Filip Springer: Znajomy zapytał, czy zacząłem malowanie

[spider_facebook id=”2″]

 

O nowej książce, udawaniu głupka oraz o tym, dlaczego nie napisze tekstu o Wenezueli – z Filipem Springerem, reporterem, stypendystą Fundacji Herodot i finalistą Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego – rozmawiają Weronika Rzeżutka i Agnieszka Kapela.

 

Filip Springer fot. Archiwum prywatne– Mam swobodę, bo dziesięć lat po tym, jak zacząłem poważną pracę jako dziennikarz, robię dokładnie to, co sobie wtedy wymyśliłem – mówi Filip Springer (fot. archiwum prywatne)

 

Jaki ma pan widok z okna?

Aktualnie całkiem niezły, bo na Ursynów, z siódmego piętra, niczym niezasłonięty. Wcześniej, na Przyczółku Grochowskim, było tak sobie, bo z jednej strony widziałem mur. Z reguły miałem jednak dobre widoki i zawsze było to dla mnie istotne.

 

Ale polską przestrzeń pan krytykuje i mówi, że idealnym miejscem do życia jest Norwegia.

Idealnym dla mnie.

 

Co takiego ma Norwegia czego nie ma Polska?

Przestrzeń jest tam kształtowana na podstawie kryterium umiaru. Tutaj – na podstawie braku umiaru. W Polsce się w przestrzeni krzyczy, w Norwegii – szepcze.

 

Skoro więc przeszkadza panu polski nadmiar, to dlaczego wciąż pan tu mieszka?

Moja praca wymaga świetnej znajomości języka, a ja żadnego innego nie znam tak dobrze, jak polskiego.

 

I używa pan tego języka, żeby pisać o urbanistyce, architekturze, przestrzeni, choć jednocześnie twierdzi pan, że to nudne tematy, że to nie jest „sexi”.

To, co powiedziałem, dotyczy ich ogólnego odbioru. Nie ma społecznej potrzeby dyskutowania o przestrzeni. Dodatkowo jest ona tematem kompletnie niereporterskim. Reportaż wymaga spotkania z człowiekiem, który o czymś opowiada, a ja go obserwuję i coś razem przeżywamy. W przypadku architektury albo w ogóle przestrzeni mam budynek… i na tym koniec. Mogę go sobie obejrzeć, popytać ludzi w środku, ale zwykle mniej więcej wiem, co mi powiedzą. Przygoda zaczyna się, gdy rozmawiam z architektem. Szczęśliwie ten architekt z reguły jest jeden, bo ja bardzo nie lubię rozmawiać z ludźmi w czasie pracy nad reportażem.

Poza tym dla mnie ten temat nie jest nudny. Zawsze interesowało mnie to, jak wygląda przestrzeń wokół oraz jej oddziaływanie na mnie na różnych płaszczyznach: emocjonalnej, artystycznej, poznawczej. W pewnym momencie okazało się, że można o tym pisać książki.

 

A czy pańskim zdaniem mogą one zmienić postrzeganie przestrzeni przez Polaków: zwykłych ludzi, ale też polityków, urzędników, media?

Dla mnie to kompletnie bez znaczenia. Reportaż jest skutkiem ubocznym tego, co robię. Używam go, aby zrozumieć pewien kawałek rzeczywistości. Powstaje z tego książka, bo trzeba z czegoś żyć. Można powiedzieć, że ona finansuje moją ciekawość. Zbieram materiał, piszę, wydaję i dzięki temu mogę sobie pozwolić na to, żeby potem znów zaspokajać swoją ciekawość. Nie mam aspiracji, żeby moje książki coś zmieniały. No, może trochę… A tak poważnie, to jedyne poczucie misji, jakie mógłbym mieć, związane jest z nominacją do Nagrody im. Kapuścińskiego. Ucieszyłem się, że dostałem ją za „Zaczyn”, bo dzięki temu ludzie dowiedzą się, kim są Hansenowie. Na pewno nie wszyscy, ale mogę z tym żyć. Wydaje mi się jednak, że jest to tego rodzaju luka w polskiej świadomości, którą warto wypełnić.

 

Springer, Zaczyn, ok-adka„Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach” to wędrówka śladami zapomnianych w Polsce architektów

 

Cieszy się pan z tej nominacji („Zaczyn” był w finałowej piątce tegorocznej edycji) tylko ze względu na Hansenów czy ma to też osobiste podłoże?

Ostatnio znajoma przesłała mi esemesa: „Gratki” i zacząłem się zastanawiać dlaczego. Dopiero później odkryłem, że to z powodu konferencji prasowej, na której ogłoszono finałową dziesiątkę. Do tego stopnia starałem się o tym nie myśleć. Przy okazji „Miedzianki”, która dostała mnóstwo nominacji, ale niczego nie wygrała, wyrobiłem w sobie silne postanowienie, żeby nie cieszyć się z nagród. W jury siedzą różni ludzie. Jednym moja książka będzie się podobać, innym nie, z tysiąca powodów, na które kompletnie nie mam wpływu. Najgorsze, co można zrobić, to zacząć przeżywać, pocić się na tych wszystkich galach i zastanawiać się, czy dadzą ci tę nagrodę, czy nie.

 

To co dla pana jako autora książek jest najważniejsze?

Jeśli sprowadzić to do bardzo dużego banału, to… pieniądze. One dają mi komfort. Na najbliższe cztery lata mam zakontraktowane kolejne książki. Mam swobodę, bo dziesięć lat po tym, jak zacząłem poważną pracę jako dziennikarz, robię dokładnie to, co sobie wtedy wymyśliłem.

 

Pracę w mediach zaczynał pan jednak nie od pisania, a od fotografowania. Jak teraz widzi pan relacje między jednym i drugim, między obrazem utrwalonym na zdjęciu a obrazem kształtowanym za pomocą słów?

Faktycznie najpierw fotografowałem, ale nikt nie chciał pisać tekstów do moich zdjęć, żeby to mogła opublikować gazeta. Nie lubili mnie w redakcji. Wkurzyłem się i zacząłem robić to sam. To były podpisy do fotoreportaży i krótkie teksty na pięćset znaków. Potem te opisy się wydłużały i tak powstawały reportaże. Dzisiaj bardzo wiele osób, zwłaszcza fotografów, mówi mi, że piszę obrazami, to znaczy, że wykorzystuję metodę komponowania właściwą dla fotoreportażu.

Jak zacząłem pisać,  pomyślałem, że skoro już to umiem i umiem też robić zdjęcia, to mogę obie te rzeczy połączyć: pojechać, zrobić kompletny materiał i zarobić dwa razy więcej. Tylko że wtedy powstawały z tego albo dobre teksty, albo tylko dobre zdjęcia. Zawsze coś było na doczepkę.

 

I skupił się pan na pisaniu.

Fotograficznie nie jestem tak sprawny jak dziennikarsko czy reportersko. Umiem zrobić dobry research i napisać tekst, który naprawdę będzie niezły, ale z wielkim trudem przychodzi mi zrobienie niezłego zdjęcia. Niezłego, to znaczy takiego, o którym fotografowie powiedzą, że jest dobre.

 

 

Jak więc pisać, żeby samemu być zadowolonym i żeby ludzie chcieli to czytać? 

Jedyna odpowiedź na to pytanie jest prosta: trzeba wiedzieć, po co się to robi. Jeżeli pisanie jest efektem naszej ciekawości, a nie ciekawość skutkiem pisania, to wtedy będzie dobrze. Nadrzędna powinna być chęć dowiedzenia się czegoś. Czytelnik będzie czuł, że drążyłeś, łaziłeś, szukałeś książek, które naświetlą problem z różnych stron. Wtedy on przejdzie cały ten proces razem z tobą. Oczywiście to, czy uda ci się go do tego nakłonić, zależy od twojego warsztatu i talentu.

 

Porozmawiajmy więc o pańskim warsztacie.

Mam czarny notesik, a w nim notatki, które określam jako fragmenty. To są fundamenty, na których wszystko się trzyma. Do tego dochodzą spisane wywiady, które są wydrukowane i zbindowane, cały research z książek i gazet, też wydrukowany. To bardzo nieekologiczne, ale nie umiem inaczej. Jak piszę, to jestem obłożony papierem w promieniu dwóch metrów. Odkąd mam psa, ta metoda stała się trochę kłopotliwa, bo on mi ten papier zżera i muszę za każdym razem sprzątać. Jak mieszkałem bez psa, to wszystko po prostu leżało. Kiedyś przyszedł do mnie znajomy i zapytał, czy zacząłem malowanie, bo tyle było papieru. A ja pisałem wtedy książkę.

 

Pisze pan już na samym końcu, po zebraniu całego materiału?

To jest dla mnie najlepsza sytuacja. Tak powstawały „Miedzianka” i „Zaczyn”. Z „Wanną z kolumnadą” i „Źle urodzonymi” było inaczej. Wtedy dosyłałem teksty do wydawcy. Generalnie samo pisanie zajmuje mi 40 dni.

 

Mało czasu. To chyba wymaga samodyscypliny: siadam, piszę od tej godziny do tej i niczym innym się nie zajmuję.

Jest tak, że wstaję, zaczynam pisać i o godz. 23 nagle do mnie dociera, że nic nie zjadłem i się nie umyłem. Robię to, kładę się spać, rano wstaję i od nowa. Ale to nie jest samodyscyplina. Bo samodyscyplina oznaczałaby, że ja się zmuszam, a to jest taki moment, który ja najbardziej w pisaniu lubię: mam w głowie cały research i w pewnym momencie wszystkie klocki wskakują na swoje miejsce.

 

Jak sprawić, żeby wskoczyły?

Piszę z planem. Mam rozrysowany w chmurkach właściwie każdy akapit, a jeśli nie akapit, to na pewno rozdział, w taki sposób, że wiem, gdzie co będzie. Testowałem różne programy do układania tych chmurek, ale skończyło się na kartce papieru. Jak mam już plan i klocki się ułożą, to żałuję, że nie mogę pisać non stop.

 

Wanna z kolumnadą – Kiedyś wkurzały mnie reklamy na mieście. Konieczność zrobienia tych wszystkich kroków, żeby napisać reportaż, spowodowała, że wiem, czemu one wiszą i wiem, że nie znikną – opowiada Filip Springer. Reportażem, o którym mówi,  jest właśnie „Wanna z kolumnadą”

 

Ciekawy jest pański patent na research, pisze pan o nim w „Wannie z kolumnadą”: jeśli ludzie nie chcą rozmawiać, kupuje pan sobie loda. Mężczyzna jedzący loda i zadający pytania wygląda na tyle niecodziennie, że to przełamuje bariery, ośmiela. Jakie inne sztuczki pan jeszcze stosuje?

Ta metoda z lodem rzeczywiście jest niezła, chociaż kiepsko brzmi. Druga zasada jest prosta: nie można mieć ciemnych okularów. Po trzecie, jak chcę nagrywać, to mam dyktafon na szyi, tak samo jest z robieniem zdjęć i aparatem. Jest też taka metoda, którą często stosuję: robienie z siebie idioty, udawanie, że kompletnie nic się na dany temat nie wie. Tak robiłem, gdy szedłem do urbanistów podczas zbierania materiałów do „Wanny…”. Żeby zrozumieć, czemu ustawa nie działa, prosiłem, żeby oni mi wyjaśnili jak pięciolatkowi, na czym polega w Polsce planowanie przestrzenne. I oni tłumaczyli: „Chce pan postawić domek, żeby mieć domek, musi pan mieć ziemię, a ta ziemia nie może mieć mniejszej powierzchni niż taka i taka, bo inaczej byłoby mnóstwo małych domków nadźganych wokół całego miasta…”. Dzięki temu mogłem to napisać tak, żeby ludzie, którzy w ogóle się na tym nie znają, mieli szansę to zagadnienie zrozumieć. To lepsze niż udawanie, że się wie. Kiedyś robiłem wywiad do jednej z książek. Spotkałem się z ważnym profesorem, w wielkim pośpiechu, bo to było już pod koniec researchu, a jeszcze chciałem z nim porozmawiać. On zapytał: „Ale czytał pan moją książkę?” Skłamałem, że oczywiście, chociaż w ogóle nie miałem o niej pojęcia. Potem w czasie całej rozmowy powtarzał: „To sobie pan przeczyta w książce”. Najgorsze było to, że nie wymienił tytułu, a miał takie nazwisko, że nie dało się jednoznacznie stwierdzić, o którą publikację chodzi.

 

Ile czasu zajmuje panu research?

Jeśli mam rok na zbieranie materiałów i 40 dni na pisanie, to dla mnie jest wystarczająco dużo, ale oznacza też, że muszę nad tym siedzieć non stop. Na książkę, która ukaże się w przyszłym roku, miałem półtora roku, nawet trochę więcej.

 

To ta, na którą dostał pan stypendium z Fundacji Herodot. O czym będzie?

O problemie mieszkaniowym, czyli o tym, czym jest prawo do mieszkania i jak to prawo jest dzisiaj realizowane.

 

Taki głos pokolenia trzydziestolatków, którzy muszą brać kredyt, żeby mieć swój własny kąt?

Broń Boże, nie czuję się kimś takim. Chociaż pewnie zostanie to odebrane trochę i w taki sposób.

 

W jakim kierunku ma w takim razie iść ta nowa książka?

Będzie pełna wkurwienia, bo okazało się, że ktoś nas strasznie oszukał. Po pierwsze, mieszkanie należy się każdemu. To prawo człowieka, tylko jakoś się o tym zapomniało.  Po drugie,  w Polsce moi rówieśnicy czy ludzie młodsi ode mnie mają wpojone, że miarą sukcesu jest posiadanie własnego mieszkania albo chociaż kredytu na nie. U nas rynek wynajmu to 20%, natomiast w Szwajcarii – kraju dużo bogatszym od nas – 67 czy 70%.

 

Czyli bardziej wkurza pana to, że nie mamy mieszkań, czy to, że chcemy je mieć?

Ani jedno, ani drugie. Jestem wkurzony, bo stworzono system oparty na kłamstwie i sprzyjający wyłącznie wielkim firmom, które zarabiają na tym pieniądze: bankom i deweloperom. A my jesteśmy tego ofiarami. Przykładem jest program „Mieszkanie dla młodych”, sprzedawany jako pomoc ludziom. Tymczasem dwie trzecie jego budżetu trafia do banków, a jedna trzecia do deweloperów.

 

 

Częściej pisze pan, bo coś pana wkurzyło, czy dlatego, że coś pana zaciekawiło?

Właściwie zawsze piszę, bo coś mnie wkurzyło. Reportaż jest dla mnie formą reagowania na rzeczy, które mnie irytują. Daje mi narzędzia, żebym mógł sobie z tą irytacją poradzić. Kiedyś wkurzały mnie reklamy na mieście. Konieczność zrobienia tych wszystkich kroków, żeby napisać reportaż, spowodowała, że wiem, czemu one wiszą i wiem, że nie znikną. Jestem spokojny i już mnie nie denerwują.

 

A nie boi się pan zaszufladkowania jako reporter, który pisze o przestrzeni?

Nie, bo nie chodzi o to, o czym książka jest. Od ludzi ciągle dostaję informacje  typu: „Kompletnie się tym nie interesowałem, a nagle okazuje się, że to takie ciekawe”. Jeśli tu działa taki mechanizm, to będzie działał w odniesieniu do wszystkiego.

To zaszufladkowanie ma jednak oczywiście pewne konsekwencje. Jestem wtłaczany na siłę w rolę eksperta. Kiedy przyszła do mnie chyba piętnasta propozycja, żebym napisał jakiś krótki tekst do gazety na temat nieładu w Polsce, zaczęło to być męczące. Powoli z tej przestrzeni wychodzę, ale ona zawsze będzie punktem wyjścia. Można ją w różny sposób omawiać: biograficznie – jak w przypadku „Zaczynu”, bardzo historycznie i reportersko –  jak w przypadku „Miedzianki” lub architektonicznie i fachowo – jak w „Wannie…” czy „Źle urodzonych”. Miałem propozycje pisania reportaży z Wenezueli czy z Iraku, ale kompletnie nie wiem, co miałbym tam robić. Wolę się o tym dowiadywać od innych.

 

Może zająć się wenezuelską przestrzenią?

No tak, ale nie żyję w niej i żył nie będę, więc niby czemu miałbym jej dotykać?

 

 

Przeczytaj też recenzje książek Filipa Springera zamieszczone na naszej stronie:

„Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”

„Wanna z kolumnadą”