Wacław Radziwinowicz: Soczi – fajerwerk Putina

[spider_facebook id=”2″]

Car Piotr I wybudował wielką flotę, Katarzyna II zaprowadziła w Rosji porządek, Józef Stalin nie szczędził ludzkiego życia, by uczynić swój kraj mocarstwem, a Chruszczow posłał Gagarina w kosmos. Czy igrzyska olimpijskie mogły być wydarzeniem, które pozwoliłoby Władimirowi Putinowi stanąć w jednym szeregu z poprzednikami? Raczej nie, czego skutki obserwujemy obecnie na Krymie. Ale zainwestowano wiele sił i pieniędzy, by wszystko w Soczi wypadło perfekcyjnie. Jakubowi Szczepańskiemu oraz Mateuszowi Rutkowskiemu opowiada o tym reporter i korespondent „Gazety Wyborczej” z Moskwy, autor książki „Soczi. Igrzyska Putina”, Wacław Radziwinowicz.

 

Radziwinowicz

 

Nie boi się pan wracać do Rosji, zważywszy na to, co pan publikuje?

Przecież ja mieszkam w Rosji.

 

No właśnie, a nie obawia się pan o siebie troszeczkę?

Nie. Nikt nie jest pewny jutra, nigdzie. Nie mam specjalnych obaw, zresztą nigdy nie miałem.

 

„Soczi. Igrzyska Putina” ukażą się w Rosji? Ktoś tłumaczył tę książkę?

Częściowo to już się stało, bo niektóre z tych tekstów były przekładane na język rosyjski. Jest tu portal internetowy, który zajmuje się publikacją oraz tłumaczeniem artykułów dotyczących Rosji, zwłaszcza tych z „Gazety Wyborczej”. Są bardzo popularne. Dlatego część tekstów jest znana, ale nie sądzę, żeby tłumaczyli całą książkę, bo to nie musi być dla Rosjan specjalnie interesujące. Zresztą reportaż został napisany z potrzeby chwili.

 

Igrzyska to przecież doskonała okazja na publikację takiego materiału.

Książka została napisana po to, żeby ludzie ją czytali przed igrzyskami oraz w  trakcie ich trwania. Potem straci swój główny walor, jakim jest zapowiedź wielkiego wydarzenia, opisanie przygotowań. Być może przyjdzie mi napisać jeszcze drugą część; opowiedzieć, co stało się dalej. Jak potoczyły się losy ludzi, o których piszę. Może wtedy zyska walor ponadczasowy. Obecnie uważam, że taka możliwość – hipotetycznie – istnieje. Natomiast teraz nie mam takich planów. Zobaczymy, co będzie się działo z tym, co zostało po igrzyskach.

 

Nie wybiegajmy zatem tak daleko w przyszłość. Ile czasu zajmuje zebranie materiału i przygotowanie całego reportażu?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Fizycznie trwało to jakiś miesiąc. Ale przygotowania obserwowałem od dawna. Do Rosji wróciłem jako korespondent w 2008 r. Prace nad igrzyskami jeszcze się nie zaczęły. Ale kiedy już ruszyły, po prostu się im przyglądałem. Regularnie pisałem o tym, co się tam dzieje, czytałem też, co pisano na ten temat w Rosji, a co w Polsce. Sytuacja była prosta: niby się na tym nie koncentrujesz, ale cały czas masz to na uwadze. Myślę, że w jakimś sensie – nawet nie wiedząc, gdzie będą igrzyska – przygotowywałem się do tego reportażu przez naprawdę długi czas. To kwestia doświadczenia. Przez kilka lat miałem na uwadze Soczi. Zwłaszcza jako korespondent pracujący w Rosji. Chyba dzięki temu można było wydać książkę jeszcze przed igrzyskami.

 

Zarzuca się, że za dużo jest w niej tła historycznego, a za mało sportu.

Po pierwsze nie znam się na sporcie. Po drugie sportu wyczynowego, takich dużych aren i obiektów, po prostu nie lubię. Uważam wręcz, że jest to działalność, która ludziom szkodzi. Zilustruję to rosyjską anegdotą, którą mi tutaj opowiadano przed Euro 2012. Mówi kibic: – Przed turniejem wszedłem do sklepu „Wszystko dla sportu”. Kupiłem tapczan, telewizor, piwo i papierosy. Tak patrzę na masowy sport. Uważam, że bohaterami są ludzie, którzy rano wychodzą z domu i biegają w parku. To są prawdziwi sportowcy. Tacy, co robią to dla kondycji i dobrego samopoczucia. A po trzecie, zrobiłem to specjalnie.

 

Specjalnie?

Może gdybym się wysilił, to mógłbym napisać zarówno o dyscyplinach, jak i o parametrach obiektów i innych rzeczach. Ale to nie jest moja specjalność. Ta wiedza jest potrzebna komentatorom sportowym; ludziom, którzy zajmują się samymi zawodami. A moja książka jest o przygotowaniach i państwowym mechanizmie, który działa w Rosji i produkował te igrzyska.  Reportaż nie miał być o sporcie. Chociaż… myśmy nawet mieli na uwadze bardzo dobrego autora, który miał nam opisać obiekty sportowe. Ich walory, nowoczesność i inne parametry. Jednak w końcu z tego też zrezygnowaliśmy, bo temat był zupełnie inny: jak Rosjanie zrozumieją, dlaczego i po co to wszystko zrobili? Może byłoby dobrze, żeby dziennikarz sportowy napisał o bohaterach, spodziewanych medalistach, nadziejach, obiektach igrzysk… Tyle że to nie jest moja działka. W każdym razie chciałbym koniecznie o czymś panom powiedzieć.

 

Ależ prosimy.

Inauguracja igrzysk olimpijskich była nie tylko ładna,  imponująca, lecz wręcz olśniewająca. Była przygotowana bardzo mądrze i śmiało. Jak na Rosję to jest rewelacja. Pokazano rosyjską historię i tradycję, łamiąc schematy. Odkryto, zaprezentowano i zamknięto całe rosyjskie epoki w bardzo ciekawej metaforze historycznej. I było to czytelne dla publiczności. Natomiast komentatorzy sportowi z Rosji – a mają tu dobrych dziennikarzy – okazali się kompletnymi tępakami, którzy po prostu ni cholery nie rozumieli tego, co oglądali na ekranie. Ja sobie wyobrażam, co wygadywali nasi komentatorzy w Polsce, jeżeli słuchali wyłącznie tego, co mówili Rosjanie. To ważne, żeby chłopcy od sportu też czasami poczytali coś innego niż informację o tym, ile rekordów pobiła Justyna Kowalczyk.

 

Dlaczego rosyjscy i polscy komentatorzy mówili, że jest zbyt radośnie i kolorowo? No i czego Pańskim zdaniem nie zrozumiano?

Mówiąc delikatnie, są niedouczeni. Nie załapali nawet tej metafory lat 20. i 30. Słyszę – Ojej, to były czasy represji i tyle krwi się polało. To jest niedopuszczalne. Nie mam pretensji do naszych komentatorów, ale komentatorzy rosyjscy… Przypominają mi się czasy odwilży po Chruszczowie. Tam był młot i sierp – to są fragmenty pomnika Muchinej „Kołchoźnik i robotnica” uznanego na świecie za arcydzieło sztuki i to było w latach 30. Można to porównać do czasów, gdy w Rosji królowali stilyagi („bikiniarze”, w 2008 r. powstał również film o tym samym tytule – przyp. red.). W filmie oglądamy różne zagadnienia wzięte czy to z okresu Breżniewa, czy Stalina. W każdym razie zostały przeniesione właśnie tam, skondensowane do jedynego, radosnego, buntowniczego momentu w historii Związku Radzieckiego. To było niezwykle śmiałe. Nie mam pretensji do Polaków, bo akurat tej historii nie musimy znać tak dobrze, natomiast jeśli chodzi o komentatorów rosyjskich, to oni się strasznie skompromitowali. Mylili daty, imiona, nie potrafili nazwać głównych postaci z „Wojny i pokoju”. Boże święty… Jeśli któryś z panów zechce być komentatorem sportowym, to niech jednak czasami coś poczyta (śmiech)!

 

Co Rosjanie chcieli pokazać podczas tej ceremonii?

Na łamach „Gazety Wyborczej” wielokrotnie pisałem, że te igrzyska się udadzą. Chyba, że w grę wchodziłaby jakaś katastrofa, której przewidzieć się nie da.

 

W książce obnaża pan liczne niedociągnięcia Rosjan i…

…piszę o mechanizmie przygotowań, a to jest co innego. Ale oczywiście, na końcu książki jest rozdział „Będzie dobrze”. To znaczy, że Rosjanom się uda.  Kosztowało ich to mnóstwo pieniędzy. Ostatnio Niemcow mówił już o 60 miliardach dolarów. Koszt ekologiczny również był ogromny, bo rzeczywiście zniszczyli to, czego nie powinni byli. Zapłacili również dużą cenę społeczną, bo zadręczyli mieszkańców Soczi. A ja piszę o tej cenie – dlaczego ona była tak wysoka, dlaczego się na to zdecydowali.

 

A olimpijskie wpadki to katastrofa czy nie?

Panowie – umówmy się – wszędzie są niedoróbki i nie da się zrobić wszystkiego idealnie . Tym bardziej przed tak wielką imprezą, więc to nie jest żadna katastrofa. Że gdzieś tam przegródki między kiblami nie zbudowali…  oni chcieli dobrze z tymi apartamentami dwuosobowymi. Chcieli zrobić tak, żeby każdy sportowiec miał swoją własną toaletę i nie musiał się brzydzić kolegi. No fajnie, tę przegródkę zdjęli, poprawiali… Śmieszne! Ale to nie jest katastrofa.

 

A co z żółtą wodą i brakiem internetu w hotelach dla dziennikarzy?

W Soczi są tysiące ludzi, którzy mówią, że mieszkają w świetnych hotelach. I że nigdy tak dobrych warunków, na wielkiej sportowej imprezie, zapewnionych nie mieli . Nie wszyscy marzną, nie mają wody, nie mogą pracować.

 

Czytając tę książkę odnosi się wrażenie, że tak naprawdę Rosja od czasów Związku Radzieckiego wiele się nie zmieniła. Igrzyska miały poprawić ten wizerunek?

Miały być pięknym, telewizyjnym obrazkiem – i to panowie widzieliście. A że tam nie ma rezerwatów, że domy zjeżdżają ze zbocza, że ludzie potracili majątki – to zostaje poza kadrem. Trzeba coś pokazać przygnębionemu rosyjskiemu społeczeństwu, które straciło wiarę w siebie w latach 90. Musi zobaczyć, że potrafimy, że dajemy radę, że jesteśmy znowu silnym państwem i możemy odpowiadać na wielkie wyzwania. I temu służą te ogromne wydatki, nieliczenie się z kosztami – to jest psychoterapia.

 

A co ze złą sławą wokół imprezy? Uciskanymi mniejszościami i tak dalej?

Aura wokół igrzysk była nie najlepsza od początku, ponieważ organizuje je Rosja, która ma złą – jak to się mówi w finansach – historię kredytową. Może wy, z racji na wiek, już tego nie pamiętacie, ale świat pamięta igrzyska w Moskwie. Nie wiem dlaczego nikt nie przypomniał, że tak właściwie „Solidarność” i bunt społeczny latem 1980 r. chybaby się nie rozpoczęły, gdyby nie igrzyska. Wtedy z Polski masowo wywożono żywność, mięso przede wszystkim. Protesty w PRL, na początku 1980 r., zaczęły się od tego, że ludzie zatrzymywali pociągi jadące na wschód. Pamięta się, że to była potiomkinowska olimpiada na zasadzie „zastaw się, a postaw się”. Komuniści musieli się pokazać. To samo było i tym razem. Rosjanie musieli się pokazać. I to w dużej mierze się sprawdziło, bo nie liczyli się z jakimikolwiek kosztami. To natychmiast budzi podejrzenia, powoduje ironię i szukanie dziury w całym. Taki niestety jest ich los.

 

Co teraz będzie z Soczi?

Rosjanie wolą jeździć na Lazurowe Wybrzeże niż do Soczi. Do nas też chętnie przyjeżdżają. Ale jest jeszcze jedna szansa, o której nie zdążyłem napisać. Istnieje taka kategoria ludzi w Rosji – tak było też w Związku Radzieckim – którzy ze względu na pracę nie mają prawa do paszportów zagranicznych i nie mogą opuszczać kraju. To są oficerowie, a przede wszystkim funkcjonariusze służb specjalnych. Być może to będzie główny klient. Bo Soczi to ich jedyna szansa na ciepły wypoczynek pod palmami i jedyne dobre miejsce w Rosji na narty. Być może zbudowano to wszystko dla pretorian Putina, jego kolegów ze służb specjalnych, bo to jest dla nich jedyna oferta letnio-zimowa. Tylko policjantów jest w Rosji milion, oficerów wojska około 300 tysięcy, służb specjalnych co najmniej 400 tysięcy. I to jest dosyć zamożny klient. Może ten kuracjusz, z racji ustroju, znów zawita, a ludzie w Soczi powoli się odkują i zarobią?

 

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi to kolejny biały słoń Władimira Putina? Była już uniwersjada, będzie kolejna, będą mistrzostwa świata w piłce nożnej… Czy sport dla Putina i dla Rosjan to coś naprawdę ważnego?

Po rosyjsku określa się to jako „kartinka” – obrazek telewizyjny, o którym już wspominałem. Ma być ładny, przemawiać do swoich i pozwolić im nabrać pewności siebie. Ma oczarować świat.

 

Dlaczego sport jest konikiem Putina?

Myślę, że Władimir Putin nie byłby zadowolony z tego pytania. Przyjrzyjmy się temu, co robili jego poprzednicy. Gdy car Piotr I chciał uczynić Rosję wielką, to wybudował flotę – miał wielką marynarkę wojenną, która po raz pierwszy pozwoliła osadzić Rosję nad Bałtykiem. Gdy Katarzyna II chciała uczynić Rosję wielką, to zaprowadziła tam porządek pierwszy i ostatni raz w historii tego kraju. Gdy Józef Stalin chciał uczynić swój kraj mocarstwem, to budował kanały, wielkie fabryki. Nie szczędził niczego, przede wszystkim życia ludzkiego, żeby postawić wielki przemysł, zbudować bombę atomową. Gdy Chruszczow chciał mieć wielki kraj, to posłał Gagarina w kosmos.

 

Plejada nazwisk, a Władimira Putina tu brakuje.

Dla mnie to jest tajemnica, dlaczego w dzisiejszej Rosji, która posiada wielkie bogactwa naturalne i dysponuje ogromnymi pieniędzmi, mającej naprawdę utalentowany naród, wielki potencjał umysłowy, intelektualny… Dlaczego jej nie stać na takie przełomy w innych dziedzinach? Skąd ten manewr – wypuścić jeden fajerwerk za ogromne pieniądze? Może Putin nie docenia możliwości swoich i swojego narodu? Z tego wszystkiego przypomniał mi się jeden ordynarny dowcip.

 

Proszę się nie krępować.

Nie wiem czy zrozumiecie, bo to bardziej po rosyjsku (cisza). Myślę, że tak. Pojechał człowiek z kołchozu do Moskwy i jak wracał, to go pytają: co widziałeś?! Ten na to, że widział fajerwerki. Oni się pytają, co to jest fajerwerk. Na co pytany rozstawia ramiona i mówi: Fajerwerk to jest coś takiego – łup job mać i ni ch….

 

Igrzyska były takim fajerwerkiem?

Trochę tak to wygląda. Zrobili job mać i co z tego wynikło? To jest dobre pytanie.

 

Twój adres email nie zostanie opublikowany.