Centrum Kapuścińskiego

O swoim debiutanckim filmie dokumentalnym „Dom: Warszawa-Meksyk”, fascynacji twórczością Ryszarda Kapuścińskiego i miłości do Meksyku opowiada Aleksandrze Zbróg dokumentalistka i reporterka Ela Chrzanowska.

 

Ela Chrzanowska (ur. 1980 w Warszawie) – absolwentka Wydziału Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi oraz dziennikarstwa w Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie. Pracowała m.in. w Amnesty International i Filmotece Narodowej. W latach 2008-2013 realizowała swój pierwszy film dokumentalny „Dom: Warszawa-Meksyk” („Hogar: Varsovia- México”) (fot. archiwum redakcji) 

 

Dlaczego zainteresowałaś się dokumentem?

 

Wszystko zaczęło się od Ryszarda Kapuścińskiego. Jako nastolatka trafiłam do Liceum im. Stanisława Staszica w Warszawie, które jest szkołą o profilu matematyczno-fizycznym. Nie odnajdywałam się w swojej klasie, bo szybko okazało się, że mój umysł nie jest ścisły, tylko humanistyczny. Jedyną odskocznią od szkolnego, matematycznego świata okazały się reportaże Kapuścińskiego, które poleciła mi polonistka. Zaczęłam od „Imperium”, a potem tak się wciągnęłam, że przeczytałam wszystkie jego książki. Szczerze mówiąc, to zdarzało się, że wagarowałam, żeby w spokoju poczytać Kapuścińskiego.

W liceum zaczęłam interesować się także filmem. Wszystko, co dobre i wartościowe TVP zawsze puszczała grubo po północy – do dzisiaj zresztą tak robi, dlatego koło pierwszej w nocy nastawiałam wideo i nagrywałam na VHS ciekawsze filmy. Później rano mogłam je obejrzeć.

 

Czy już wtedy wiedziałaś, że zaczniesz zawodowo kręcić filmy dokumentalne?

 

Skądże. W liceum nie miałam żadnych skrystalizowanych planów odnośnie do przyszłości, a już na pewno nie sądziłam, że zostanę dokumentalistką. Po liceum zapisałam się na studia do Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie i właśnie tam zaczęłam się interesować dokumentem. Po licencjacie rozpoczęłam studia z produkcji filmowej w Łodzi w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej, ale nie spełniły one moich oczekiwań.

 

Dlaczego?

 

Zajęcia opierały się głównie na nauce budowania w Excelu budżetu filmu fabularnego. Ja chciałam zajmować się dokumentem. Budżet fabuły znacznie rożni się od budżetu filmu dokumentalnego. Fabułę można zaplanować, a dokument jest jak życie – nie zawsze to, co na początku postanowisz, ostatecznie zrealizujesz.

 

Nie liceum, nie studia, to co ostatecznie zadecydowało, że postanowiłaś poświęcić się kręceniu filmu dokumentalnego?

 

To się stało zupełnie przez przypadek. Podczas studiów zatrudniłam się w Amnesty Internetional. W 2007 roku zaproponowano mi wyjazd do Meksyku, gdzie miała odbyć się konferencja Amnesty. Wtedy też odkryłam Miasto Meksyk. To miasto mnie zauroczyło, jak to się mówi po hiszpański „me embrujo” – czyli dosłownie mnie zaczarowało. Totalnie się zakochałam. Meksyk to było jak spotkanie z kimś, na kogo od dawna czekałam.

 

Ale dlaczego akurat Meksyk? Co Cię tak ujęło w tym mieście?

 

Na pewno ujął mnie rytm tego miasta, prostota ludzi, ich ciepło. W Meksyku poczułam się jak w domu, ale w takim domu, nad którym zawsze świeci słońce, który zawsze jest pełen uśmiechu i dobrej energii, której tak mi w Polsce czasami brakowało.

 

Wróćmy do Twojej przygody z filmem dokumentalnym. Czy od razu po powrocie z Meksyku postanowiłaś zająć się kręceniem?

 

Nie. Po powrocie z Meksyku odeszłam z Amnesty i rozpoczęłam pracę w Filmotece Narodowej. Organizowałam wystawę multimedialną o kinie niemym i potrzebowałam montażysty. Przypomniało mi się, że znam montażystę z Meksyku, z którym wcześniej pracowałam w Amnesty. On akurat mieszkał w Warszawie w Śródmieściu, ja na Ochocie. Wieczorami spotykaliśmy się, żeby pracować nad wystawą. Pewnego dnia, kiedy wracałam od niego do domu, a był wtedy październik – zimno, słotno, zaczęłam rozmyślać: Boże, co ten człowiek robi w tej szarej, przygnębiającej Polsce? Przecież w Meksyku ma wszystko… I wtedy poczułam, że powinnam zrealizować film właśnie o tych ludziach – o meksykanach, którzy mieszkają w Warszawie i o warszawiakach, którzy przeprowadzili się do Meksyku.

 

O czym miał on opowiadać?

 

Na początku chciałam zrobić film o życiu w tych dwóch miastach. Ale już w trakcie kręcenia postanowiłam zmienić koncepcję. Chciałam pokazać nie tyle życie, co domy meksykanów i warszawiaków. Chciałam pokazać, jak ludzie poszukują swojego miejsca na Ziemi, jak los może przenieść człowieka w zupełnie nieoczekiwane miejsce, w którym może zostać na chwilę lub na całe życie. Mój film opowiada o ludzkiej naturze, o tym, jak bardzo pragniemy znaleźć miejsce i ludzi wokół siebie, żeby poczuć się jak w domu. Stąd jego tytuł: „Dom: Warszawa-Meksyk” („Hogar: Varsovia- México”).

 

 

Jak znalazłaś bohaterów?

 

Najpierw skontaktowałam się z Maurycym Gomulickim (polski artysta, twórca instalacji plastycznych – przyp. red.), który żyje w rozjazdach między Polską a Meksykiem. On co prawda nie chciał brać udziału w filmie, ale dał mi bardzo wiele kontaktów do mieszkających tam Polaków. Napisałam 100 maili, odpowiedziało 30 osób – jadąc do Meksyku, miałam już przygotowany grafik rozmów. Ostatecznie w 3 tygodnie przeprowadziłam 13 wywiadów, więc mój wyjazd był bardzo intensywny. Na rozmowy z meksykanami w Polsce miałam więcej czasu.

 

W twoim filmie pojawiło się aż 27 bohaterów.

 

Wyszedł mój brak profesjonalizmu. To był mój pierwszy film, czułam się związana ze wszystkimi osobami, każdemu chciałam być wierna, dlatego nikogo nie wycięłam. Miałam może za mało odwagi, asekurowałam się, bo chciałam mieć poczucie, że ten film nie jest moim głosem, tylko głosem moich bohaterów.

 

Kto sponsorował twój film? Kursowałaś między Warszawą a Meksykiem, a takie podróże nie są tanie.

 

Podróże do Meksyku sama sponsorowałam. To, co zarabiałam w Filmotece, przeznaczałam na wyjazdy. Czasami pomagali mi rodzice. Natomiast żeby zorganizować montaż, potrzebowałam już większych środków. Dwa razy składałam wnioski o stypendium dla cudzoziemców przebywających w Meksyku. Za pierwszym razem mi się nie udało, dopiero za drugim razem zdobyłam pieniądze. I mogłam zająć się postprodukcją. Załatwiłam salę do montażu w Centro de Capacitación Cinematográfica w Meksyku i montażystów. Później okazało się, że koledzy montażyści mieli własne obowiązki, więc wszystkiego sama musiałam się nauczyć.

 

Ile trwała realizacja „Dom: Warszawa-Meksyk”?

 

Prawie 5 lat.

 

Musiałaś sama pokonywać wszystkie przeszkody: organizować pieniądze, kręcić, montować. Realizacja filmu trwała bardzo długo. Czy momentami nie miałaś ochoty zarzucić tego pomysłu?

 

Ja przez ten film osiwiałam (śmiech). Ale nie – po prostu nie mogłam nie zrealizować „Domu”. Czułam ogromne zobowiązanie wobec moich rozmówców, którzy poświęcili mi czas, którzy wpuścili mnie do swoich domów. Byłam im winna ten film.

 

 

Jak się przygotowywałaś do rozmów z bohaterami?

 

Nie przygotowywałam się. Postanowiłam zdać się na swoją intuicję. Nikt mnie nie uczył sztuki wywiadu, ale mimo wszystko udało mi się zbudować zaufanie między mną a rozmówcami. Może to jest kwestia predyspozycji człowieka, może jakiejś magii (śmiech). A może to zasługa tego, że byłam ograniczona technologicznie. Byłam sama z małą kamerkę, nie było ze mną dźwiękowca, dzięki temu nie stresowałam moich bohaterów. Sama też byłam mniej skrępowana.

 

Którzy rozmówcy byli bardziej skorzy do rozmów: Meksykanie czy Polacy?

 

Polacy. Z Meksykanami rozmawiało mi się o wiele trudniej. Po pierwsze dlatego, że na początku realizacji filmu dopiero uczyłam się języka. Oczywiście, moi bohaterowie mówili po polsku, ale ja koniecznie chciałam, żeby rozmowy z nimi były przeprowadzone po hiszpańsku. Po drugie zauważyłam, że Meksykanie na emigracji w Polsce są bardziej zamknięci niż Polacy na emigracji w Meksyku. Wszyscy pozamieniali się rolami! Bo przecież Meksykanie raczej znani są ze swojej otwartości, a Polacy z rezerwy.

 

Oglądając twój film, ma się wrażenie, że właśnie Meksykanie w Polsce są smutni, natomiast Polacy w Meksyku bardzo dobrze się odnajdują. Jedna z bohaterek Meksykanek powiedziała, że czuje się, jakby cały czas była w podróży. Mieszka w Polsce od dwudziestu lat, ale nie jest to dla niej dom.

 

Teraz, kiedy sama mieszkam w Meksyku, to zaobserwowałam, że ludzie tutaj są bardzo towarzyscy, rodzinni. Ponadto przyzwyczajeni są do swojej kuchni, zwyczajów. Raczej nie podróżują. Mają bardzo krótkie urlopy, które nie pozwalają im na dłuższe wyjazdy. Są przywiązani do swoich domów, dlatego kiedy już je opuszczają, bardzo tęsknią. I się nie asymilują.

 

Czym się teraz zajmujesz w Meksyku?

 

Dzięki temu, że otrzymałam po raz drugi stypendium dla cudzoziemców w Meksyku, mogę zrealizować nowy film dokumentalny: „Podróż do Meksyku z Maestro Kapuścińskim”. Będzie to film krótkometrażowy opowiadający o pobycie Kapuścińskiego w Meksyku – przyjeżdżał tutaj w latach 60. jako korespondent PAP i później jako wykładowca prowadzący warsztaty w szkole Nowego Dziennikarstwa Latynoamerykańskiego. Chciałabym również napisać reportaż książkowy na ten sam temat, ale to plan na później. Równocześnie zajmuję się sprawą osób zaginionych w Guerrero i rodzin ich poszukujących.

 

 

To bardzo trudna i nieprzyjemna tematyka. Dlaczego akurat to cię zainteresowało?

 

Jakiś czas temu Tomasz Sekielski zatrudnił mnie przy realizacji programu „Po prostu”. Jeden z odcinków miał opowiadać właśnie historię zaginięcia studentów w Iguali. Pojechałam do tej miejscowości, szukałam bohaterów, byłam też tłumaczem. Zżyłam się z tymi ludźmi i kiedy ekipa realizacyjna wyjechała do Polski, ja zostałam i sama zajęłam się tym tematem. Zrobiłam około pięćdziesięciu wywiadów, głównie z kobietami z okolic Iguali, które szukają zaginionych bliskich porwanych m.in. przez mafie narkotykowe.

 

Co dokładnie dzieje się w Iguali?

 

Stan Guerrero, w którym znajduje się Iguala, jest bardzo biedny, kwitnie biznes narkotykowy, kartele walczą ze sobą o wpływy. Uprawia się tutaj marihuanę i mak, buduje laboratoria, organizuje transport. Wszyscy są w ten proceder zamieszani, łącznie z władzami lokalnymi, które czerpią zyski z handlu. Jest wielu ludzi, którzy nie wiedzą, że są zamieszani w produkcję i narkobiznes. Wystarczy, że jeden sąsiad tym się zajmuje, a rodziny z domów obok są automatycznie wpisywane na listę osób do porwania. Jest XXI wiek, a to co dzieje się w Meksyku, demokratycznym kraju, przypomina mi masowe zbrodnie, które dokonywane były podczas II wojny światowej.

 

Co masz zamiar zrobić z zebranym materiałem?

 

Chciałabym opublikować książkę. Nie chcę jednak skupiać się w niej na szukaniu przyczyn tego, co się dzieje w Iguali. Bardziej interesuje mnie to, jak czują się rodziny, których bliscy zaginęli bez wieści. Chcę przytoczyć ich historie, emocje, chcę pokazać, jak radzą sobie w sytuacjach dla Europejczyków niewyobrażalnych, nie tracąc przy tym wiary, że odnajdą zaginionych.

 

 

Nie boisz się tym zajmować? Przecież to jest ekstremalnie niebezpieczny temat, szczególnie dla kobiety…

 

Bałam się jechać do Iguali, ale czułam, że muszę tam być. Nie przydarzyły mi się żadne niebezpieczne sytuacje. Mam instynkt samozachowawczy i nie pakuję się w kłopoty. Chroni mnie mój anioł stróż i na pewno mam dużo szczęścia. Kiedy już przyjechałam do Iguali, przestałam się bać, przebywałam z lokalnymi ludźmi, w ich domach, czułam się swobodnie, mimo że nie raz słyszałam strzelaninę. Ale człowiek się adaptuje.

Oczywiście jest pewne ryzyko, że po publikacji stanę się niewygodna. Ale też nie zajmuję się samymi kartelami, tylko ludźmi, którym przydarzyła się tragedia. To daje mi pewne poczucie bezpieczeństwa.

 

Meksyk jest uznawany za jedno z najniebezpieczniejszych państw świata…

 

Miasto Meksyk, w którym mieszkam, jest najbezpieczniejszą miejscowością w całym państwie. Tutaj jest władza, policja, wojsko, turystyka. Oczywiście mówimy o dwudziestopięciomilionowej stolicy, zdarzają się więc kradzieże, napaści, ale nigdy nic mi się nie stało. Faktem jest, że raczej unikam zakątków miasta, ale też zdarzało mi się samej wracać do domu o drugiej w nocy. Mam oczy szeroko otwarte, jak widzę, że ktoś za mną idzie, to staram się kierować w miejsca, w których jest więcej ludzi. Może to moja ułomność umysłowa, że nie dostrzegam od razu niebezpieczeństwa. Może nie mam pewnej świadomości, bo nie byłam nigdy świadkiem strzelaniny czy publicznej egzekucji. Chociaż widziałam groby i szczątki pomordowanych ludzi…

 

Chcesz zostać na zawsze w Meksyku?

 

Nauczyłam się już żyć jak Meksykanie: oni nie myślą o przyszłości – ja też nie myślę.

 

Więcej o Eli Chrzanowskiej i filmie „Dom: Warszawa-Meksyk” („Hogar: Varsovia- México”):
https://twitter.com/ellafilms
www.facebook.com/ellafilms
https://domwarszawameksyk.wordpress.com/2014/01/02/rok-2013-narodziny-dom-warszawa-meksyk/
https://www.facebook.com/DomHogar

Reportaż Eli Chrzanowskiej „Kwiaty na wzgórzach Guerrero”:
http://natemat.pl/148723,kwiaty-na-wzgorzach-guerrero-jak-rodziny-w-meksyku-szukaja-zaginionych-bliskich
http://masmusicamenosbalas.org/flores-guerrero/

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...
Misterium ciała

Misterium ciała

"Pamiętam dokładnie swoją pierwszą sekcję zwłok"
Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Przebieg produkcji filmowej na przykładzie dokumentu „15 stron świata”

Name required

Website