Centrum Kapuścińskiego

[spider_facebook id=”2″]

 

Kiedy w 2005 roku była nominowana do Oscara za „Dzieci z Leningradzkiego”, miała za sobą już pięć lat wizyt na wysypisku, gdzie kręciła kolejny dokument. Podczas każdej wizyty ryzykowała zdrowie i życie. Podczas montażu prawie nie spała. Szła za potrzebą serca, poświęcając życie prywatne. Ma tylko filmy oraz satysfakcję, że pomogła wielu ludziom. Z reżyserką, producentką i autorką zdjęć Hanną Polak rozmawia Bartosz Wróblewski.

 

 

Moim zdaniem życie polega na tym, by pracować nad sobą, każdego dnia zmieniać coś w sobie na lepsze i stawać się odrobinę lepszym człowiekiem, a nie poprawiać innych ludzi  – mówi Hanna Polak (fot. archiwum redakcji)

 

Swałka – ogromne wysypisko śmieci pod Moskwą, na którym żyją bohaterowie twojego filmu – to piekło na Ziemi czy ostatnia deska ratunku dla tych ludzi?

 

Hanna Polak: Z punktu widzenia ludzi, którzy nie mają dokąd pójść i nie mają na życie, to jest pole cudów. Po rozpadzie ZSRR w jego byłych republikach, a teraz nowych państwach takich jak Kazachstan czy Tadżykistan, mieszkający tam Rosjanie nie czuli się bezpiecznie. Sprzedawali majątek za grosze i uciekali na rosyjską prowincję, bo na nic więcej nie było ich stać. A na wsi miesiącami nie płacono wtedy za pracę albo płacono w naturze – na przykład ziarnem. Kiedy tacy ludzie słyszą o miejscu, gdzie od razu płacą…

 

W filmie widzimy, że płacą wódką, a nie pieniędzmi.

 

W niektórych punktach skupu płacą wódką i produktami żywnościowymi, swoją drogą wygrzebanymi wcześniej przez kogoś innego ze śmietnika. Były też jednak skupy, w których płacono pieniędzmi. Wprawdzie były to grosze, a raczej kopiejki – ale płacono od razu.

 

W skupach płacono. A jak opiszesz miejsce, w którym na co dzień żyli i pracowali twoi bohaterowie?

 

To miejsce, gdzie wyrzuca się odpady i ulatniają się trujące gazy. Okolone murem, za którym gwałci się kobiety oraz bezkarnie morduje ludzi, by następnie zakopać ich w śmieciach. Cały czas zdarzają się wypadki: wszystko pod spodem gnije, więc zapada się ziemia, ludzie nabijają się na różne przedmioty lub rozjeżdżają ich spychacze. To urbanistyczne piekło. Prawa człowieka, o których mówi się z dumą, są tam – za wysokim murem – gwałcone na naszych oczach i za naszym przyzwoleniem. Ludzie nie powinni żyć w takim miejscu. Za swoją pracę, za sprzątanie tej planety powinni mieć zapewnione godziwe warunki do życia i rozwoju oraz szacunek.

 

Jak trafiłaś na to „pole cudów”?

 

Zaprowadziły mnie tam bezdomne dzieci, o których kręciłam wtedy dokument „Dzieci z Leningradzkiego”. Problemem było nie tylko to, że koncentrowałam się na innym filmie, lecz także to, że robiłam wszystko nielegalnie, bo tam nie wolno ani kręcić, ani nawet wchodzić. Często mnie wyganiano lub wzywano do mnie policję.

 

 

Jak tam wchodziłaś?

 

Przez dziury w płocie lub wjeżdżałam ciężarówką.

 

Oficjalnie, mimo zakazu?

 

Nie do końca. Były punkty kontrolne, ale pracownicy często jeżdżą z różnymi ludźmi, np. ze swoimi dziewczynami. A ciężarówek przyjeżdżają dziennie setki, więc zwykle strażnicy nie sprawdzają, kto siedzi obok kierowcy.

 

A jak już cię złapali, to niszczyli materiały?

 

Zdarzało się, że zabierano nas na przegląd materiałów i wszystkie niszczono. Ale często ochroniarze przekazywali nas sobie z rąk do rąk. Sprzęt mieliśmy już schowany w plecakach, a oni myśleli, że nielegalnie przebywamy na terenie wysypiska, bo jesteśmy wolontariuszami i pomagamy tym ludziom. Grożono nam palcem i kazano więcej nie wracać. A materiały zabieraliśmy ze sobą.

 

Ale nie zawsze było tak łatwo. Kiedyś nakręciliśmy z kolegą cenne materiały i złapała nas milicja. Wsadzili nas do jednej ciężarówki, a sami pojechali drugą. Poprosiłam kierowcę, żeby się zatrzymał i powiedziałam do kolegi: Wania, wyskakujemy! Oczywiście druga ciężarówka natychmiast się zatrzymała, ale my dobiegliśmy już do zbocza wysypiska – z którego wystawały kołki, druty, palety – i ile sił w nogach zaczęliśmy zbiegać. To było bardzo niebezpiecznie. A potem przez kilka godzin obchodziliśmy wysypisko po kolana w marcowych bajorach, zanim dotarliśmy do samochodu. Na szczęście nic się nam nie stało i uratowaliśmy materiały.

 

Nie ucierpiałaś podczas realizacji filmu?

 

Raz podczas nocnych zdjęć stanęłam na ogromny gwóźdź wystający z deski. Wbił się tak głęboko, że nie mogłam wyciągnąć nogi, nie byłam w stanie jej wyszarpać. Jak wreszcie mi się udało, to chodziłam z krwią pluszczącą w bucie.

 

Innym razem rzuciła się za mną w pogoń sfora psów. Była zima, miałam rękawiczki i nie mogłam wyciągnąć gazu pieprzowego, by się od nich opędzić. Gdyby mi się nie udało, mogłoby się to dla mnie skończyć jak dla mamy Julki, która ma straszne szramy po pogryzieniach. Zresztą innym razem pies mnie tam pogryzł. Ale nie przebił się zębami przez kurtkę, więc skończyło się tylko na siniakach.

 

A ze strony ludzi nic ci nie groziło?

 

Zaatakował mnie kiedyś mężczyzna, który wcześniej siedział w więzieniu za zabójstwo. Okazało się, że fotografuję jego dzieci. W trakcie szamotaniny ułamała się część aparatu. I wtedy ja na niego napadłam – Zniszczyłeś ten aparat! Skonfundował się, zaczął szukać tej części, a potem próbował naprawić sprzęt. Skończyło się na tym, że kazał się umyć dzieciom, przyniósł czerwoną płachtę i poszliśmy na polanę pełną kwitnących dmuchawców, gdzie kazał mi robić dzieciom zdjęcia.

 

– Wydaje mi się, że o bezdomności opowiedziałam już to, co miałam opowiedzieć. Teraz chętnie zajęłabym się czymś zupełnie innym. Może wręcz inną materią – fabularną – przyznaje reżyserka (fot. materiały dystrybutorów)

 

Miałaś dużo szczęścia, że dotrwałaś zdrowa do końca zdjęć.

 

Byłam bardzo ostrożna, jeżeli chodzi o kwestie medyczne. Zawsze miałam przy sobie środki opatrunkowe, coś do odkażania rąk, gumowe rękawiczki. Ludzie mogli mieć gruźlicę czy inne choroby zakaźne, bo trudno, żeby w takim miejscu ich nie mieli. Przestrzegałam więc zasad higieny, ale nie odsuwałam się od ludzi, bo mieli wszy – a tak robili wszyscy dziennikarze, którzy dotarli na wysypisko. Kiedy jednak wiedziałam, że ktoś jest chory, zakładałam specjalną maskę i wiozłam go do szpitala, bo odróżniam ryzyko od głupoty. Nie mogłam ryzykować bezpieczeństwa i zdrowia ludzi spoza wysypiska, z którymi mieszkałam i się stykałam.

 

Jak zjednałaś sobie ludzi z wysypiska?

 

Naprawdę chciałam im pomóc. Wiedzieli, że szanuję ich jako ludzi, że jest mi przykro z powodu sytuacji, w jakiej się znaleźli. A poza tym po prostu ich lubiłam. Jak kogoś lubisz, to on natychmiast to czuje. Kiedyś przyszłam z chłopakiem, który zaczął ich krytykować. Powiedzieli mi – Wiesz, lubimy cię, ale nie przyjeżdżaj z nim więcej. To inteligentni, fajni ludzie – podobni do dzieciaków z Leningradzkiego i podobni do mnie. Wielu z nich mogłoby robić filmy, gdyby życie ułożyło się inaczej.

 

Co cię skłania do podejmowania ryzyka?

 

Kiedy spotkałam tych ludzi, to nie myślałam o ryzyku. Ale też miałam taki okres w życiu, że potrzebowałam chodzić po ostrzu brzytwy. Niebezpieczeństwo mnie przyciągało, pojechałam na przykład z Krzyśkiem Kopczyńskim do Afganistanu. Nie szukam w życiu komfortu, lubię ryzykować, ciągle podróżuję.

 

Nie brakuje ci własnego miejsca, rodziny?

 

Czasami brakuje, ale za wszystko płaci się jakąś cenę. Uprawiam jogę, a z jej perspektywy życie jest wieczne i nie polega na wiciu sobie tutaj gniazdka. To przepiękne, że są ludzie, którzy razem rosną i razem się kurczą. Wzrusza mnie, jak ludzie w podeszłym wieku się szanują i wspierają. Operator Andreja Tarkowskiego i mój nauczyciel, Wadim Iwanowicz Jusow i jego żona, Natasza, to była niezwykła para. Wcześniej mieli innych partnerów i zeszli się dopiero po ich śmierci. Wadim mówił mi też czasem – Wiesz, obudziłem się dzisiaj w pościeli z kobietą, którą kocham. Myślałam sobie: jakie to jest piękne! Ale sama nigdy nie czułam presji, żeby założyć dom i mieć dzieci, bo nie tylko o to w życiu chodzi. Nie nudzę się ze sobą i nie wyję samotnie nocą do księżyca.

 

– Wierzę w siłę tego materiału. To jest rejestracja życia, a nie jego kreacja. Tutaj życie napisało scenariusz. Myślę, że to siła tego dokumentu, nawet jeśli nie jest perfekcyjny – mówi Polak. 

 

Niełatwo byłoby ci pogodzić rodzinę i robienie filmów. Zwłaszcza takich jak „Nadejdą lepsze czasy”.

 

Realizacji tego filmu nikt by ze mną nie przetrwał. Znam wielu montażystów pochłoniętych profesją i wiem, że często mają problemy w związkach. Film pochłania wiele energii, a kiedy widzę koleżanki, które mają dzieci, to czasem myślę, że wychowywanie dziecka to jest praca 24 godziny na dobę. Z kolei dzieci, które wychowują się bez rodziców, bywają emocjonalnie zagubione, zaczynają brać narkotyki, czują się niepotrzebne. A ja nie miałabym czasu, żeby być dobrą mamą, więc zakładanie rodziny byłoby nieuczciwe. Chociaż nie wykluczam, że priorytety mogłyby się zmienić.

 

Mieszkając w Polsce, zdążyłaś pójść na studia aktorskie. Podróże zaczęły się po ich opuszczeniu?

 

Już w Polsce mieszkałam w wielu miastach. A potem wyjechałam i mieszkałam m.in. w Norwegii, USA czy Rosji. Oczywiście tam też nie mogłam usiedzieć w jednym mieście, więc się przemieszczałam. W Rosji mieszkałam nie tylko w Moskwie, lecz także w Petersburgu i na dalekim wschodzie.

 

W międzyczasie skończyłaś Wydział Operatorski na Wszechrosyjskim Państwowym Uniwersytecie Kinematografii (WGIK). Poszłaś tam z powodu ambicji artystycznych, czy od początku myślałaś o filmie jako narzędziu, dzięki któremu można pomagać ludziom?

 

To był pomysł dzieciaków z Leningradzkiego! Zaczęłam robić ten film, bo chciałam im pomóc. Student reżyserii, Denis Szabajew, robił wtedy o nich reportaż. Dzieci zapoznały mnie z nim i namawiały, żebym poszła się uczyć do szkoły jak on. I on rzeczywiście zabrał mnie do dwóch szkół, w których się uczył. Jedną z nich był WGIK. Tam usłyszałam, że Wadim Iwanowicz Jusow przyjmuje rok i już wiedziałam, że chcę tu być. Tak to działa – ty wpływasz na życie bohaterów, a oni wpływają na twoje.

 

Zostałaś w Rosji na dłużej. Kolejny film też tam nakręcisz?

 

Rosja mnie fascynuje i na pewno znalazłabym w niej jeszcze kilka tematów, ale jestem już tym też trochę zmęczona. Chciałabym na tyle dobrze poznać inne miejsce, bym mogła robić o nim takie filmy jak o Rosji. Myślałam o Ameryce, ale to będzie trudne.

 

–„Nadejdą lepsze czasy” to filmowa epopeja: 14 lat realizacji, wiele terabitów materiałów, setki kaset – wylicza reżyserka (fot. materiały dystrybutora) 

 

Przecież świetnie mówisz po angielsku.

 

Ale chodzi mi o głębię, szukanie skojarzeń, rozumienie kultury, znaczeń. To udało mi się przeniknąć w tematach rosyjskich. Jesteśmy Słowianami i nasze rozumienie angielskiego okazuje się  bardzo powierzchowne – intelektualne, ale nie emocjonalne. Nie dotykamy głębi. Przekonałam się o tym, kiedy szukając materiałów do filmu przeczytałam artykuł po angielsku. Wszystko zrozumiałam, ale kiedy później przeczytałam ten sam tekst po rosyjsku, zorientowałam się, że rozumiem go inaczej, bo słowa niosą podobny jak w języku polskim ładunek emocjonalny. Moim zdaniem właśnie dlatego Polakom tak trudno jest się odnaleźć w krajach anglosaskich. Tam panuje inna emocjonalność, słowa wywołują inne skojarzenia.

 

Tematyka twoich filmów też się zmieni?

 

Wydaje mi się, że o bezdomności opowiedziałam już to, co miałam opowiedzieć. Teraz chętnie zajęłabym się czymś zupełnie innym. Może wręcz inną materią – fabularną.

 

Wróćmy jeszcze do dokumentu. Miałaś kilkaset godzin materiału. Jak długo montowałaś „Nadejdą lepsze czasy”?

 

To były mordercze cztery lata. Ostatnie półtora roku intensywnie pracowaliśmy nad montażem z Marcinem Kotem Bastkowskim. Niekoniecznie oznacza to, że siedzieliśmy przy zestawie montażowym. Montuje się w głowie, w mailach, w rozmowach, w wannie – to są pomysły, kompletnie zwariowany świat wyobraźni. Film trzeba odnaleźć. Trzeba ułożyć puzzle, do których nie ma żadnego obrazka. A tych puzzli w przypadku „Nadejdą lepsze czasy” były miliony: 14 lat realizacji, wiele terabitów materiałów, setki kaset. To filmowa epopeja.

 

Poza samym montażem digitalizowałam też materiały, bo na wysypisku kręciłam wszystko na kasetach MiniDV i DV Cam. Przez ponad miesiąc komputer huczał mi nad głową dzień i noc. Nie robiłam przerw. Czasem po prostu padałam na materac, a kiedy się przebudzałam, zmieniałam kasetę. W międzyczasie oczywiście montowałam materiały, które już były zdigitalizowane. Robiłam też dodatkowe zdjęcia, jeździłam na tzw. pitchingi, czyli prezentacje projektu, szukałam dofinansowania, tłumaczyłam dialogi, przygotowywałam materiały prasowe, promocyjne, trailery, transkrypty. Właściwie trudno sobie wyobrazić, co to znaczy zrobić film, jak wiele jest przy tym pracy.

 

Zbyt wiele.

 

To prawda. Ktoś powinien zrobić o tym film, bo to temat na miarę Oscara. Już przy making-offie „Bitwy Warszawskiej 1920” pracowałam po 23 godziny na dobę. Kiedyś spałam pod krzesłem w montażowni. Zobaczył mnie ochroniarz i zaczął krzyczeć, bo pomyślał, że miałam atak serca.

 

Teraz bywało tak, że siedziałam do piątej nad ranem. Wiedziałam, że nie wytrzymam już nawet minuty i muszę się położyć. A kiedy się kładłam, to szlochałam ze zmęczenia i bezsilności, bo czułam, że muszę montować dalej, mimo że nie jestem w stanie tego robić. Montaż mnie wciąga, nie mam umiaru. Oddaję mu się cała, bardzo się stresuję i zapadam się w sobie. Były takie sytuacje, że szłam do dentysty, siadałam w fotelu i orientowałam się, że nie wiem, gdzie jestem, bo w głowie ciągle montowałam.

 

Co było najtrudniejsze?

 

Rezygnowanie z ujęć i scen, bo właściwie wszystko było dobre i żal było cokolwiek wyrzucić. Stan Neumann powiedział mi kiedyś: film już jest, tylko trzeba umieć go znaleźć. Tylko jak to zrobić, kiedy masz taki ogrom gęstego materiału? To wymaga podejmowania trudnych decyzji, czasem dystansu, o który nie jest łatwo, gdy siedzi się w temacie całym sercem, kiedy nie ma czasu i możliwości, aby odejść na chwilę i spojrzeć bez zaangażowania. A materiał był ogromny i razem z Marcinem Kotem-Bastkowskim długo nie mogliśmy się przez niego przegrzebać.

 

Jesteś perfekcjonistką.

 

Jacek Petrycki powiedział mi, że jak się kiedyś przychodziło do WFDiF, to u Kieślowskiego zawsze paliło się światło. On zaczynał pracę tam, gdzie inni kończyli. Doskonale to rozumiem, bo też nie mam umiaru i jeśli czuję, że film wymaga doszlifowania, to go doszlifowuję. Ale kiedyś trzeba powiedzieć sobie pas. W końcu to film o wysypisku i myślę, że śmieciowość to część jego faktury.

 

Narażasz się na krytykę, bo nie każdy tak to odczyta.

 

Trudno jest stworzyć arcydzieło, a bardzo łatwo pójść do kina i powiedzieć: to mi się nie podoba. Widziałam jak ludzie kręcą nosem, czytałam posty: najbardziej rozczarowujący film roku. Obecnie mamy w internecie całe społeczeństwo hejterów. Ludzie sycą się obgadywaniem, poniżaniem i obrażaniem innych. To jest chore. Moim zdaniem życie polega na tym, by pracować nad sobą, każdego dnia zmieniać coś w sobie na lepsze i stawać się odrobinę lepszym człowiekiem, a nie poprawiać innych ludzi.

 

Jestem wdzięczna Izie Łopuch i Hance Kasztelicowej z HBO, że były w montażowni, kiedy ich potrzebowaliśmy, jestem wdzięczna Andrzejowi Fidykowi, Pawłowi Pawlikowskiemu i wielu innym ludziom, którzy podzielili się swoimi odczuciami. Ale ostatecznie filmu to bardzo samotny proces. Każdy by chciał mieć genialne zdjęcia, nieograniczony dostęp do bohaterów, niesamowitą historię, świetny montaż, muzykę… Ale to nie jest takie proste. Szczególnie tutaj, gdzie każdy skrawek materiału jest zdobyty nielegalnie, kręcony tam, gdzie nikt nie ma wstępu i trzeba się ukrywać. Wierzę jednak w siłę tego materiału. To jest rejestracja życia, a nie jego kreacja. Tutaj życie napisało scenariusz. Myślę, że to siła tego dokumentu, nawet jeśli nie jest perfekcyjny.

 

Musiałaś też słyszeć pozytywne opinie.

 

Jeden z broadcasterów, redaktorów zamawiających filmy dla telewizji, powiedział mi – Obejrzałem twój film i od paru dni jego bohaterowie żyją w moim sercu.

 

Była też kobieta, z którą pracowałam. Okazało się, że została adoptowana. Powiedziała mi – Zawsze się zastanawiałam, jak to ze mną było i miałam żal do matki. Dzięki twojemu filmowi zrozumiałam, że ona mogła mieć powody, by mnie oddać.

 

Mówisz o wpływie na jednostki. A jak twój film wpływa na sytuację osób żyjących na wysypiskach?

 

Mieliśmy na przykład pokaz w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) w Paryżu, gdzie oglądali go ludzie pracujący w ministerstwach z całego świata, łącznie z Rosją. Potem była rozmowa na temat poprawy warunków życia osób mieszkających na wysypiskach. Jedna Hiszpanka opowiedziała o ich projekcie dla 15 tys. podobnych ludzi z Nikaragui, którego efekty były znakomite – ci ludzie zaczęli żyć w godnych warunkach, dzieci poszły do szkół. Są więc szanse, że w innych krajach zostaną wprowadzone podobne rozwiązania, skoro politycy usłyszeli o problemie oraz sposobach jego rozwiązania.

Film pozwala dotrzeć do ludzi, którzy mają wpływ na zmianę prawa, a co za tym idzie – pozwala na zmiany systemowe, a nie tylko doraźną pomoc wybranym jednostkom.

 

 

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Potrząsanie akwarium

Potrząsanie akwarium

"Zawsze wiedział, że interesuje go tylko dokument" - sylwetka Marcela...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim

Name required

Website