Gdzie dwóch się bije, tam cierpi cała reszta


Kryzys, w jakim znalazła się obecnie Wenezuela, jest trudny do wyobrażenia. Dwóch zwalczających się prezydentów jednocześnie, zaangażowanie większości państw świata, dziesiątki krwawych protestów, realna groźba zbrojnej interwencji. Sytuacja zmienia się właściwie każdego dnia.


Wenezuela w połowie XX wieku była czwartą gospodarką świata, głównie dzięki olbrzymim zasobom ropy naftowej. Dziś dominuje bieda, głód i przemoc. Kraj ten stał się przykładem jak szybko i boleśnie można upaść. Zdaniem wielu jednym z głównych winowajców jest obecny prezydent Wenezueli.


Główny aktor przedstawienia

Nicolas Maduro Moros urodził się 23 listopada 1962 roku w Caracas, stolicy Wenezueli. Już w latach 70. działał w lokalnych związkach zawodowych . Pod koniec lat 80. został członkiem Boliwariańskiego Ruchu Rewolucyjnego-200, tajnej lewicowej organizacji polityczno-wojskowej. W 1997 roku współtworzył Ruch Piątek Republiki, lewicową organizację, która szybko stała się największą partią w kraju. Jego kariera szybko nabrała rozpędu. W 2007 roku dołączył do Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli, nowego tworu na tamtejszej scenie politycznej. W kolejnych latach piastował kluczowe stanowiska w państwie, cały czas pnąc się w górę – Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, minister spraw zagranicznych, wiceprezydent. W marcu 2013 roku, kiedy mimo wielu prób leczenia prezydent Hugo Chavez zmarł, jego obowiązki automatycznie przejął Maduro, który w szybko rozpisanych wyborach startował z ramienia Zjednoczonej Partii Socjalistycznej i wygrał je, zdobywając 50,7% głosów. Jednak przez ten czas Maduro w żadnym stopniu nie zmniejszył przestępczości, korupcji czy inflacji.  Zamiast tego zerwał wszelkie rozmowy z opozycją i brutalnie rozprawił się z protestującymi.                                                                                                                   


Krótka historia upadku demokracji

Protesty w Wenezueli trwają właściwie nieustannie od 2014 roku do chwili obecnej, choć ich skala drastycznie się zmieniła. W ostatnich życie straciło kilkadziesiąt osób, ponad 800 zostało rannych, a co najmniej 3 tys. ludzi aresztowano. Manifestanci domagają się, aby Maduro ustąpił ze stanowiska, a kraj przeszedł należyte reformy. Sytuacja jednak nie układa się po ich myśli od dłuższego czasu, a obecnie osiągnęła stan krytyczny.


W 2015 roku Maduro wprowadził stan wojenny w rejonach granicznych z Kolumbią z powodu zamieszek z udziałem wojska. Sytuacja ekonomiczna cały czas się pogarszała, co odczuwali głównie biedniejsi Wenezuelczycy. Wydawało się, że punktem zwrotnym mogą być wybory parlamentarne w 2016 roku. Jednak partia, z której wywodzi się Maduro przegrała z opozycyjną Koalicją na rzecz Jedności Demokratycznej i uzyskała zaledwie 55 ze 167 miejsc w parlamencie. Wynik wyborów wyraźnie pokazał, że obywatele Wenezueli mają dość sytuacji w państwie i osób za nią odpowiedzialnych. A jednak mimo zmiany rządu niewiele zmieniło się na lepsze. Wręcz przeciwnie Maduro przykręcił śrubę, wprowadzając kolejne kontrowersyjne zmiany w państwie. Nakazał, aby także środa, czwartek i piątek były dniami wolnymi od pracy oraz sztucznie podniósł minimalne wynagrodzenie o 30%. Pozornie brzmi to pięknie, jednak dla ekonomii miało to fatalne skutki. Wenezuela musi mierzyć się z największym kryzysem od 20 lat, brakuje właściwie wszystkiego. Przestępczość urosła do niewyobrażalnych rozmiarów, a przeciętny Wenezuelczyk może jedynie pomarzyć o dostępnie do większości lekarstw. Na arenie międzynarodowej kraj jest praktycznie wyizolowany, poza poparciem Boliwii, Syrii i innych krajów autorytarnych, jak np. Turcja.                       


W maju 2018 roku obyły się kolejne przedwczesne wybory prezydenckie. Maduro został wybrany na drugą kadencję, uzyskując niemalże 70% poparcia. Wynik przestaje zaskakiwać, kiedy doda się, że w wyborach nie brała udziału większość opozycji. Jej kandydaci zostali uwięzieni lub ograniczono ich swobodę na tyle, że startowanie w wyborach okazało się niemożliwe. Dodatkowo Maduro ograniczył rolę nieprzechylnemu mu rządowi, marginalizując jego kompetencje. Posłużył się w tym celu całkowicie mu podległym Najwyższym Trybunałem Sprawiedliwości, parlament zastąpił Narodowym Zgromadzeniem Konstytucyjnym, składającym się wyłącznie z jego zwolenników. Trudno także oczekiwać czegoś od opozycyjnych mediów, bo te – tak naprawdę – nie istnieją. Za rządów Maduro zlikwidowanych zostało ponad 55 takich tytułów prasowych.                                                          


Społeczeństwo mówi „dość”

Rządowa opozycja uznała, że wybory zostały przeprowadzone nielegalnie i wbrew obowiązującym zasadom. Wielu Wenezuelczyków już wtedy mówiło wprost, że nie uznaje Maduro za swojego prezydenta. Podobnie jak większość państw, które wymownie nie przybyły na uroczystość zaprzysiężenia. „Daliśmy bardzo jasno do zrozumienia, że wybory prezydenckie nie były ani wolne ani sprawiedliwe”- powiedziała rzeczniczka unijnej dyplomacji Maja Kocijanczicz. Podobnie zareagowały USA, nie wysyłając swoich przedstawicieli do obserwacji przebiegu wyborów.


Taka sytuacja w państwie i takie niezadowolenie społeczne musiały doprowadzić do buntów na różnych szczeblach. Niecałe dwa tygodnie po ponownym zaprzysiężeniu Maduro, czyli 21 stycznia grupa wojskowych tzw. Gwardii Narodowej ukradła kilka sztuk broni, uwięziła czterech żołnierzy i nagrała film, w którym prosi lokalną ludność o wsparcie i wystąpienie przeciwko Maduro. Nagranie trafiło do mediów społecznościowych, czego skutkiem było doprowadzenie do zamieszek w ubogiej dzielnicy Petare. Siły państwowe przy użyciu środków przymusu rozpędziły protestujących, a zbuntowani wojskowi zostali aresztowani.


W kolejnych dniach antyrządowe protesty przybrały na sile. Dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice, żądając usunięcia prezydenta ze stanowiska. Jako symbol chęci zerwania z dotychczasowym ustrojem spalono pomnik byłego socjalistycznego prezydenta Hugo Chaveza. Doszło także do zamieszek z udziałem policji, w których życie straciło przynajmniej trzynaście osób, w tym 16-letni chłopak. Większość z ofiar zginęła od broni palnej.


Rządowa opozycja postanowiła zdecydowanie zareagować. Przewodniczący parlamentu Juan Guaido razem ze swoimi zwolennikami zażądali utworzenia rządu tymczasowego i jak najszybszego rozpisania nowych wyborów. Guaido ogłosił się tymczasowym prezydentem oraz powiedział, że „formalnie przejmuje odpowiedzialność krajowego organu wykonawczego”. Co ważne, nie uczynił tego w zaciszu swojego gabinetu, ale stojąc przed tysiącami popierających go manifestantów w Caracas, stolicy kraju. Zapowiedział, że do przejęcia władzy potrzebuje wsparcia wszystkich grup społecznych – biedoty, bogatych, wojska – ale także innych państw. Dodał, że jest gotów rozważyć amnestię dla Maduro, jeśli ten pomoże przywrócić demokrację. W wywiadzie dla CNN powiedział: „Jesteśmy przekonani, że uda się nam osiągnąć pokojowe przekazanie – przekazanie i ostatecznie wolne wybory”. 


Juan Guaido jest młodszy od Maduro o 21 lat. Działalność opozycyjną rozpoczął już na studiach, sprzeciwiając się polityce prezydenta Chaveza. W 2009 roku wstąpił do partii Wola Ludowa, a kilka lat późnie został wybrany do parlamentu. Na przełomie 2018 i 2019 roku został wybrany jego przewodniczącym. Wobec marginalizowania przez Maduro parlamentu, naturalne wydaje się, że to właśnie Guaido został liderem opozycji. Jak się okazało szybko znalazł sojuszników.


Wenezuela na ustach całego świata

Inne kraje, będąc poniekąd politycznie zmuszone, zaczęły reagować na nieformalną zmianę władzy w Wenezueli. Swoje zdecydowane poparcie dla Guaido wyraził Donald Trump, informując, że uznaje deklarację dotychczasowego przewodniczącego parlamentu o przejęciu władzy w państwie. W ślad za Prezydentem USA natychmiastowo poszły Kanada oraz Organizacja Państw Afrykańskich.


W kolejnych dniach poparcie dla Guaido wyraziło kilkadziesiąt kolejnych państw. Z punktu widzenia geograficznego zrobiły to niemalże wszystkie państwa Ameryki Południowej, m.in. Argentyna, Brazylia, czy Kolumbia. Co istotne z punktu widzenia politycznego poparcie dla lidera opozycji wyraziła Unia Europejska. „Mam nadzieję, że cała Europa zjednoczy się w celu wsparcia sił demokratycznych w Wenezueli. Tamtejszy parlament, w tym jego przewodniczący Juan Guaido, w przeciwieństwie do Maduro, mają demokratyczny mandat od wenezuelskich obywateli”- napisał Przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk. Co prawda UE, której 28 państw członkowskich wydało wspólne oświadczenie, nie uznała oficjalnie Guaido za prezydenta Wenezueli (zrobiły to indywidualnie niektóre europejskie państwa), ale jasno określiła, że rząd Maduro nie przestrzega praw obywatelskich i demokratycznych. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Antonio Tajani zaznaczył, że Wenezuela potrzebuje wolnych wyborów oraz poinformował telefonicznie Guaido, że ten ma jego pełne poparcie. Bezpośrednio swoje wsparcie wyrazili różni czołowi europejscy politycy jak Emmanuel Macron czy Theresa May.


Jednak nie cały świat był tak jednomyślny. Odmienną opinię i tym samym poparcie dla Maduro podały Turcja, Boliwia i Kuba. „Mój bracie Maduro! Bądź twardy, a my będziemy razem z Tobą”- powiedział rzecznik prezydenta Turcji, Recepa Erdogana.  Swoje niezadowolenie z takiego sposobu odsunięcia prezydenta od władzy wyraziła także Rosja. Jej przedstawiciele skrytykowali Zachód za ingerencję w wewnętrzne sprawy Wenezueli. Meksyk postanowił odciąć się od całej sprawy i zachować neutralność.


Zbrodnie i kary

W tym samym czasie protesty w Wenezueli coraz bardziej się nasilały. A razem z nimi rosła liczba ofiar. Jak podało Wenezuelskie Obserwatorium Konfliktów Społecznych w ciągu kilku dni życie straciło 26 osób. Amnesty International, które otrzymało niezliczoną liczbę skarg z Wenezueli, wezwała rząd Maduro do zaprzestania przemocy i zapewnienia protestującym bezpieczeństwa. Organizacja Provea ogłosiła, że w samym centrum stolicy doszło do ponad 15 manifestacji, brutalnie stłumionych przez policję, przy użyciu broni i gazu łzawiącego. Kilka dni później hiszpańska agencja prasowa EFE poinformowała, że liczba ofiar wzrosła już do 35, a aresztowanych do ponad 850 osób.


Chcąc przeciwdziałać tragicznym wydarzeniom, na arenie międzynarodowej zaczęto coraz bardziej wywierać nacisk na Maduro. Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła zacieśnić współpracę, aby móc lepiej reagować na tego typu wydarzenia, a USA nałożyło sankcje na wenezuelską firmę naftową PDVSA. Taki cios w gospodarkę na dłuższą metę może okazać się szczególnie bolesny, bowiem 96 proc. swych przychodów Wenezuela czerpie właśnie ze sprzedaży ropy naftowej. Ponadto Amerykański Departament Stanu wprowadził kontrolę nad aktywami Wenezueli znajdującymi się na rachunkach w amerykańskich bankach. Z kolei Donald Trump osobiście odradził obywatelom USA podróż do Wenezueli, póki sytuacja nie wróci do normy. Sam spotkał się z Guaido i pogratulował mu, jak napisał na portalu społecznościowym, „historycznego przejęcia prezydentury”. W jednym z wywiadów powiedział, że nie wyklucza wysłania wojsk do Wenezueli i odrzucił propozycję spotkania ze strony Nicolasa Maduro.


Obustronne przepychanki

Początek lutego 2019 roku. Swój sprzeciw wobec dotychczasowego prezydenta wyraził także Francisco Yanez, generał wenezuelskich sił powietrznych. W krótkim filmiku wojskowy ocenił, że 90% sił zbrojnych jest przeciwko Maduro oraz wezwał obywateli Wenezueli do wzięcia udziału w protestach.  Za te słowa i okazanie wsparcia Guadio publicznie mu podziękował podczas przemówienia na 100-tysięcznej manifestacji. W telewizyjnym wywiadzie zwrócił się o pomoc do papieża Franciszka i poprosił go o pomoc w zażegnaniu kryzysu. Franciszek odpowiedział, że Watykan jest gotów podjąć się mediacji, jeśli obie strony będą tego chciały.


Maduro jednak nie wydaje się zbyt chętny do jakichkolwiek rozmów na temat możliwości pójścia na ustępstwa czy zrzeczenia się pełnienia stanowiska. Odrzucił bowiem ultimatum Unii Europejskiej, mówiące o rozpisaniu nowych wyborów. „Nie można opierać polityki międzynarodowej na ultimatum. To narzędzia imperialistyczne, z czasów kolonialnych” ocenił Maduro. Ostrzegł także Trumpa, że decyzja o wysłaniu amerykańskich wojsk będzie „powtórką Wietnamu”. W innym wywiadzie dodał, że „rozpisanie nowych wyborów prezydenckich w Wenezueli nie jest obecnie priorytetem”.   W odpowiedzi na posunięcia Maduro kolejne państwa, w tym Polska i Anglia, oficjalnie wyraziły swoje poparcie dla Guaido.


Niestety nawet trwający w Wenezueli kryzys humanitarny stał się obiektem politycznych przepychanek. Wielu Wenezuelczyków znajduje się w bardzo ciężkim stanie i potrzebuje pomocy, aby przeżyć. Brakuje podstawowych produktów, pożywienia czy leków. USA wysłały ciężarówki z pomocą humanitarną, ale Maduro nie pozwala ich wpuścić na teren państwa. Boi się, że prawdziwy cel amerykańskich ciężarówek jest inny i za maską pomocy humanitarnej, kryją się żołnierze, którzy mają odsunąć go od władzy. Guaido zaapelował o wpuszczeniu konwoju, dzięki któremu uda się uratować wiele ludzkich żyć, ale w odpowiedzi został określony przez dotychczasowego prezydenta jako amerykańska marionetka. Wielu Wenezuelczyków wyszło na ulicę żądając wpuszczenia ciężarówek, ale w większości przypadków (pojedynczym transportom udało się dostać) nie przyniosło to żadnych skutków.


Wenezuelskie ciemności

W ostatnich dniach, czyli na początku marca wenezuelskich liderów podzieliła kolejna sprawa. Przez 5 dni niemalże cała Wenezuela, 22 z 23 stanów, była pozbawiona prądu. Wywołało to ogromny chaos komunikacyjny, szczególnie w stolicy państwa. Uniemożliwiło to pracę szpitalom, na skutek czego zmarło przynajmniej 15 osób. Zawieszono działalność szkół i wielu zakładów.


Czołowi przywódcy wzajemnie oskarżyli się o doprowadzenie do tej katastrofy. „Za tym cybernetycznym atakiem stoją siły amerykańskiego imperium oraz ich samozwańcza marionetka, Juan Guaido”- powiedział Murado. Przywrócenie zasilania określił „zwycięstwem nad atakiem terrorystycznym”. Z kolei Guaido winą obarczył oficjalnego prezydenta i jego zaniedbania. Zaproponował dekret o wprowadzeniu stanu wyjątkowego, który został podpisany przez parlament. Według wenezuelskich ekspertów brak prądu spowodowany był awarią w elektrowni wodnej w Guri, zaopatrującej większość kraju. Ich zdaniem infrastruktura obiektu jest w bardzo złym stanie od wielu lat.


Quo vadis Wenezuelo?

Nad rozwiązaniem wenezuelskiego kryzysu zdaje się myśleć niemalże cały świat. UE utworzyła Międzynarodową Grupę Kontaktową (ds. sytuacji w Wenezueli), a w Waszyngtonie odbyła się konferencja Organizacji Państw Amerykańskich w tej samej sprawie. Rozwiązania jednak nie widać, a jego powstania nie ułatwia odmienne stanowisko Rosji czy Turcji. Maduro także nie ma zamiaru ustąpić. Nie uznaje opinii innych państw, a jego armia dalej brutalnie zwalcza wszelkie protesty.  Dodatkowo nakazał zamknąć granicę z Brazylią i zmusił część ambasadorów, aby opuścili Wenezuelę. Na początku marca Maduro zdecydował się wydalić niemieckiego ambasadora, a kilka dni później ze względów bezpieczeństwa Niemcy ograniczyły swój personel dyplomatyczny w Caracas, stolicy Wenezueli. Podobnie postąpiło USA, dodatkowo pozbawiając amerykańskich wiz 340 obywateli Wenezueli, w tym byłych dyplomatów.


25 marca wenezuelski dziennikarz podał informację o dwóch rosyjskich samolotach, które wylądowały w stolicy kraju. Na pokładzie miało znajdować się około 100 żołnierzy, wraz z szefem sztabu rosyjskich wojsk lądowych oraz 35 tonami ładunku. Rosja nie odpowiedziała na prośby o komentarz w tej sprawie. Szef amerykańskiej dyplomacji zaapelował do moskiewskich władz, aby „ przestały zachowywać się niekonstruktywnie” i przestały popierać reżim Maduro.


Sytuacja zmienia się dynamicznie właściwie z dnia na dzień. Guaido powrócił z podróży po krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie prosił o poparcie i zamierza kontynuować działalność przeciwko Maduro. Zapowiedział, że dotychczasowe protesty to dopiero początek i będą się nasilać, dopóki nie uda się zmusić obecnej władzy do odstąpienia. Wezwał swoich zwolenników do „Operacji wolność”, czyli wspólnego marszu na pałac prezydencki. Walka trwa więc w najlepsze.