chciałam. To nie miał być reportaż, który ujmie wszystkie strony czy wyczerpie temat.

 

Jakie było przyjęcie filmu w Meksyku?

Widzowie mówili, że narodziła się lub wróciła u nich potrzeba czytania książek Kapuścińskiego. A to był mój ukryty cel. Mówili też, że chcą ten film widzieć w dystrybucji, chcą, żeby ludzie go oglądali.

 

Więc są szanse na dystrybucję w Meksyku?

Chyba tak. Na styczeń przyszłego roku planuję pokaz w meksykańskiej filmotece, taką trochę premierę jak w Warszawie. A później pokazy na uniwersytetach. Znowu będzie undergroundowa dystrybucja. Dzięki niej człowiek może dowiedzieć się, jaki jest odbiór. Nie patrzę tylko na wyniki oglądalności, ale zawsze rozmawiam też z widzami. Bo film to świetny przyczynek do dyskusji.

 

 

Jedna z bohaterek filmu opowiada o lekturze „Tego Innego”. Co jeszcze Kapuścińskiego czyta się w Meksyku?

Przede wszystkim „Wojnę futbolową”, bo to książka w dużej mierze o Ameryce Łacińskiej.

 

A „Chrystus z karabinem na ramieniu”?

Tam też są fragmenty, ale ta książka nie jest tak popularna. Co ciekawe, najbardziej znana i lubiana jest ta, która powstała na podstawie cyklu wykładów Kapuścińskiego, czyli „To nie jest zawód dla cyników”. Bardzo mocno promowano tę książkę w Meksyku. W ogóle jego książki warsztatowe, dotyczące dziennikarstwa, często powstałe nie z jego inicjatywy, są tam cenione. Jak choćby jeszcze „Autoportret reportera”.

 

Kim jest Kapuściński dla Meksykanów?

Jest autorytetem moralnym. Mało kto wie, że był korespondentem. Widzą w nim nie dziennikarza, a raczej pisarza, który opisuje rzeczywistość i ma w sobie dużo pokory. A tej dziennikarzom brakuje. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy dostrzega się w mediach wiele hipokryzji i manipulacji. Wizja czystego dziennikarstwa Kapuścińskiego jest Meksykanom bardzo potrzebna, bo niby panuje tam demokracja, ale wiele osób ma poczucie, że to jednak autorytaryzm.

 

Ile zebrałaś materiału na potrzeby filmu?

Prawie trzydzieści godzin.

 

Wykorzystasz jakoś te odrzuty?

Filmowo nie, ale wykorzystam je do reportażu, bo teraz przygotowuję książkę. O Kapuścińskim we wspomnieniach dziennikarzy meksykańskich. Bo większość moich bohaterów to dziennikarze i ja po prostu spisałam te wszystkie wywiady. Moim zdaniem to wystarczający materiał na książkę.

 

To będzie cykl wywiadów czy zwarta publikacja?

Zwarta. Podzielę wszystko tematycznie i wplotę w to wypowiedzi. Można powiedzieć, że będzie to bogatsza wersja filmu.

 

Masz jeszcze jeden temat na książkę.

Tak, „Kwiaty na wzgórzach Guerrero” opublikuje wiosną przyszłego roku wydawnictwo Tomasza Sekielskiego Od deski do deski. Poznałam Tomka w 2014 roku, kiedy zatrudnił mnie jako tłumaczkę i kierowniczkę produkcji reportażu o zaginionych studentach w Meksyku. Realizował go do swojego programu „Po prostu” dla Telewizji Polskiej. Po tym projekcie rozpoczęłam własny research w mieście Iguala, w którym filmowaliśmy. Potem napisałam taki mini-reportaż i opublikowałam go na portal NaTemat.pl.

 

O czym będzie ta książka?

O kobietach, które poszukują swoich zaginionych bliskich w Meksyku, o ich doświadczeniach i uczuciach w warunkach wszechobecnej przemocy. To opowieść o sile ludzkiej solidarności i nadziei.

 

Ciągniesz wiele srok za ogon. Jak ci to wychodzi?

Zabrzmi to banalnie, ale mam poczucie, że życie szybko ucieka i jeżeli człowiek ma w sobie energię i ciekawość świata, to trzeba wykorzystywać ją wtedy, kiedy jest, a nie czekać aż się skończy. Każdy dzień to dla mnie czas, żeby działać. Oczywiście są dni słabsze, kiedy nie chce się nic robić, ale takich jest w moim przypadku mało.

 

 

Pierwszy pokaz dokumentu Eli Chrzanowskiej odbył się 26 października 2016 r. (środa) o godzinie 20.30 w Iluzjonie Filmoteki Narodowej w Warszawie. Projekcję poprzedziła debata z udziałem reżyserki i zaproszonych gości. Dyskusji patronował „Nowy Folder”.