Grzegorz Szymanik: Co jest dookoła źle

 

Choć interesuje go bunt, sam się nie buntuje. Jeździ tam, gdzie świat wrze i wchodzi w sam środek zadymy, żeby potem opisać jak najrzetelniej zmieniającą się rzeczywistość. Z Grzegorzem Szymanikiem – autorem książki „Motory rewolucji” i reporterem „Dużego Formatu” – rozmawia Weronika Rzeżutka.

 

Grzegorz Szymanik (fot. Julia Wizowska)

W 2012 roku Grzegorz Szymanik został wyróżniony Nagrodą PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego za tekst „Towarzysze, jestem waszym Führerem”, w „Motorach rewolucji” występuje pod tytułem „Aleksandreida z królestwa ogórków” (fot. Julia Wizowska)

 

Po co piszesz reportaże?

Lubię opowiadać historie i opisywać świat – również po to, żeby samemu go lepiej rozumieć. Dlatego na przykład, choć brzmi to trochę nadęto, ważne jest dawać głos ludziom, których nikt nie słucha. Na przykład: o wojnie na Ukrainie pisało się w Polsce dość jednostronnie. A mnie ciekawiło, co myślą mieszkańcy Donbasu. Jest też w tym sporo egoizmu, bo najbardziej zadowolony jestem z tekstów, w których wyjaśniam sobie coś, co chciałem wcześniej pojąć albo opisuję sprawę, która mnie osobiście boli i jest dla mnie ważna. Świetnie też, gdy można tekstem zmienić, polepszyć rzeczywistość, choć nie jest to zbyt częste. Przynajmniej nie w reportażu, który ja piszę – mam raczej mało interwencyjne tematy. Ale moja redakcyjna koleżanka, Justyna Kopińska, pisze teksty, które bardzo pomagają.

 

Wróćmy do początku. Kiedy zdecydowałeś, że chcesz być reporterem?

W liceum robiłem kabaret. W skeczach opisywaliśmy trochę rzeczywistości, więc była w tym jakaś kropla reportażu. Pisałem scenariusze, chciałem być scenarzystą. Powstawała wtedy nowa  gazeta lokalna w Wyszkowie i moja polonistka wysłała mnie tam na staż. Moim pierwszym zleceniem było opisanie kłótni dwóch sąsiadów o drogę, trochę jak w „Samych swoich”. Musiało to być bardzo zabawne – oni czekali na dziennikarza, a przyjechało dwóch chłopaków na rowerach – ja i mój kolega z klasy, fotoreporter. Pamiętam, że innym razem miałem zrecenzować sklepy mięsne, chociaż nie miałem pojęcia jak. Napisałem bardzo złośliwy reportaż o warunkach trzymania mięsa w tych sklepach i była afera.

 

Pomysł z kabaretem upadł?

Dotrwał do końca liceum. Jak miałem cztery lata, to najpierw chciałem być papieżem – nie z powodów religijnych, po prostu u mojej babci wisiał portret papieża i bardzo podobała mi się ta biała sutanna. Szybko mi przeszło i potem już chciałem tylko pisać. W dziennikarstwie spodobała mi się już sama próba opisu rzeczywistości. To ciekawsze niż zmyślanie. Moje wymyślone scenariusze do kabaretu zawsze były gorsze niż historie napisane przez życie. W liceum sięgnąłem po Kapuścińskiego i połknąłem wszystko od razu. Naiwnie chciałem po prostu jeździć po świecie i pisać. Na studiach wyjechałem na miesiąc do Iranu.

 

Do Iranu? Po co?

Interesowałem się Bliskim Wschodem i Azją. Chciałem od razu rzucić się gdzieś daleko, bo pochodzę z małej miejscowości i nigdy zbyt daleko nie wyjeżdżałem. Pojechałem z koleżanką, która studiowała filologię perską. Jeździliśmy po kraju, nocowaliśmy w domach ludzi. To przyjemne uczucie – pierwsze zanurzenie w odmienną kulturę. Potem nic już nie robi takiego wrażenia. Po powrocie chyba już całkiem uparłem się na pisanie reportaży.

 

W Iranie jakiś powstał?

Tak. Był publikowany w „Workshopie” Laboratorium Reportażu i w „Przeglądzie”. Potem pojechałem do Mongolii, dalej na Saharę Zachodnią. Myślałem naiwnie, że wystarczy jechać i pisać. Ale z drugiej strony to też jakaś szkoła – dziwić się najpierw najprostszym rzeczom. To jest jakiś fundament. Dostałem się na staż do „Gazety Stołecznej”. Najpierw wydawało mi się, że pisanie o nowych parkomatach – a stażyści dostają takie proste tematy – musi być okropnie nudne, ale to nieprawda. To właśnie „Gazeta Stołeczna” nauczyła mnie porządnego dziennikarstwa. Umiejętność napisania dobrego artykułu o wystawie w muzeum albo nawet dziurze w jezdni to nie jest prosta sprawa i przydaje się później.

 

Chyba nie tylko o tym tam pisałeś?

Nie tylko. W 2008 roku 11 listopada przez Warszawę przechodził pochód ONR-u, to był początek fali, która przekształciła go potem w Marsz Niepodległości. Wtedy maszerowało może z 200 narodowców. Była pierwsza spora zadyma. Relacjonowałem ją, bo przypadkiem znalazłem się w kotle. I chyba trochę stało się to moją niszą – pisanie o zadymach, protestach, konfliktach. Albo o radykałach. Spodobało mi się – z lenistwa. Bo było i interesujące, i łatwe – jak się spotykasz z radykalnym narodowcem, to już samo spotkanie jest ciekawe, próbujesz go zrozumieć – jego wartości, czego chce, w jaki sposób myśli. Z tego musi powstać ciekawy tekst. Z drugiej strony pisanie o radykałach trochę wykrzywia nam rzeczywistość. Mamy w dziennikarstwie zbytnie umiłowanie do kontrastu i skrajności. A zwyczajność jest niedoceniona.

 

P1020063a

Grzegorz Szymanik był jednym z gości I Festiwalu „Natura – Kultura – Media” w Izabelinie (15-21 maja 2016). Opowiadał tam m.in. o książce „Motory rewolucji” (fot. Monika Tułodziecka)

 

Jak przeszedłeś do „Dużego Formatu”?

To, co zarobiłem, wydawałem na podróże. Brałem wolne i jechałem na urlop na Białoruś albo do Czeczeni i pisałem reportaże, które potem oddawałem do DF. Właściwie dopłacałem do interesu – mam dość słaby instynkt przetrwania i zarabianie pieniędzy nigdy nie było moją mocną stroną. Za jeden z tekstów dostałem Nagrodę PAP im. Kapuścińskiego, a DF akurat zmieniał trochę swój kształt i zaproponowano mi etat.

 

Mówisz, że reportaż piszesz głównie dla siebie. Że on zbyt dużo nie zmienia. Bierzesz sobie czyjąś historię, nie oferując nic w zamian?

Nie, to nie tak. Piszę dla siebie, żeby samemu pojąć, a potem spróbować wytłumaczyć innym. Bo reporter, ja tak rozumiem ten zawód, powinien być tłumaczem – kultur, konfliktów, tłumaczem człowieka i świata. Nigdy nie zadowalać się tą wierzchnią warstwą, a kopać głębiej. I to już coś, jakaś mała cegiełka. Ale zawód reportera jest też czasem bardzo podły, drański, ma w sobie coś moralnie śliskiego. Na obrzeżach Doniecka, w kopalnianym domu kultury był taki schron, w którym ludzie spędzili rok, ukrywając się przed pociskami. Gdy opowiadali mi te miesiące spędzone pod ziemią, czułem się jak złodziej. Wiedziałem, że w Polsce ich historia mało już kogo zainteresuje, bo wojna trwała od roku i nie robiła już na czytelnikach takiego wrażenia. Po prostu nikt nie chciał tego czytać. A oni dawali mi swój czas, emocje i swoją historię. Ja nie mogłem im nawet obiecać, że kogokolwiek to obejdzie. Ale i tak bardzo chcieli opowiedzieć, bo nikt inny ich nie słuchał. Więc ten zawód potrafi być też wspaniały i nieść coś dobrego. Dlatego trzeba być czujnym, pilnować się, znaleźć czas na refleksje. Po co i dlaczego chcesz coś opisać. Zależy, jakie masz podejście.

 

A jakie ty masz?

Bardzo mi zależy, żeby pisać i ciekawie, i uczciwie. Bez potwierdzania stereotypów, bo świat zawsze jest bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje. Nie efekciarsko, ale jednak efektownie, bo to sprawia, że czytelnik przez chwilę wybija się z rytmu dnia i czuje trochę odpowiedzialność za świat. A to ważne. Sam tego szukam, gdy czytam reportaż.

 

Skoro twoi bohaterowie wiedzą, że nic za to nie dostaną, dlaczego ci o sobie opowiadają?

Dobre pytanie. Jak myślisz?

 

Lubią mówić o sobie?

Czasem mówią, bo reporter bywa trochę księdzem na spowiedzi. Tam w Doniecku nie mieli komu o sobie opowiedzieć, wszyscy wokół mieli to samo doświadczenie. A chcieli to z siebie wyrzucić. Ludzie lubią dzielić się doświadczeniem i uważają to za ważne – bo jest ważne. Ale czasem bohaterowie myślą też, że jako dziennikarz mam wielką siłę sprawczą, że mogę coś naprawdę zmienić.

 

Wyprowadzasz ich z błędu?

Zawsze mówię, że niewiele mogę. Mogę wysłuchać ich historii i przekazać ją dalej. Może wtedy coś się stanie, a może nie. Najczęściej nie. Oszukiwanie byłoby świństwem. Trzeba słuchać z uwagą, można się sprzeczać i kłócić, ale nie negować czyichś doświadczeń. Jeśli rzeczywiście się słucha, a nie łowi historie, to człowiek to czuje i opowiada. Smutne, gdy potem wracasz z historią i nikt nie chce jej czytać, bo ludziom przejadł się już ten Donbas, ta Syria. O to często pytają bohaterowie tam – dlaczego Europa ma ich gdzieś? Nie mogę wytłumaczyć, bo nie wiem. Ogólnie ludzie na całym świecie mają innych ludzi gdzieś.

 

Jak wpływają na ciebie usłyszane historie?

Angażuję się mniej lub bardziej. Staram się mniej, mimo wszystko. Mocno przeżyłem pracę nad tekstem o malezyjskim boeingu zestrzelonym w Donbasie. Gdy tam dojechaliśmy, ciał już nie było, ale zostały – rozsiane po całej przestrzeni – ubrania, książki, rzeczy osobiste. Zwłoki zwierząt przewożonych na pokładzie. Wróciłem do hotelu i tekst z siebie wyplułem. Spisałem szybko i wysłałem, a ja raczej wolno piszę. Po prostu nie chciałem więcej o tym myśleć. Kiedy przestałem jeździć na Ukrainę, to miałem też przez jakiś czas dziwne i nieprzyjemne stany. Jakby organizm domagał się adrenaliny. Niedobrze.

 

W recenzjach „Motorów rewolucji” pojawiają się zarzuty, że książka jest stronnicza, że wypowiedzi ludzi Antymajdanu są napisane ironicznie.

Pewnie lepiej rozumiem protestujących na Majdanie niż separatystów w Doniecku. Chociaż tych drugich też rozumiem, naprawdę. Jeśli w zdaniach pojawiła się ironia, to na pewno nie została użyta celowo. Staram się być szczery, ale wiadomo, że różnie wychodzi. Może nie tyle obiektywny, co właśnie szczery. Czytam teraz „Głód” Martína Caparrósa. Książka wspaniała. Jak można być bezstronnym w stosunku do rzeczy tak strasznej jak miliard głodujących? Więc autor wciąż się wkurza – na system, na rządy, na tych, co posiadają więcej, na złe zarządzanie, na nas i na siebie, że nie może nic zrobić. Opisuje rzeczywistość rzetelnie i prawdziwie, ale nie ukrywa, że jest nią wkurzony. To ważna książka, świetnie przedstawia problem. Reportaż, jaki jest nam dziś potrzebny. Zauważam, że inaczej już trochę myślę o pisaniu. Kiedyś po prostu chciałem opisywać świat. Teraz chcę opisać, co jest dookoła źle. Zbyt dużo jest niesprawiedliwości i hipokryzji, żeby być obojętnym. Obojętność coraz bardziej mnie wkurza. I ta dookoła, i ta we mnie.

 

Motory rewolucji

 

To ile swoich prywatnych poglądów można zawrzeć w reportażu?

Wprost? Moim zdaniem nie powinno się ich zawierać wcale. Ale one i tak pewnie wychodzą w doborze cytatów, w układzie tekstu. Jedyne, czego zupełnie nie wolno, to nie wolno ściemniać w tekście – ani w faktach, ani w swoich emocjach. Pisałem kilka miesięcy temu tekst o ludziach, którzy udostępnili na Facebooku mem ze zdjęciem torów do Birkenau i z sugestią, że powinni tam trafić muzułmańscy imigranci. Rozmawiałem z tymi, którzy to lajkowali i udostępniali. Pisali rzeczy okropne, nieludzkie (a może ludzkie właśnie): „Muzułmanie do gazu”. Czułem złość. W pewnym momencie poniosło mnie i jednemu rozmówcy odpisałem, że doskonale odnalazłby się w szeregach NSDAP. Po chwili poczułem zażenowanie, że zagrałem w jego grę, w to równanie do najgorszego. Opisałem to potem w tekście – i jego słowa, i moją złość i zażenowanie. I moim zdaniem w takiej szczerości pisania jest jakaś  wartość.

 

Jak szukasz tematów na reportaże?

Trzeba się rozejrzeć, nadstawić ucha, rozmawiać z ludźmi, czytać książki, raporty albo wyjść na ulicę, wziąć do ręki gazetę. Zawsze coś się znajdzie. W każdej sprawie, nawet tej, o której dziennikarze napisali już chyba wszystko, można znaleźć coś nowego, spojrzeć z innej, zaskakującej strony. Historię o Ahmedzie Hararze, niewidomym rewolucjoniście z Egiptu, wyczytałem w „Polityce”. Była o nim tylko króciutka notka, chciałem dowiedzieć się więcej, więc pojechałem do Kairu, bo pomyślałem, że Ahmed dobrze wytłumaczy to, co dzieje się w Egipcie.

 

A reportaż o pańszczyźnie?

80% z nas ma za przodków pańszczyźnianych chłopów, czyli właściwie niewolników – bo niewola od pańszczyzny wiele się nie różniła – a jednocześnie wszyscy uważamy się za potomków szlachty. Zawsze mnie to fascynowało, brzmi jak psychologiczne wyparcie. Czy to nie ciekawe? Dlaczego tak jest? Jakie są tego konsekwencje? Dużo na ten temat mówiło się na 150-lecie zniesienia pańszczyzny, była dyskusja w „Krytyce Politycznej”. Ciekawa i ożywcza, ale prowadzona hermetycznym językiem. Nie dotarła do masowego czytelnika. Więc taki temat reporter też może sobie wziąć i zbadać go w terenie.

 

Wytłumacz się, proszę, ze zdania, że w polskich mediach przeszkadza ci umacnianie romantycznego mitu buntownika. O co chodzi?

Naprawdę nie wiem, kiedy coś takiego powiedziałem. Człowiek zbuntowany jest dla mnie interesujący – to, że decyduje się poświęcić fragment swojego życia, by zmienić kawałek świata. W Polsce mamy jednak pewną – wytłumaczalną – fiksację na samym akcie buntu. Etos pracy nie jest doceniany. Może o to mi chodziło?

 

Ale co to jest romantyczny mit buntownika?

Bunt jest romantyczny, to podniesienie głowy i przeciwstawienie się niesprawiedliwości. Na mnie trochę to działa. Ale jeszcze ciekawsze reportersko jest to, co dzieje się później z człowiekiem, który zrobił już ten krok. Zawsze jest przecież ciąg dalszy. No więc dlatego ciekawe jest to, co się dzieje na Ukrainie.

 

Powiedziałeś, że choć doceniasz wszelki bunt, to sam masz poczucie, że ostatecznie on nie ma sensu.

Co? Nie. Oczywiście, że ma sens. Tylko w trochę innym wymiarze niż się buntującemu wydaje. Jest taki fragment „Zajeździmy kobyłę historii” profesora Karola Modzelewskiego, który zawiera wszystko, co chcę powiedzieć: „W świetle mojej wiedzy rewolucja jest albo niemożliwa, albo zbyt kosztowna, w każdym zaś razie nie kończy się tak, jakbyśmy chcieli. Rewolucjonista nie może tego wiedzieć. Niewiedza go uskrzydla i pozwala dokonywać rzeczy niemożliwych, dzięki którym zmienia się świat. Będzie on potem rozczarowany lub co najmniej niesatysfakcjonowany zmianą, do której się przyczynił, ale to już inna sprawa”. Bo świat zmienia się dużo wolniej, niż byśmy chcieli. Bardzo podziwiam wszystkich ideowców, którzy potrafią o świcie zorganizować strajk w obronie zwalnianych kucharek ze szkolnych stołówek, rozbić namiot przeciwko wojnie, która wybuchła gdzieś daleko. Nie mam w sobie tyle idealizmu, co oni. Więc mogę tylko opisywać to, co robią.

 

 

Czytaj także:

recenzję książki „Motory rewolucji”,

relację ze spotkania z Grzegorzem Szymanikiem po premierze książki,

relację z I Festiwalu „Natura – Kultura – Media”.