FKW – multifotograf kompletny

Krzysztof Wojciewski in memoriam


31 maja zmarł  Krzysztof  Wojciewski (1943 – 2019), jeden z najlepszych i najwszechstronniejszyc polskich fotografów. FKW – tak sygnował w osobistym archiwum swoje zdjęcia. 


W ostatnich latach współpracował m.in. z Fundacją Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego dokumentując nasze imprezy. Na izabelińsko-warszawskim festiwalu Natura – Kultura – Media im. Ryszarda Kapuścińskiego prezentowaliśmy zdjęcia „cesarza reportażu” robione przez Krzysztofa na przestrzeni wielu lat; w roku ubiegłym  pokazaliśmy  jego wspaniałą, przekrojową i – jak się okazało – ostatnią  wystawę pt. „Bez retuszu”.


Z Krzysztofem znałem się ponad 40 lat, współpracowaliśmy ze sobą ćwierć wieku. Wiele tygodni spędziliśmy razem na planach filmów Jerzego Kawalerowicza i Jerzego Hoffmana. Zdjęcia Krzysztofa ilustrowały moje wywiady z humanistami („Trudne, łatwe czasy”), książki o Kieślowskim, Hoffmanie, Starskim, Zanussim; moje teksty towarzyszyły jego wystawie i imponującym albumom z filmów („Quo vadis”, „Bitwa Warszawska 1920”). To była pasjonująca, twórcza, dobra współpraca dziennikarza i fotografa. Nie spodziewałem się, że tak nagle zostanie nieodwracalnie przerwana. Przecież zaledwie kilkanaście dni temu Krzysztof, taki jakiego przez lata znałem – pełen werwy – bawił z Anią na moich imieninach…


Był człowiekiem otwartym, pogodnym, życzliwym. Rzadko kiedy krytykował innych. I nie dbał o robienie szumu wokół siebie i swojej twórczości. A fotografem był znakomitym. Nazwałem go kiedyś „multifotografem” – fotografem pełnym żarliwości, nowoczesnym, kompletnym.


Jednym z pierwszych i najważniejszych doświadczeń fotograficznych Krzysztofa było odważne robienie zdjęć podczas strajku studentów na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, 8 marca 1968 roku. Te zdjęcia dokumentujące jak władze Peerelu, przy użyciu zwiezionego autokarami „aktywu robotniczego”, rozprawiają się ze studentami. Wtedy nie mogły się nigdzie ukazać i trafiły do szuflady.  Po latach, po zmianie systemu politycznego w Polsce, kiedy nie było już instytucjonalnej cenzury i usuwano kolejne „białe plamy” w polskiej historii, okazało się, że zdjęcia Krzysztofa z wydarzeń niesławnego Marca ’68 są jedynymi, które dokumentują ich przebieg na Uniwersytecie Warszawskim.


Fotograf musi mieć „nosa” i trochę szczęścia, aby znaleźć się z aparatem w „oku cyklonu”, czyli  w centrum ważnych zdarzeń o historycznym znaczeniu. Krzysztofowi intuicja i szczęście nie raz pomagały. Fotografował m.in. wydarzenia Sierpnia ‘80, pielgrzymki Jana Pawła II, „aksamitną” rewolucję w Pradze, w roku 1989. Przede wszystkim jednak dokumentował przez lata polską, pełną absurdów i paradoksów, codzienność. I zatrzymywał w kadrze napotkanych „po drodze” ludzi – w rozmaitych sytuacjach.


Ale Krzysztof sporo też podróżował po świecie. Poznał niemal całą Europę i dotarł do Turcji, Libanu, Japonii, Kuby, Panamy, Kostaryki, Mongolii, Chin. W latach 70. uwiecznił swoim aparatem Bejrut, potem Damaszek i Palmyrę jaka dzisiaj – po zniszczeniu przez talibów już nie istnieje. Udało mu się sfotografować przemiany jakie na przestrzeni dekad dokonały się np. w Rosji czy na słynnym pekińskim placu Tian Nian Men, z którego zniknęły portrety Marksa, Engelsa i Lenina, ale pozostał portret Mao Tse Tunga.


W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku Krzysztof Wojciewski pracował w szanującym fotografię, popularnym tygodniku „itd.”.  Przez wiele lat kierował  tam działem fotoreportażu, jednym z najlepszych w polskiej prasie. Głównie w „itd.” – choć nie tylko tam  ukazywały się najlepsze jego zdjęcia, za które był wielokrotnie nagradzany.


W okresie transformacji Krzysztof przez kilka lat był związany z tygodnikiem „Wprost”, a jednocześnie stale poszerzał zakres swoich zainteresowań i umiejętności zawodowych. Zajmował się fotografią społeczną, artystyczną, przyrodniczą i reklamową, a ja zaciągnąłem go na plany filmowe. Znane i cenione stały się wykonane przez Krzysztofa portrety polityków, wybitnych polskich artystów, ludzi pióra, filmu i muzyki – m.in. wspomnianych już Kieślowskiego, Kawalerowicza, Hoffmana, Kapuścińskiego, Starskiego, a także Zanussiego, Konwickiego, Bralczyka, Baumana, Duczmal, Pendereckiego, Kilara, Głowackiego, Machulskiego,  Polańsklego, Jarre’a.


Ceniłem Krzysztofa nie tylko ze względu na jego wielkiej klasy profesjonalizm, niesamowitą pracowitość, rzetelność i skromność. Podobało mi się, że niemal całkowicie oddany swojemu zawodowi znajdował czas na drugą pasję słuchanie  muzyki i kolekcjonowanie płyt muzycznych. Przede wszystkim był jednak dobrym człowiekiem. Takim pozostanie w mojej pamięci.


Nie wiem jak mam się z Nim pożegnać… Może tak jak zawsze:

– No, to cześć!

Żegnaj, Krzysiu…