/

God save the King

Jak zostać dobrym pisarzem? „Czytaj cztery godziny dziennie i pisz cztery godziny dziennie. Jeśli nie masz na to wystarczająco dużo czasu, to nie oczekuj, że będziesz dobrym pisarzem”. A tak przynajmniej uważa autor powyższego cytatu, czyli Stephen King. Pisarz, którego kariera jest najlepszym dowodem na słuszność tych słów.

Wybór książki, która w jakiś sposób mnie ukształtowała i wpłynęła na moje życie, zdecydowanie nie należał do najłatwiejszych. Sam zamysł cyklu niejako narzuca sięgnięcie po ambitną literaturę, poruszającą trudne problemy społeczne, piętnującą jakieś negatywne zjawisko czy chociażby wywołującą rzewne łzy u czytelnika.  I takie też były moje pierwsze myśli. Może by wybrać „Folwark zwierzęcy” i rozpisać się o wyrafinowanej metaforze komunizmu. A może zdecydować się na „My, dzieci z dworca ZOO” i podkreślić obrazowe ukazanie skutków wejścia w świat narkotyków.  Jeszcze lepszym wyborem pewnie byliby „Bieguni” Olgi Tokarczuk czy „Alchemik” Paula Coelho, w których czytelnik wręcz topi się w finezyjnych zdaniach i wyszukanych porównaniach. Nic, tylko cytować, szczególnie w takim cyklu! Jednakże wybieranie logicznych rozwiązań nigdy nie wychodziło mi zbyt dobrze, więc ostateczny wybór jest zgoła odmienny. A jako że liczenie także nie było nigdy moją najmocniejszą stroną, to książek tych będzie kilka. Mają one jednak wspólną cechę, i to dosyć kluczową dla książek, a mianowicie wspólnego autora. Stephena Kinga.

Zacznijmy od kilku faktów. Stephen King urodził się w  1947 roku, w Portland, w stanie Maine (który to jest miejscem akcji wielu jego powieści). Pisze literaturę masową, trafiającą do milionów odbiorców. Sama liczba jego publikacji imponuje. King wydaje książki niemalże hurtowo, właściwie pisze szybciej, niż niektórzy są w stanie jego twórczość czytać. Zdecydowanie nie jest to jeden z tych autorów, którzy potrzebują „przerwy, aby poszukać inspiracji” czy „dłuższego odpoczynku, żeby na nowo odnaleźć swój styl”. Trudno się nie zgodzić, że czasami cierpi na takim podejściu jakość jego książek, ale żadna nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Wysokiego poziomu.

Oczywiście liczba sprzedanych książek jest  do końca miarodajnym określeniem ich jakości, ale jednak trudno sprzedać ponad 350 milionów książek, mając jedynie szczęście. A takim właśnie dorobkiem może się pochwalić Stephen King, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie. Specjalizuje się w tzw. literaturze grozy. Innymi słowy — w horrorach (choć zdecydowanie się do nich nie ogranicza, o czym później). Wiecie, te wszystkie potwory, morderstwa, mroczne tajemnice z przeszłości czy pradawne klątwy, tylko przedstawione na kartach powieści, a nie w filmie. I tutaj objawia się chyba największy talent Kinga. Bowiem książki są, z racji na swoją „nieruchomość” i brak efektów specjalnych, znacznie trudniejszym medium do straszenia i budowania mrocznego klimatu niż filmy. Tutaj nie wystarczy, żeby po chwili ciszy coś niespodziewanie wyskoczyło z szafy i głośno krzyknęło. (tak, wiem, to znaczne spłycanie filmowych horrorów, ale wiele z nich jednak „straszy” właśnie w ten sposób) W książce o wiele większą rolę odgrywa wyobraźnia czytelnika. A więc wiarygodność opisów, zwracanie uwagi na detale otoczenia, logicznie zachowujący się bohaterowie i przede wszystkim dobry pomysł na fabułę. A w tym King jest (hehe, niezwykle oryginalny żart z nazwiska) niekwestionowanym królem.

Moja skromna biblioteczka Kinga. No i kot.

Przede wszystkim książki Kinga, w większości przypadków, zdecydowanie do najkrótszych nie należą. Opisy miejscowości, bohaterów, ich przeszłości i rodzin, poboczne wątki… Czasem można przeczytać paręset stron, a wciąż nie wiedzieć, o czym do końca opowiada czytana przez nas powieść. Myślę, że King mógłby bez trudu napisać pokaźną książkę nawet o rzeczach leżących na moim biurku. A wiele na nim nie mam. I co najlepsze, byłaby to pewnie co najmniej przyzwoita powieść, zanurzona w amerykańskiej popkulturze, zaskakująca kilkukrotnie swoją fabułą i kończąca się śmiercią przynajmniej kilku osób. Magia pióra Kinga polega na niezwykłym zmyśle obserwacji, umiejętności wczuwania się w emocje drugiej osoby i pisaniu w żywy oraz wciągający sposób pozornie o niczym. Choć kiedy przychodzi co do czego, to akcji także zdecydowanie nie brakuje, a King swoich bohaterów nie oszczędza. Właściwie większość jego dzieł można by pewnie streścić na kilku stronach, ale byłaby to dla nich ogromna krzywda. King bowiem nigdzie się nie śpieszy ze swoją opowieścią. Owszem, spod jego ręki wyszło także wiele krótkich oraz dynamicznych opowiadań, ale to właśnie rozległe powieści są jego największymi dziełami. A jeśli się wczytamy, to pod płaszczykiem mrocznej powieści można zauważyć, że autor wcale nie omija trudnych współcześnie problemów społecznych i nie boi się wyrażać swoich poglądów. A, czy zechcemy jego komentarze dostrzec, to już zupełnie inna sprawa. Frazes, że ostatecznie największym zagrożeniem okazuje się nie mroczny potwór, a drugi człowiek jest dosyć wyświechtany, ale do twórczości tego autora pasuje idealnie. Z bólem serca muszę przyznać, że znaczna część twórczości Kinga jest jeszcze przede mną, ale z wielu pozycji, które przeczytałem, kilka chciałbym szczególnie wyróżnić.

„To”

Sztandarowe dzieło Kinga, które niedawno znów było popularne, ze względu na premierę dwóch, całkiem niezłych, adaptacji filmowych. Chciałoby się napisać, że powieść ta to King w pigułce, ale ze względu na jej rozmiary powiedzenie to traci swój sens. Znajdziemy tu wszystkie cechy charakterystyczne dla tego autora. Grubo ponad tysiąc stron, tajemnicze miasteczko, mroczna tajemnica, grupa młodych bohaterów, zabawa wyobraźnią czytelnika, a przede wszystkim niesamowity klimat, gęstniejący z każdą kartką. No i klaun. A chyba wszyscy wiemy, jak straszne potrafią być klauny.

„Cmętarz zwieżąt”

Tak, błędy ortograficzne w tytule są celowe i w pełni uzasadnione fabularnie. Jest to kolejna klasyka Kinga i zdecydowanie jedna z moich ulubionych jego książek. Samotny dom, opuszczony cmentarz, skrywający pewną tajemnicę, pozornie zwykła rodzina, skrywająca swoje problemy.  Owszem, rzeczy nadprzyrodzonych tutaj nie brakuje, ale ważniejsze przez długi czas są wydarzenia jak najbardziej przyziemne, spotykające każdego z nas. Mimo to (a może, dzięki temu) czyta się o nich świetnie, a pewnych fragmentów tej książki trudno zapomnieć. Ech, gdyby tylko King umiał jeszcze pisać dobre zakończenia swoich powieści…

„Czarna bezgwiezdna noc”

Mój zdecydowanie ulubiony zbiór opowiadań Kinga. Nawet nie chcę wiedzieć, ile razy go przeczytałem. Każda z historii ma w sobie to „coś”, zapadające w pamięć i zostające z czytelnikiem na długo. Ojciec z synem, planujący morderstwo żony/matki, co oczywiście nie przebiega zgodnie z planem. Kobieta poszukująca zemsty na swoim gwałcicielu. Motyw przenoszenia nieszczęść z siebie na nielubianą osobę. Tajemnice, skrywane w wieloletnim małżeństwie. No i śmierć. Jeśli będziecie szukać tego zbioru, to serdecznie polecam nowsze wydanie, z dodatkowym opowiadaniem „Pod psem”!

„Wielki marsz”

Nie ma co ukrywać, nie jest to wybitna książka. W samym portfolio Kinga można wskazać przynajmniej kilka lepszych. W dodatku wydana pod pseudonimem — Richard Bachman. Ale z perspektywy czasu jest to dla mnie zdecydowanie jedna z najważniejszych książek. Przez całą powieść bohaterowie… po prostu idą przed siebie. Są, co prawda zarysowane ich motywacje i nie brakuje retrospekcji, ale tak właściwie, przez niemalże 300 stron, dzieje się naprawdę niewiele. A jednak nie mogłem się w swoim czasie od tej książki oderwać. Byłem zachwycony, w jak ciekawy i żywy sposób można opowiadać właściwie o niczym.  Niejako uczyłem się pisać na podstawie analizowania fragmentów „Wielkiego marszu”. Jakie elementy warto podkreślać, jak opisywać emocje, kiedy należy zmienić dynamikę narracji… Kto wie, czy dzisiaj bawiłbym się w dziennikarstwo, a więc, czy i napisałbym ten tekst, gdyby nie „Wielki marsz”. I choćby za to po prostu muszę tę książkę tutaj wyróżnić.

„Skazani na Shawshank”

Nawet nie zliczę, ile razy widziałem czyjąś zdziwioną minę, po usłyszeniu, że „Skazani na Shawshank” to nie autorski film, a ekranizacja opowiadania Stephena Kinga. Swoją drogą „Zielona mila”, przez wielu uznawana za jeden z najlepszych filmów w historii, także jest oparta na powieści Kinga. Reakcjom w sumie ciężko się dziwić, obie ekranizacje są naprawdę świetne. Ale moim zdaniem zdecydowanie warto sięgnąć także po książkowe oryginały.  A King tymi tytułami udowodnił, że potrafi uwolnić się od łatki „tego od horrorów” i to w wielkim stylu. 

Wyliczać można by jeszcze długo. Świetne „Lśnienie” i jego filmowa adaptacja Stanleya Kubricka, której sam King akurat nie znosi. Genialna seria komiksowa „Mroczna wieża”. Ciekawa trylogia kryminalna o „Panu Mercedesie”. Dziesiątki adaptacji filmowych i serialowych, o przeróżnej jakości. Epizod z wydawaniem książek pod innym nazwiskiem, aby sprawdzić, w jakim stopniu sprzedaż nowszych książek King zawdzięcza jedynie swojemu nazwisku. Wspólne wątki czy miejsce akcji, dla wielu powieści, co stwarza wrażenie ich spójności i wzajemnego przenikania się. King przez lata stał się kopalnią anegdot i ciekawostek. Z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu jego styl i poruszana tematyka. Ale warto chociażby spróbować. Kto wie, może zostaniecie z Kingiem na dłużej. A w przypadku tak płodnego pisarza zdecydowanie jest, w czym wybierać.

P.S. W zeszłym roku ukazała się świetna książka Roberta Ziębińskiego „Stephen King: instrukcja obsługi”, czyli ogromna encyklopedia wiedzy o tytułowym autorze. Omówiona jest KAŻDA pozycja z bogatego portfolio Kinga, z luźnym komentarzem i wieloma ciekawostkami. Polecam całym serduszkiem!

Obrazek wyróżniający: Lubimyczytać.pl

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.