Jeszcze 15 ciał

 

Ubrania mają przemoczone ropą, są odwodnieni, głodni. Niektórzy ranni, chorzy. Dryfowali przez tydzień w przeładowanej łodzi, wierząc, że tam, gdzie dotrą, czeka ich lepsze życie niż w rodzimym kraju. Nie wszystkim udało się przetrwać tę podróż. Mężczyźni, kobiety, dzieci starcy – Fortuna nie oszczędza nikogo.

 

fuocoammare-plakat

 

Gianfranco Rosi w swoim najnowszym filmie „Fuocoammare. Ogień na morzu” przedstawia los mieszkańców oraz uchodźców przybywających na niewielką wyspę Lampedusa, znajdującą się pomiędzy Afryką a Europą. Pokazuje skromne, ale spokojne życie wyspiarzy, kontrastując je z dramatem, jaki przeżywają uciekinierzy z Somalii, Erytrei czy Syrii. Dokument pozbawiony jest jakiegokolwiek komentarza ze strony twórców, oglądający sam musi interpretować to, co widzi na ekranie. Film został nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na 66. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie oraz Nagrodą Jury Ekumenicznego.

 

Po takich wyróżnieniach spodziewałam się po „Fuocoammare” więcej. Niestety, film był nudny i zbyt długi. Nie tylko dla mnie. Jeden z widzów na seansie zasnął, a pani obok mnie co jakiś czas ziewała. Wiele scen nie wnosiło nic interesującego do fabuły. Przedstawienie mieszkańców Lampedusy ogranicza się tylko do życia 12-letniego Samuele i jego rodziny. Widzimy chłopca strzelającego z procy do ptaków, uczącego się angielskiego, jego babcię (chociaż nie jest w sumie powiedziane, kim jest ta kobieta, widz może się tylko domyślać) gotującą obiad, słuchającą radia. Sceny te są raczej nudne i sprawiają wrażenie wyreżyserowanych, a zachowanie małego Samuele jest niezwykle irytujące, np. kilka razy powtarza tę samą kwestię, mimo że osoba, z którą rozmawia, już dawno odpowiedziała na jego pytanie. Nikt z członków rodziny nie wspomina nic o setkach tysięcy uchodźców co roku dobijających do wybrzeży wyspy. Raz tylko kobieta, słysząc w radio, ilu z nich ostatnio utonęło, komentuje to jednym słowem: „Biedaki”. Nie wiemy więc, co o przybyciu uciekinierów z Afryki sądzą mieszkańcy niewielkiej wyspy i jak wpływa ono na ich życie. Wszystko to powoduje u widza uczucie niedosytu.

 

Najciekawsze, a jednocześnie najsmutniejsze i najbardziej dramatyczne są fragmenty filmu poświęcone uchodźcom. Dzięki nim można się dowiedzieć, jaki dramat przeżywają ci ludzie, na jakie ryzyko się decydują, wsiadając do łodzi i jak długą drogę przebywają, by dotrzeć do Europy oraz jak wielu ich współtowarzyszy nie osiąga celu. Reżyser pokazuje ewakuacje uciekinierów z przeładowanej łodzi, ich badanie przez lekarzy. Są również ujęcia ciał osób zmarłych na łodzi. Niestety, widz nie dowiaduje się, co dalej dzieje się z tymi, którzy przeżyli. Jest tylko parę fragmentów z obozu dla uchodźców (chyba, bo nie jest powiedziane dokładnie, co to za miejsce), gdzie ci czekają w kolejce do budki telefonicznej czy grają w piłkę nożną.

 

Pomimo tego, że film nie spełnił do końca moich oczekiwań i lekko się na nim zawiodłam, to warto go obejrzeć chociażby dla tych paru fragmentów ukazujących tragedię uchodźców. Może dzięki nim niektórzy zrozumieją, że to pokrzywdzeni ludzie uciekający przed wojną, głodem czy ISIS, którym należy pomóc, a nie żądni mordu terroryści pragnący zapanować nad Europą. Jeśli tak się stanie, to potwierdzą się opublikowane na plakacie filmu słowa Meryl Streep o tym „(…) jak wielką rolę może odegrać dziś dokument”.

 

 

 

„Fuocoammare. Ogień na morzu”
Reżyseria: Gianfranco Rosi
Produkcja: Francja / Włochy 2016